Polska nie ma ani próbek, ani protokołów w sprawie materiałów wybuchowych na szczątkach tupolewa. Wszystko wciąż pozostaje w rękach Rosjan – przyznaje Mateusz Martyniuk, rzecznik prasowy Prokuratury Generalnej. Uspokaja, że „wszystko zaplombowano i czekamy na ich przysłanie". Wystarczy jednak przypomnieć zabezpieczenie m.in. czarnych skrzynek – chronił je jedynie skrawek papieru z pieczątką i podpisem polskich śledczych.
Prokuratorzy podkreślają także, że najnowsze wyniki „nie są w żaden sposób miarodajne, a źródła wskazań urządzeń pomiarowych mogą być przeróżne".
Tymczasem detektory IMS, którymi ostatnio w Rosji badali wrak polscy biegli, poza tym że informują o obecności cząstek wysokoenergetycznych, również je identyfikują, wskazując nazwę rozpoznanego materiału wybuchowego. Śledczy jednak nie podali nazwy używanego modelu urządzenia.
Inną metodę badania wykorzystali eksperci z USA. To do nich zwrócił się Stanisław Zagrodzki, kuzyn śp. Ewy Bąkowskiej, o zbadanie fragmentu pasa bezpieczeństwa z Tu-154M. Amerykanie badali próbki za pomocą alkoholu metylowego metodą ekstrakcji (wydobywania). Po odparowaniu metanolu zbiera się osad, który zawiera poszukiwaną substancję. Był nią trotyl.
Więcej na ten temat w dzisiejszej „Gazecie Polskiej Codziennie”
