W Polsce dochodzi do coraz większej liczby samobójstw wśród ludzi między 50. a 54. rokiem życia. Coraz częstszymi przyczynami takich tragedii są brak pracy i problemy finansowe. Problem dotyka szczególnie polskiej prowincji.
Dane te potwierdzają policyjne statystyki i zajmujący się problemem psychologowie. Według policyjnych danych problemy z pracą czy finansami były w 2011 r. przyczyną 450 na 5 tys. samobójstw. To o 40 proc. więcej niż w 2007 r.! Prof. Aleksander Araszkiewicz, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego (zajmującego się zagadnieniem samobójstw), stwierdził w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną”, że „największy odsetek osób popełniających samobójstwa jest widoczny w małych miejscowościach, gdzie najtrudniej o pracę”. Jego zdaniem narastanie kryzysu spowoduje wzrost skali samobójstw, tym bardziej że coraz częściej przychodzą do niego pacjenci po pięćdziesiątce. Są to z reguły mężczyźni po próbach samobójczych: ludzie, którzy stracili pracę i nie mogą znaleźć nowej. Czują, że zawiedli rodzinę, nie potrafią zapanować nad trudną sytuacją i tracą sens życia.
To jeden z najbardziej alarmujących i tragicznych symptomów kryzysu państwa, kryzysu społecznego. Jeśli skala zjawiska narasta, a potwierdzają to policyjne statystyki i praktyka specjalistów, nie można mówić jedynie o indywidualnych, niewymownie bolesnych wyborach. Wzrost liczby samobójstw można traktować także jako inny aspekt częściej sygnalizowanego w mediach zjawiska: obniżającej się dzietności Polaków wprost związanej z mało stabilną sytuacją społeczno-gospodarczą. Młodsi coraz rzadziej decydują się na posiadanie dzieci, dla rosnącej liczby osób starszych jedynym rozwiązaniem problemów życiowych okazuje się śmierć.
Niedawno na stronie „Nowego Obywatela” opublikowaliśmy wywiad z prof. Włodzimierzem Pańkowem, socjologiem zajmującym się m.in. sytuacją osób pracujących w Polsce. Prof. Pańków stwierdza tam m.in., że III RP od swoich początków postawiła na „bezzatrudnieniowy wzrost”: pracujących raczej ubywało niż przybywało. To wiąże się z kolejnymi zagadnieniami: po pierwsze, nawet pomimo emigracji zarobkowej istnieje ciągle potężna „armia rezerwowa” bezrobotnych. To powoduje, że nawet nisko opłacani pracownicy się nie buntują. Po drugie osoby, które mają pracę, często są wyeksploatowane, przepracowane albo schorowane. Jedno zwykle prowadzi do drugiego.
I tu prof. Pańków zaznacza: „Nie ma skutecznego systemu rehabilitacji czy leczenia. Do sanatorium nie jest wcale łatwo otrzymać skierowanie, a ci, którzy pracują, nierzadko boją się tam wyjeżdżać, bo wiadomo, że mogą stracić pracę. (…) Poza tym ok. 25 proc. całej populacji Polaków ma kłopoty psychiczne. Oprócz tego według niektórych badań kolejne 25 proc. jest na dobrej drodze, by się tych kłopotów dorobić. Sprzyja temu życie w stresie, do którego w ogromnym stopniu przyczynia się niepewność zatrudnienia. Co więcej, według badań prof. Marii Jarosz, rośnie liczba samobójstw. Dotyczy to głównie mężczyzn”.
Myślę, że każdy z Państwa sam może wyciągnąć wnioski z powyższych zdań. Oczywiście, jeśli oglądać Polskę tylko z perspektywy telewizji, billboardów, oaz dobrobytu, to będzie można odnieść wrażenie, że żyjemy w krainie mlekiem i miodem płynącej. Wystarczy jednak nieco uważniej przyjrzeć się polskiej rzeczywistości, żeby poznać jej mniej radosne strony. Istnieje Polska, o której media na ogół nie chcą mówić. Jest w niej wielu ludzi, których życie i śmierć okrywa wielka cisza, wynikająca niestety także z obojętności opinii publicznej. Ale to jest właśnie prawda o polskich realiach, tu i teraz.
Autor jest redaktorem „Nowego Obywatela”, publicystą Deon.pl, członkiem zespołu pisma „Pressje”
