Kamil na motorze w koszulce, Kamil na motorze bez koszulki, w skórze, Kamil obok motoru – tak sesję Kamila Durczoka dla „Vivy” opisywał niegdyś jeden z plotkarskich serwisów Agory.
„Swego czasu zastanawiałem się, czy z dziennikarstwa nie przeskoczyć do politycznego PR-u” – wyznawał z kolei Durczok w „Playboyu”. Odbywał nawet pewne rozmowy. „Jedno z tych spotkań było szczególnie miłe. Pamiętam, że pojawiło się bardzo dobre wino…” – wspominał. „Premier jest znawcą. Podobno ma dobry nos” – dopowiadali domyślni dziennikarze.
Ostatni felieton Durczoka we „Wprost” poświęcony „Gazecie Polskiej Codziennie” pokazuje, że zamiast PR-u wybrał sztukę szlachetniejszą – satyrę pozytywną. Zacytował nasze burzące radość obywateli wątpliwości, czy Polska jest naprawdę taka jak w TVN: „Drogi nieukończone, nieopłaceni wykonawcy, przepłacone stadiony, fatalny stan kolei”. I wykpił je: „Tak! Tak! Przecież to jest prawda o tym, co nas otacza! Największa impreza w historii kraju stała się początkiem narodowego dramatu”.
Wyśmiał też opowieści o prorządowych mediach: „Co przez pięć lat robili z naszymi mózgami ludzie Tuska... Trzeba było dopiero odważnych ludzi i wolnych mediów, żeby bolesna prawda zaczęła się przebijać”.
Całe szczęście nasze czarnowidztwo, defetyzm, krecia robota, nie zaraziły Polaków. Bo radośnie bawią się na ulicach. Oni tylko pozornie cieszą się z bramki Błaszczykowskiego czy obronionego karnego Tytonia. A naprawdę wiwatują na cześć rządu, nawet jeśli o tym nie wiedzą. Bo gdyby było źle, toby się nie cieszyli.
W przeddzień marszu Rosjan Durczok wyśmiewał nasze obawy, że skończy się awanturą: „Przemarsz rosyjskich kibiców MUSI oznaczać Armagedon”. Cóż, czy telefon od Putina to dla Tuska Armagedon, nie nam, szaraczkom niebywającym z premierem na winie, rozstrzygać.
O postulacie „satyry pozytywnej” mało kto dziś pamięta, jednak w latach 30. ubiegłego stulecia był on szeroko dyskutowany w sowieckiej prasie. Wysunął go krytyk Wiktor Blum na łamach „Litieraturnoj Gaziety”. Gdy w Polsce zapanował najwspanialszy ustrój, zaczęto wprowadzać go w życie. Na łamach „Przekroju” z 1948 r. czytamy: „Gdy w Polsce jest rząd taki, o jaki satyra walczyła, byłoby nonsensem zachowanie [jej] dawnego charakteru”. Autor S. Gaworek dowodził, że skoro władza jest dobra, to nawet mistrz ironii „może czasami miło się uśmiechnąć – i pogłaskać”. Ale nie tylko. Ironia „musi być wycelowana w odpowiednim kierunku... znać wroga i chłostać go” – przemawiał tow. Jerzy Borejsza w czasie I Ogólnopolskiego Kongresu Satyryków.
Jak to wychodziło w praktyce? Jan Brzechwa w „grypsie” do będącego na emigracji Jana Lechonia kpił z jego zarzutów, że Polacy siedzą w łagrach, władza walczy z religią, a twórcy są cenzurowani: „Milicjanci, nas łapią i pod chloroformem / Każą pisać do „Szpilek” i chwalić reformę. / Światło, wodę – od dawna skasowano w Łodzi, / do kościoła, rzecz prosta, nikt dzisiaj nie chodzi / Bo tam, żandarm sowiecki, przebrany za księdza, / Każdego, kto się zjawi, na Sybir wypędza”.
To właśnie była ironia „wycelowana w odpowiednim kierunku” – w złośliwych oszczerców. Bo „każdy dowcip, który nam przeszkadza w robocie, zamula nam robotę, demobilizuje i odbiera energię, jest szkodliwy” – mówił Borejsza. Dziś Durczok, współczesny rycerz na motorze, myśli podobnie. Bo gdy Polska jest w budowie, nie czas na kpiny z władzy. Dlatego nie pozwoli, by jakaś „Codzienna”, niczym sławny Rurek, upierd...ła swoją żółcią odświętny polski stół. Temu oddał się heroicznie cały. „Trzy lata nie kupił zimowych butów. Po pierwsze: kiedy?” – pyta „Viva”. Nie pamięta, kiedy się porządnie wyspał: „Jak koń. Pędzę. Dni wypełnione tak, że szpilki nie da się wcisnąć”.
Gdy do Warszawy wkraczała satyra pozytywna, jej mistrz Andrzej Mandalian tak współczuł zupełnie odmiennym, ale też niemającym czasu na sen rycerzom władzy:
„Śpij, majorze świt niedaleko widzisz: księżyc zaciąga wartę szósty rok już nie śpi Bezpieka strzegąc ziemi panom wydartej”.
