Czy jest w porządku, że Urzędzie Regulacji Energetyki (URE) – formalnie niezależny organ - działa w myśl potrzeb partii rządzącej: spada poparcie dla rządu, to ręcznie się blokuje decyzje ws. cen gazu?
Nie zatwierdzanie przez URE od końca października ub.r. nowych taryf na sprzedaż gazu ziemnego przez PGNiG w I kwartale br. to nic nowego. Problemy związane z działalnością regulacyjną są równie stare, jak regulacje, w oparciu o które działa prezes URE. Przypomnę, że taka polityka regulacyjna w latach 2000-2001 doprowadziła do tego, że PGNiG nie miał płynności, że brakowało pieniędzy na kontach firmy i że członkowie zarządu tej spółki tankowali samochody za swoje prywatne pieniądze ponieważ nie działały terminale i kary płatnicze PGNiG. Wynikało to z faktu, że firma ze swej podstawowej działalności ponosiła straty. Patologii dotyczących polityki regulacyjnej URE jest zresztą znacznie więcej.
W jej wyniku gaz krajowy kupowany i uwzględniany w taryfie dla obywateli i dla przedsiębiorstw trafia po kosztach wydobycia. Czyli mniej więcej trzykrotnie taniej niż kupujemy go od Rosji. Taka polityka regulacyjna doprowadza do tego, że nie ma zachęty do tego, by PGNiG zwiększał wydobycie gazu krajowego i udział tego gazu w ogólnej ilości sprzedawanego gazu.
Dlaczego?
Bo skoro się na tym nie zarabia, to nie ma zachęty ekonomicznej, by prowadzić taką działalność. Wiele razy w swej historii PGNiG dokładał do swej podstawowej działalności jaką jest sprzedaż gazu wydobywanego w kraju oraz sprowadzanego przez pośredników od Gazpromu. W tej sytuacji firma żyła z innego rodzaju działalności, tzn. z wydobycia ropy naftowej. Nie jest ono przecież objęte taryfami czy specjalnymi regulacjami. Zarabiając nie na swej podstawowej działalności PGNiG mógł przeżyć okresy, gdy taryfy na sprzedaż gazu były nieracjonalnie ustalane. Podobnie widać to na przykładzie składowania i magazynowania gazu. Zwrot z tego rodzaju inwestycji jest tak niski, że firmie tej nie opłaca się rozbudowywać podziemnych magazynów gazu ziemnego, skoro ponosi z tego tytułu straty. Tym bardziej nie ma powodu by budować takie magazyny powyżej poziomu zapasów obowiązkowych, wynikających z obowiązującego prawa. Zaś brak takich magazynów stanowi jeden z elementów zamknięcia polskiego rynku gazowego. Jeśli PGNiG ma magazyny tylko dla siebie, a nie dla innych podmiotów, które potencjalnie mogłyby działać na rynku, to PGNiG pozostaje jednym dostawca tego gazu w kraju.
Jak się ma zachowanie Urzędu do nieuniknionej (wymogi UE) demonopolizacji rynku dostaw gazu?
Okazuje się, że budowa tego transparentnego rynku gazu ziemnego wcale nie jest nieunikniona, jak może Unia by chciała. Polski rynek dalej pozostaje zamknięty. Jest to jedna z barier dla rozwoju koncernów, które posiadają koncesje poszukiwawcze na gaz łupkowy. Może się bowiem okazać, że to taryfy na sprzedaż tego produktu ustalane przez URE uniemożliwią zapewnienie opłacalności jego wydobycia. Problemy te staną na ostrzu noża w momencie, gdy już rozpoznane zostaną faktyczne rozmiary złóż gazu łupkowego w naszym kraju. I gdy okres poszukiwawczy się skończy i trzeba będzie budować biznesplany na wydobycie. Dopiero wtedy się rozstrzygnie czy wydobycie tego gazu w Polsce jest faktycznie opłacalne.
Czy to wszystkie problemy, przed którymi stoi firma?
Niestety, nie. Jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę, że minister Rostowski zapowiedział prace nad wprowadzeniem ok. 50-proc. podatku od wydobycia gazu i ropy, wtedy PGNiG straci źródło, z którego czerpał środki na utrzymanie bieżące firmy. I stanie się naprawdę firmą pod kreską. Planując takie działania minister najwidoczniej nie zdaje sobie sprawy z tego, że ich realizacja stworzyłaby bardzo poważne problemy dla przetrwania PGNiG. Zresztą spółka ta jest i tak na nie skazana. Bowiem, gdy nie uda się renegocjować cen gazu kupowanego od Rosjan w wyniku kontraktu sprzed dwóch lat zawartego przez wicepremiera Pawlaka, to planowany podatek okaże się kamieniem młyńskim u szyi tej spółki, który może ją utopić. Tak się stanie, jeśli obecne postępowanie arbitrażowe w Sztokholmie nie doprowadzi do istotnego obniżenia cen rosyjskiego gazu (przynajmniej o kilkadziesiąt proc.) i dodatkowo min. Rostowski wprowadzi ów podatek.
Prezes URE w końcu zatwierdzi taryfy na gaz sprzedawany w kraju przez PGNiG czy będzie dalej miesiącami odwlekał tę decyzję?
To jest kwesta obowiązującego prawa, które nadaje się ewidentnie do wymiany. Planując zmiany taryf należy uwzględnić planowane zmiany na rynku, tzn. wspomniany planowany podatek od wydobycia kopalin energetycznych. My, jako obywatele, w obecnej sytuacji zamiast chronić dobro narodowe, jakim są krajowe zasoby gazu i ropy, dotujemy drogą sprzedaż rosyjskiego gazu. Drugi element, który należy koniecznie uwzględniać to tworzenie efektywnego modelu finansowania i pozyskiwania środków przez sektor publiczny produkcji i wydobyciu gazu łupkowego. Brak regulacji w tym zakresie zablokuje możliwość wydobywania gazu łupkowego w Polsce. Okaże się, że ta gorączka gazu łupkowego, którą można porównywać z gorączką złota w USA w XIX wieku, okaże się gorączką błotną . Walka o koncesje poszukiwawcze w odniesieniu do złóż gazu łupkowego, świadczy o tym, że inwestorzy, w tym trzy polskie firmy (Orlen, Lotos i PGNiG), wierzą, że jednak zacznie być prowadzona jakaś racjonalna polityka.
A więc prezes URE nie podejmie szybko decyzji w sprawie taryf, o które zabiega PGNiG?
To, co robi URE, to taki fałszywy socjalizm, w którym się chce chronić odbiorców przed zbyt wysokimi cenami, a w rzeczywistości polega to na kryciu rachunków, które mają zapłacić w przyszłości za gaz ziemny, ale również za energię elektryczną. To polityka URE i regulacje w tym zakresie doprowadziły do tego, że w Polsce nie buduje się nowych elektrowni. Mamy do czynienia z wieloletnią stagnacją w tym zakresie. Używamy wciąż elektrowni, które wybudowano w okresie Gomułki i Gierka. Praktycznie po 1989 r. nie wybudowano żadnej nowej. Wynika to z konsekwencji decyzji politycznych władz. Polakom trzeba byłoby pokazać ile teraz faktycznie kosztuje wytwarzanie energii elektrycznej czy zakupy rosyjskiego gazu. A nikt nie ma takiej odwagi. Kolejnym dramatycznym przełomem w tym zakresie okaże się 1 stycznia 2013 r., gdy w taryfach na energię elektryczną trzeba będzie uwzględnić koszty pakietu energetycznego i zakupu tzw. świadectw uczestnictwa. Zatem problemy dotyczące regulacji w branży energetycznej dotyczą nie tylko segmentu gazu, ale i elektroenergetyki. Są potrzebne istotne i natychmiastowe zmiany w odniesieniu do zakresu kompetencji regulatora. A także doprecyzowania praw uczestników rynku. I po trzecie celem polityki regulacyjnej powinno być zabezpieczenie bezpieczeństwa energetycznego państwa, czyli zapewnienie dostaw nośników energii po cenach, które zapewniają możliwość podejmowania inwestycji przez firmy energetyczne.