Jest Pan współautorem słynnego albumu „A Friday Night in San Francisco”, gdzie z Paco De Lucią i Johnem McLaughlinem pokazaliście, że muzyka instrumentalna, zwłaszcza ta z gitarowym ogniem flamenco, może porwać tłumy.
To były czasy, gdy gitara rządziła niepodzielnie światem muzyki rockowej i popowej, dlatego łatwiej było nam dotrzeć do słuchaczy z przesłaniem trochę innych klimatów niż te, których można było posłuchać w radiu.
To dzisiaj jedna z najlepiej sprzedających się płyt z muzyką instrumentalną wszech czasów…
Co oznacza, że melodyjne tematy mają wzięcie, a ogień tego grania wciąż płonie.
W Pana dokonaniach zawsze słychać echa grania z Chickiem Coreą i fascynacji muzyką twórcy tango nuevo – Astora Piazzoli.
Zawsze ceniłem granie, w którym słychać pasję tego, co wychodzi spod palców. Tak jest w wypadku tych artystów, cieszę się, że słychać to i u mnie. To nie jest zasłuchanie, lecz inspiracja. Równie ważne jest też to, że u obu, podobnie jak u mnie, istotny jest rytm. Często to właśnie jemu wszystko zostaje podporządkowane.
Gra Pan na akustycznych i elektrycznych gitarach. Jaki jest klucz ich doboru do poszczególnych kompozycji?
Oczywiście na początku jest styl kompozycji, a potem wizja jej brzmienia. Gitara elektryczna oczywiście, poza dynamiką, daje całkiem inną, nieosiągalną dla gitary akustycznej śpiewność i wibrację. Natomiast akustyczna umożliwia grę arpeggio, wtedy nawet bardzo trudne rytmiczne sztuczki są czytelne.
A skąd inspiracje?
Siedzę sobie przy otwartych drzwiach i oknach w moim domu w Miami i wsłuchuję się w noc, w jej falowanie i to wszystko, co z niej płynie. W takiej chwili biorę instrument i gram. Reszta przychodzi sama. To samo uczucie chyba towarzyszy słuchaczom, gdy te frazy docierają do nich tak jak do mnie, gdy gram je pierwszy raz gdzieś z dala od tłumu. To efekt pierwszego kontaktu.
Całość wywiadu z Al Di Meolą w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"
