Choć raport prezentuje podobny styl co premier Tusk gwarantujący uczciwość Rosjan w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy, gdy Rosjanie plują mu w twarz, to jednak nie jest aż tak nieuczciwy, jak komentarz Michnika. Napisano w nim: błędy (Rosjan) (…) polegały na: 1) informowaniu załogi o prawidłowym położeniu samolotu „na kursie i ścieżce”, gdy jego pozycja względem osi DS i ścieżki wykraczała poza strefy dopuszczalnych odchyleń; 2) przekazywaniu informacji o odległości do progu DS 26 z wyprzedzeniem około 500–600 m; 3) braku reakcji przez 10 s na kontynuowanie zniżania przez załogę samolotu poza zakresem maksymalnego dopuszczalnego odchylenia (–30’); 4) spóźnionym wydaniu załodze samolotu Tu-154M komendy „Horyzont, sto jeden”.
Michnik musi zdawać sobie sprawę, że te ustalenia oznaczają, iż winę za katastrofę ponoszą Rosjanie (to rosyjska dziennikarka, a nie ktoś z „GW”, powiedziała, że skoro nagranie z wieży zaginęło, to Rosjanie nie mają alibi). Musi wiedzieć, że Miller kłamie, ale eksperci tej oceny nie ukrywają – Małgorzata Wassermann: „W rozmowie z nami podkreślana była wina rosyjska. Od przygotowania lotniska po pracę kontrolerów (…) to nie była wina naszego pilota, po to miał wieżę, żeby korygowała jego lot”.
Jeżeli pilotom pozwolono lądować, ale oszukiwano ich co do położenia samolotu – miejsca na ścieżce, kursie i odległości od lotniska – a skala tych różnic dowodzi, że nie mogły to być pomyłki, to pisanie o „niedokładnych informacjach” jest taką różnicą, jaka dzieli stwierdzenie, że Polaków w Katyniu rozstrzeliwano precyzyjnie, od kłamstwa, że trafienia w tył głowy spowodowane były niedokładnym celowaniem w trakcie zabawy funkcjonariuszy NKWD w strzelanie do tarczy.
Michnik zrównuje ofiarę pilotów, którzy ponieśli śmierć za wiarę, że Rosjanie nie wprowadzą samolotu z polskim prezydentem w śmiertelną pułapkę, z rzekomym „nieprzygotowaniem” kontrolerów, którzy za swój czyn zostali nagrodzeni awansem. Gdy widzę tak skonstruowaną analogię: „Nie sposób jednak mówić o złej woli jednych czy drugich”, przypominam sobie świetną zabawę, jaką miał „nadredaktor”, gdy na jubel w „GW” ubrał się w mundur pułkownika NKWD.
Mam poczucie, że przed napisaniem swojego artykułu znowu wdział ten mundur i wpatrzył się w portret Żdanowa, bo tylko z takiego źródła mógł zaczerpnąć drugą analogię: „Nie sądzę, by wielkoruscy nacjonaliści łatwo przyjęli do wiadomości wiedzę o częściowej winie służb z lotniska smoleńskiego, gdzie system oświetlenia był niesprawny, a lotnisko nieprzygotowane. Nie sądzę, by zwolennicy »religii smoleńskiej« przyjęli do wiadomości wiedzę, że nie było zamachu ani spisku Putina z Tuskiem. Fanatyzm jest schorzeniem specyficznym i długotrwałym”. Pomijam konsekwentne pomniejszanie odpowiedzialności Rosjan – ot, jakieś parę nieczynnych lamp, lotnisko trochę zarośnięte. Chodzi mi o kłamstwo, że w Polsce istnieje jakaś „religia smoleńska”, którą – jak należy się domyślać – mają tworzyć „obrońcy krzyża” od dawna upokarzani przez „GW”. Chodzi o oskarżenie, że ci katolicy tworzą sektę, a więc ich żądania muszą być z definicji absurdalne. Chodzi o sprowadzanie inaczej myślących do pozycji nieuleczalnych fanatyków i chorych psychicznie. Chodzi o to, że ten niewierzący urzędnik „religii Holokaustu” rzuca oszczerstwa na polskich patriotów. Chodzi o stawianie ich poza społeczeństwem polskim.
Ale głównie chodzi o zrównanie bezsilnych żałobników Smoleńska z triumfującymi wielkoruskimi nacjonalistami! Michnik świetnie wie, że wielkoruscy nacjonaliści nie uznają sowieckiego sprawstwa mordu w Katyniu ani innych zbrodni na Polakach. Odmawiając tego uznania, tacy Rosjanie i wspierająca ich postawę władza biorą na siebie współodpowiedzialność za ludobójstwo.
Ten, który zrównuje ofiary z katem, staje się propagandystą zbrodni.