– Podjechało siedem samochodów. Z pięciu wyszło ok. 20 osób. Kontrola była bardzo drobiazgowa. Sprawdzali wszystko – mówi „Codziennej" pan Marek, taksówkarz z Dworca Wschodniego. – Żeby było śmieszniej, dwa pozostałe auta blokowały wyjazd z dworca, żebym nie uciekł – żali się 60-letni taksówkarz. Zaznacza, że ma licencję i wszelkie uprawnienia do wykonywania zawodu. Podobnie jak pan Andrzej, który kilka dni temu także został poddany kontroli, tym razem w centrum Warszawy. – Przecież taksówkarze mają licencje. Są odpowiednie instytucje do ich kontrolowania. Urzędnicy powinni zbadać przewozy osób, które nie mają odpowiedniego nadzoru – denerwuje się kierowca.
– Samochody przewożące ludzi niemające oznakowania „taxi" też są sprawdzane – mówi Bartosz Milczarczyk, rzecznik stołecznego ratusza. Przyznaje, że po raz pierwszy w tego typu akcji uczestniczą połączone służby urzędu miasta, wojewody, Urząd Kontroli Skarbowej i straż miejska. – Chodzi o to, żeby wyeliminować nieuczciwe praktyki niektórych taksówkarzy. O tym, że kontrole są konieczne, najlepiej świadczy liczba wystawionych mandatów – dodaje.
Tych rzeczywiście jest wiele. 50 zł kary zapłacić musiał też pan Marek. Strażnicy miejscy uznali, że kartka informująca o cenie przejechanego kilometra w jego samochodzie jest… o kilka milimetrów za mała.
