Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Tusk, wasal Berlina, na wojnie z Waszyngtonem. "Gazeta Polska" o antyamerykańskiej krucjacie premiera

Od sabotowania tarczy antyrakietowej w 2008 roku przez reset z Rosją aż po dzisiejszą otwartą konfrontację dyplomatyczną z administracją Donalda Trumpa – polityka zagraniczna Donalda Tuska wykazuje jedną, stałą cechę: bezwzględne podporządkowanie antyamerykańskim planom Berlina. Ostatnie nerwowe reakcje szefa rządu na plany strategiczne USA wobec Grenlandii, szkalowanie Trumpa oraz retoryka oskarżająca Stany Zjednoczone o „imperializm” to nie incydenty, lecz logiczna kontynuacja kursu obranego lata temu: scenariusza wypychania Stanów Zjednoczonych z Europy.

Na początku 2026 roku po raz kolejny potwierdziło się, że antyamerykanizm jest kluczowym elementem strategii zagranicznej rządu w Warszawie. Tym razem pretekstem stała się Grenlandia, a konkretnie to, że Donald Trump, kierując się pilną geopolityczną potrzebą zablokowania rosyjskich i chińskich wpływów w Arktyce, ponownie wyraził chęć przejęcia kontroli nad wyspą.

Przed odlotem do Paryża na spotkanie „koalicji chętnych” premier Tusk wykorzystał konferencję na Okęciu do uderzenia w głównego sojusznika Polski, sugerując, że... USA zagrażają jedności NATO. „Żaden członek Paktu Północnoatlantyckiego nie powinien atakować czy grozić drugiemu członkowi Paktu Północnoatlantyckiego. Inaczej NATO straciłoby sens, gdyby w obrębie tego paktu dochodziło do konfliktu czy wzajemnych agresywnych kroków” – stwierdził Tusk, zrównując amerykańskie plany z przygotowywaniem wojskowej agresji na Danię.

Środowisko polityczne premiera wykorzystuje każdy pretekst, by przedstawiać Stany Zjednoczone pod rządami Trumpa jako państwo nieobliczalne i zagrażające ładowi międzynarodowemu. Widać to było wyraźnie w reakcjach na doniesienia o amerykańskich działaniach wobec reżimu w Wenezueli.

Gdy prezydent USA w wywiadzie dla „The Atlantic” łączył kwestie bezpieczeństwa globalnego z koniecznością zdecydowanych działań, otoczenie Tuska i sprzyjające mu media natychmiast uruchomiły przekaz o „imperializmie” i „rewizjonizmie” Waszyngtonu.

Wpisuje się to zresztą w szerszy kontekst działań dyplomacji francuskiej i niemieckiej. Jak donosił portal Politico, szef francuskiego MSZ Jean-Noël Barrot zadeklarował, że Paryż współpracuje z sojusznikami – w tym z Polską i Niemcami – nad „wspólną odpowiedzią na groźby prezydenta USA”.

Polska pod rządami Tuska, zamiast pełnić rolę zwornika relacji transatlantyckich, stała się elementem antyamerykańskiego frontu wewnątrz UE. Były szef polskiej dyplomacji, prof. Zbigniew Rau, celnie punktował tę strategię w Telewizji Republika, pytając retorycznie: „Jaki Polska ma interes, jak to ma służyć polskiej racji stanu, kiedy chcemy sami znaleźć się na kursie kolizyjnym (...) z naszym nie tylko zasadniczym, ale też najbardziej wiarygodnym sojusznikiem?”. Odpowiedź nasuwa się sama: interes ten nie jest zdefiniowany w Warszawie, lecz w Berlinie, dla którego obecność USA w Europie jest przeszkodą w budowie „autonomii strategicznej”.

Dyplomacja obelg i kadry resetu

Ostatni rok rządów Donalda Tuska to kronika zapowiedzianej katastrofy w relacjach polsko-amerykańskich. Premier, który jeszcze w marcu 2023 roku publicznie insynuował agenturalność Donalda Trumpa, w zderzeniu z rzeczywistością jego prezydentury nie tylko nie dokonał korekty kursu, lecz wręcz docisnął pedał gazu na kursie kolizyjnym.

Uporczywe forsowanie (wbrew ówczesnemu prezydentowi RP Andrzejowi Dudzie) Bogdana Klicha na stanowisko ambasadora w USA – polityka, który nazywał Trumpa „niezrównoważonym” – mogło zostać odebrane w Białym Domu wyłącznie jako prowokacja. Zwłaszcza że nie była to jedyna inwektywa, jaka padła z ust Klicha pod adresem Donalda Trumpa. W 2021 roku niedoszły ambasador RP w USA oskarżał na Twitterze: „Prezydentura D. Trumpa kończy się haniebnymi zamieszkami na Kapitolu. Wychwalany pod niebiosa przez polityków PiS Trump zostawia Amerykę podzieloną jak nigdy od czasów wojny secesyjnej. Takie skutki przynoszą rządy populistów, którzy mają tylko jedną obsesję, władzę”. W lutym 2023 roku polityk PO nazwał kandydata Partii Republikańskiej „echem propagandy Rosji" – co jest o tyle groteskowe, że to właśnie za rządów Klicha w Ministerstwie Obrony Narodowej powstał „Komunikat dotyczący współpracy między Siłami Zbrojnymi Rzeczypospolitej Polskiej a Siłami Zbrojnymi Federacji Rosyjskiej”, zakładający wspólne z rosyjską armią planowanie, prowadzenie i obserwację ćwiczeń oraz szkoleń wojsk i dowództw, a także polsko-rosyjskie „operacje wspierania pokoju i reagowania kryzysowego”. 

Szczególne obawy budzi stan służb specjalnych, będących fundamentem współpracy wywiadowczej z USA. Decyzją premiera kierownictwo nad Służbą Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) objął gen. Jarosław Stróżyk, który w swoim doktoracie obronionym w 2019 roku pisał wprost, że „prezydent Putin użył klasycznych środków wywiadowczych i potraktował prezydenta USA [Donalda Trumpa] jako atut Rosji”. Trudno wyobrazić sobie gorszą rekomendację do współpracy z CIA czy Pentagonem niż szef kontrwywiadu wojskowego, który urzędującego prezydenta sojuszniczego mocarstwa uważa za rosyjską marionetkę. Co więcej, zastępcą Stróżyka został płk Krzysztof Dusza – postać symboliczna dla czasów resetu z Rosją, współodpowiedzialna za skandaliczną umowę SKW z FSB i biesiady z rosyjskimi czekistami w Kadynach. Amerykańscy partnerzy wprost sugerowali konieczność jego usunięcia ze względu na te powiązania, jednak rząd Tuska te sygnały zignorował, przedkładając ochronę „swoich ludzi” nad wiarygodność sojuszniczą.

Dopełnieniem tego obrazu jest instrumentalne wykorzystywanie antyamerykanizmu w polityce wewnętrznej. Tuż po zaprzysiężeniu Trumpa w styczniu 2025 roku Tusk rozpętał histerię wokół szykowanych rzekomo masowych deportacji Polaków z USA. Publicznie instruował Radosława Sikorskiego, by przygotował konsulaty na przyjęcie rodaków, kreując fałszywy obraz Ameryki jako państwa wrogiego polskim obywatelom. „Tutaj każdy znajdzie swoją Amerykę” – mówił patetycznie premier, budując narrację, w której to jego rząd jest jedynym obrońcą przed „nieobliczalnym” sojusznikiem. W rzeczywistości żadna fala deportacji Polaków nie nastąpiła, ale cel polityczny – zohydzenie USA w oczach polskiego społeczeństwa i usprawiedliwienie zwrotu ku Berlinowi – był realizowany z żelazną konsekwencją.

Obóz polityczny Tuska aktywnie bierze też udział w atakowaniu amerykańskich platform internetowych. Kilka miesięcy temu Bartłomiej Sienkiewicz, człowiek Tuska do zadań specjalnych, jako europoseł brutalnie zaatakował USA, Trumpa i Elona Muska, mówiąc wręcz o „amerykańskiej agresji". „Do prawej strony sali: przestańcie udawać, że chodzi wam o wolność słowa. Wy jesteś partią Trumpa i Muska w Unii Europejskiej. Wczoraj owacyjnie klaskaliście Trumpowi i nie przeszkadza wam, że ten prezydent Stanów Zjednoczonych wypowiedział wojnę handlową, niszczącą gospodarkę Unii Europejskiej” – grzmiał Sienkiewicz, zwracając się do europarlamentarzystów prawicy. I kontynuował:

„Dziś bronicie amerykańskich platform internetowych i nie przeszkadza wam, że ich algorytmy będą częścią amerykańskiej technologicznej agresji wobec Europy. Dla mnie jako Polaka – wsparcie platformy X dla AfD (Alternatywa dla Niemiec) już jest aktem agresji wobec mojego kraju. Dziwię się posłom z mojego kraju, z Prawa i Sprawiedliwości, że się na to godzą. Jeśli Komisja Europejska nie będzie w stanie powstrzymać platformy X przed ingerencją w europejską politykę. Jeśli DSA [unijny akt o usługach cyfrowych uderzający w amerykańskie platformy internetowe – przyp. red.] zostanie martwym prawem, to Unia Europejska straci suwerenność. A wy z prawej strony sali, jesteście forpocztą tej agresji. Jesteście zdrajcami Europy". 

W antyamerykańskiej retoryce ludzi związanych z obozem koalicji 13 grudnia pojawiły się też określenia znane dobrze z PRL-owskiej propagandy, czyli „rewizjonizm” i „imperializm”. Były prezydent i marszałek Sejmu Bronisław Komorowski – niedługo po rosyjskiej inwazji na Gruzję obściskujący się ze zbrodniarzem Dmitrijem Miedwiediewem – podważał nie tak dawno na antenie radia RMF FM samą zasadność sojuszu z USA: „Więc mamy się czego obawiać, bo to nie jest tak, jak czasami Polakom się wydaje, że Stany Zjednoczone były, są i będą zawsze ostoją wolności i naszego poczucia bezpieczeństwa”. Komorowski dramatyzował również: „To jest bardzo niepokojące, że Stany Zjednoczone – potęga militarna, gospodarcza i polityczna – stanęły w szeregu krajów rewizjonistycznych, które zakładają rewizje granic we współczesnym świecie”.

„Pistolecik” Tuska oraz rosyjska agentura

Aby zrozumieć głębokość kryzysu, w jakim znalazły się relacje Warszawy z Waszyngtonem, nie wystarczy spojrzeć na ostatnie miesiące. Należy cofnąć się do momentu, gdy Donald Tusk, niepełniący jeszcze funkcji premiera, ale już aktywnie walczący o władzę, uczynił z atakowania Donalda Trumpa element swojej politycznej tożsamości. 

Symbolem tej infantylnej i niebezpiecznej postawy na zawsze pozostanie zdjęcie, które Donald Tusk opublikował w mediach społecznościowych w 2019 roku – a kilka miesięcy później w swej książce „Szczerze”, z następującym podpisem „Nasz fotograf namówił mnie, żebym zaaranżował jakąś nietypową scenę z drugim Donaldem. Więc zaaranżowałem”. Fotografia przedstawiała ówczesnego szefa Rady Europejskiej celującego w plecy prezydenta USA dwoma palcami ułożonymi w kształt pistoletu. Ten „żart”, wykonany podczas szczytu G-7 w Kanadzie w czerwcu 2018 roku, jest niestety symptomatyczny dla środowiska lidera PO, który w 2021 roku pisał na Twitterze: „Wszędzie jest jakiś Trump, więc każdy z nas musi bronić Kapitolu”. W lutym 2024 roku szef kancelarii premiera Tuska Jan Grabiec atakował Donalda Trumpa jako „kandydata, który ma jak najgorsze plany, jeśli chodzi o poziom bezpieczeństwa Polski”.

Trumpa obrażał także obecny szef MSZ Radosław Sikorski. W 2020 roku oznajmiał w mediach społecznościowych, że „Trump osłabia Zachód jako całość”. Przestrzegał również, iż „Trump to nie Republikanin, lecz szarlatan”, który popycha USA „w kierunku regularnej wojny domowej”. W styczniu 2021 roku Sikorski pisał na Facebooku: „Dla proto-faszystów jak Trump czy Kaczyński wybory lub wyroki są ważne tylko wtedy, gdy idą po ich myśli”. A kilka miesięcy później na Twitterze groził: „Trump zrobił z amerykańskim konserwatyzmem dokładnie to, co PiS zrobił z polskim – wyjałowił intelektualnie, sprowadził do prymitywnego nacjonalizmu i skompromitował teoriami spiskowymi. Oby polscy wyznawcy Trumpa skończyli tak jak on”.

W styczniu 2023 roku Sikorski na Twitterze wygrażał: „Psychoprawicowy rokosz nie udał się dwa lata temu w USA, nie udaje się teraz w Brazylii i nie uda się w Polsce. Puczyści – Trump, Bolsonaro i ewentualni polscy naśladowcy – powinni zostać być przykładnie ukarani”. W marcu 2023 roku polityk, który był jednym z głównych autorów i wykonawców resetu z putinowską Rosją, tak wyrażał się zaś o przyszłym prezydencie USA:

„Teraz rozumiem, dlaczego Putin i Trump tak się lubią”.

Swoje w sprawie Trumpa dokładał też Arkadiusz Myrcha, obecnie wiceminister sprawiedliwości. 31 maja 2024 roku na portalu X stwierdził: „Poczucie bezkarności – mit założycielski wszystkich politycznych populistów, oszustów i złodziei #Trump #PiS”.

Obecnego prezydenta USA mieszała również z błotem Małgorzata Kidawa-Błońska, dzisiejsza marszałek Senatu RP. W 2021 roku przestrzegała na Twitterze: „To niewyobrażalne, co dzieje się teraz na Kapitolu. Trump tak bardzo nie może pogodzić się z porażką i niespełnionymi ambicjami, że gotowy jest podpalić swoją ojczyznę. Bardzo groźny człowiek, który chwyta się najgorszych metod, narażając innych ludzi”. Jak również: „Tego, co mówi dziś Trump, nie da się spokojnie słuchać. Człowiek owładnięty manią wszechobecnego spisku. Przegrał i wciąż szokuje. Bardzo to wszystko groźne”.
Jeszcze bardziej bezrozumne były chyba wpisy Tomasza Siemoniaka, który jest dziś szefem MSWiA oraz koordynatorem służb specjalnych. „Prezydent Trump jest wspierany przez Rosję i podejmuje działania w interesie Rosji” – podkreślał w 2020 roku, w innym poście dodając, że amerykański polityk „szedł na rękę Rosji”. Dwa lata później w mediach społecznościowych skarżył się, że „Trump wychwala Putina”; w innym poście oceniał: „Im mniej w polityce Zachodu wpływu takich polityków jak Trump, Le Pen i Salvini, tym bezpieczniej dla Polski, Europy i świata”. W styczniu 2023 roku Siemoniak stwierdzał wprost, że Trump stoi „po stronie Rosji” i że jest „prorosyjskim politykiem”. 

Fundamenty zdrady atlantyckiej

Obecna histeria antytrumpowa w wykonaniu polityków koalicji 13 grudnia nie jest zjawiskiem nowym ani przypadkowym. To recydywa postawy, która stanowiła fundament polityki zagranicznej pierwszego rządu Donalda Tuska w latach 2007–2014. Wówczas, w imię fatalnego w skutkach resetu z Rosją i pod dyktando Berlina, Warszawa systematycznie rozmontowywała sojusz z Waszyngtonem, traktując amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa jako przeszkodę w budowaniu „nowego ładu” z Władimirem Putinem.

Najbardziej jaskrawym dowodem na ten antyatlantycki zwrot był sabotaż projektu tarczy antyrakietowej. Gdy administracja George’a W. Busha oferowała Polsce instalację, która miała stać się strategicznym zwornikiem naszego bezpieczeństwa, rząd Tuska rozpoczął cyniczną grę na zwłokę.

Premier RP publicznie podważał sensowność amerykańskiej obecności, sugerując, że tarcza zwiększa zagrożenie dla Polski, zamiast je niwelować. „Nie entuzjazmujemy się tym projektem” – taki przekaz płynął z kancelarii premiera, podczas gdy Moskwa zacierała ręce. Ostatecznie gra Tuska doprowadziła do tego, że pierwotny, najkorzystniejszy dla Polski projekt upadł. Rosyjska „Nowyje Izwiestija” wystawiła wówczas Tuskowi – za jego proniemieckość i prorosyjskość – certyfikat prawdziwego Europejczyka:

„Nowy polski premier zademonstrował Waszyngtonowi, że jego kraj nie jest już »wiernopoddańczym« partnerem Ameryki (...) w charakterze szefa rządu, zanim poleciał za ocean, odwiedził Berlin i Moskwę, podkreślając w ten sposób priorytet proeuropejskiej polityki swojego gabinetu”.

Dystans wobec USA szedł w parze z brutalnymi atakami na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który jako jedyny rozumiał, że tylko ścisły sojusz z Waszyngtonem może powstrzymać rosyjski imperializm. Kulminacją tego sporu był szczyt NATO w Bukareszcie w 2008 roku. Podczas gdy prezydent Kaczyński, ramię w ramię z prezydentem Bushem, walczył o mapę drogową do NATO dla Gruzji i Ukrainy, rząd Tuska po cichu wspierał stanowisko niemiecko-francuskie, blokujące rozszerzenie Sojuszu. Zablokowanie aspiracji Kijowa i Tbilisi było de facto wydaniem wyroku na te państwa, co potwierdziła rosyjska inwazja na Gruzję zaledwie kilka miesięcy później. Tusk wybrał wówczas lojalność wobec Angeli Merkel, odwracając się plecami do USA i państw naszego regionu. 

Architektem tej katastrofalnej doktryny był Radosław Sikorski. Ten sam polityk, który dziś próbuje pouczać Amerykanów o demokracji, w tamtym czasie forsował koncepcje, które brzmią dziś jak ponury żart. To Sikorski był bowiem orędownikiem zaproszenia Rosji do NATO, co w praktyce oznaczałoby koniec Sojuszu Północnoatlantyckiego jako paktu obronnego Zachodu. 

Dodajmy, że 21 lutego 2011 roku – podczas wspólnych obrad niższych izb parlamentów Niemiec, Polski i Rosji – zainaugurowano współpracę Berlina, Warszawy i Moskwy w ramach tzw. Trójkąta Kaliningradzkiego. Była to niezinstytucjonalizowana forma trójstronnej kooperacji mającej „skoordynować” politykę tych trzech państw, wymierzona w spójność NATO i obecność USA w Europie. Jeden z rosyjskich reżimowych analityków tak wychwalał tę inicjatywę:

„Pojawiają się głosy (wciąż nieliczne) o potrzebie przekształcenia Kaliningradu w punkt geopolitycznego styku trzech państw – Polski, Niemiec i Rosji. Kaliningradowi przypisuje się rolę regionalnego bieguna, w oparciu o który Warszawa, Berlin i Moskwa mogą się zjednoczyć jako odpowiedź na amerykańską dominację na kontynencie europejskim (…). Idea utworzenia Trójkąta Kaliningradzkiego jest więc ideą pankontynentalnej integracji Europy z Rosją. Stanowi to zagrożenie dla anglosaskiej hegemonii w regionie”. 

Dziś, gdy Donald Tusk i jego ekipa ponownie atakują Waszyngton, warto pamiętać, że nie jest to wynik troski o demokrację czy praworządność. To kontynuacja starej strategii: wypychania „anglosaskich wpływów” z kontynentu, by zrobić miejsce dla hegemonii Berlina i jego interesów. W latach 2007–2014 cena za tę politykę była wysoka – ośmielenie Rosji do agresji. Dziś, w obliczu trwającej regularnej wojny za naszą wschodnią granicą, powrót do antyamerykańskiego kursu jest niczym innym jak igraniem z ogniem na beczce prochu.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane