Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Strategiczne szaleństwo Tuska. Grochmalski o dramatycznych konsekwencjach antypolskiego kuglarstwa

To szokująca postawa premiera Polski. Na łamach „Financial Times” 24 kwietnia ogłasza, że Rosja może zaatakować NATO w ciągu „kilku miesięcy”. A równocześnie podaje w wątpliwość amerykańskie gwarancje w ramach art. 5, w ten sposób publicznie kwestionując lojalność najważniejszego sojusznika RP. Do tego apeluje o „wzmocnienie unijnej klauzuli wzajemnej obrony”. Czy to oznacza, że spodziewa się stworzenia europejskiej armii w ciągu kilku miesięcy? - pyta Piotr Grochmalski w "Gazecie Polskiej".

Tusk powiedział „Financial Times”, że „największym i najważniejszym pytaniem dla Europy jest to, czy Stany Zjednoczone są gotowe być tak lojalne, jak opisano to w naszych traktatach [NATO]”. Te głoszone wszem wobec przez premiera RP poglądy podważają wiarygodność polskich relacji sojuszniczych z USA i potężnie uderzają w nasze bezpieczeństwo. Słowa te były szeroko komentowane na całym świecie. Nie poprzedziła ich żadna informacja o ewentualnej redukcji niemal 10 tys. żołnierzy USA stacjonujących w Polsce czy zapowiedź likwidacji amerykańskiej bazy w Redzikowie.

Wręcz przeciwnie – Trump jednoznacznie sugerował możliwość zwiększenia tego kontyngentu, w sytuacji gdyby Warszawa wystąpiła z taką propozycją do Waszyngtonu.

„To nie jest czas na prywatne wojenki”

Tusk urządził to przedstawianie niespełna dwa miesiące po tym, jak Merz opublikował na łamach „Foreign Affairs” (13 lutego) swój prowokacyjny tekst pt. „Jak zapobiec tragedii polityki wielkich mocarstw” w którym ogłosił, iż to Niemcy przejmą, w imieniu Europy, komunikację z USA. Stwierdził też, że „Europa musi również stać się globalnym graczem politycznym z własną polityką bezpieczeństwa. W artykule 42.7 Traktatu o Unii Europejskiej państwa członkowskie zobowiązują się do udzielania sobie wzajemnej pomocy w przypadku ataku zbrojnego. Musimy teraz określić, jak możemy zorganizować to na poziomie UE, nie jako substytut NATO, ale jako samowystarczalny, silny filar sojuszu”. Na ten sam art. 42.7 powołał się Tusk, ale jednocześnie wywołał szok, strasząc bliską wojną. Prezydent Karol Nawrocki, zwierzchnik polskich sił zbrojnych, natychmiast zwrócił się do premiera z pismem, w którym domagał się przedstawiania twardych danych wywiadowczych i wyjaśnienia, jakie działania podjęto, by przygotować Polskę na czarny scenariusz. Stwierdził też dobitnie: „Jeśli chodzi o (…) głośny wywiad pana premiera, trzeba go uznać jasno za szkodliwy dla Polski. Ja jestem w ciągłym kontakcie, jako zwierzchnik sił zbrojnych, z polskimi generałami. Którzy także byli zaskoczeni słowami pana premiera. Straszenie Polaków wojną w momencie, gdy zwierzchnik sił zbrojnych nie ma takich informacji, jest głęboko nieodpowiedzialne. Uderzanie w naszego sojusznika strategicznego, jakim są Stany Zjednoczone, podważanie artykułów Sojuszu Północnoatlantyckiego, no trzeba uznać za bardzo nieodpowiedzialne i niemądre”. W armii wrze. 

Generał Rajmund Andrzejczak, były szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, komentując słowa Tuska, stwierdził: „Szkodliwe, absolutnie szkodliwe… To jest szkodliwe, ponieważ nie ma łączności między komunikatem a czynnościami, no to tak w strategii nie może wyglądać”. Premier mówi o wojnie w ciągu miesięcy bez przedstawienia jakichkolwiek dalszych kroków. Albo jest to obrzydliwa wewnętrzna gra polityczna, albo skrajna niekompetencja. Jedno gorsze od drugiego. A szef Kancelarii Prezydenta, minister Zbigniew Bogucki, stwierdził:

„To nie jest czas na prywatne wojenki, to nie jest czas na popisy polityczne, to nie jest czas i moment na to, że ktoś z Europy Zachodniej, ze środowiska Donalda Tuska, liberałów czy środowisk lewicowych poklepie go po ramieniu. To jest czas odpowiedzialności za państwo. I Donald Tusk tej odpowiedzialności nie potrafi unieść, dlatego że mówi na forum międzynarodowym, do publicznych, do zagranicznych mediów rzeczy, które są w poprzek polskiego interesu, one są w przeciwieństwie do polskiego interesu narodowego. Przypomnę, na terytorium Polski stacjonuje blisko 10 tys. żołnierzy US Army. Nie chcę użyć mocnych słów, ale bardzo nierozsądnymi wypowiedziami chce spowodować, żeby ci żołnierze opuścili terytorium Rzeczypospolitej. Czy to jest w interesie Polski?”.

O szaleństwie Tuska

Jednym z celów tego szaleństwa Tuska było odwrócenie uwagi Polaków od 11. szczytu Trójmorza w chorwackim Dubrowniku, który rozpoczął się 28 kwietnia. Ta imponująca inicjatywa, która narodziła się w Nowym Jorku w 2015 roku, a już rok później, w sierpniu 2016 roku, odbył się – właśnie w Dubrowniku – pierwszy szczyt Trójmorza, którego podstawę stanowiła strategiczna współpraca prezydenta RP Andrzeja Dudy i liderki Chorwacji Kolindy Grabar-Kitarović, nabrała rozpędu już rok później, gdy w warszawskim szczycie wziął udział prezydent USA Donald Trump. Trójmorze, które realizuje geopolityczną wizję Lecha Kaczyńskiego, jest pierwszym tak kompleksowym projektem w UE tworzenia silnej osi Północ–Południe. Dziś to na państwach tego regionu spoczywa nie tylko bezpieczeństwo całej wschodniej rubieży Europy wobec Rosji, lecz także całego Starego Kontynentu.

Z oczywistych powodów tylko USA posiadają potencjał odstraszania, który potężnie wzmacnia wiarygodność działań państw Trójmorza. Ale od samego początku zarówno Berlin, jak i Moskwa uznawały, iż inicjatywa ta, z punktu widzenia ich interesów, niebezpiecznie wzmacnia pozycję regionalną Polski, a poprzez amerykański lewar czyni z RP także państwo, które może skutecznie przeciwstawić się przejęciu kontroli przez Niemcy nad Europą Środkową. Nie dziwi więc, że słowa Tuska zostały fatalnie odebrane na szczycie Trójmorza.

Ten niepokojący antyamerykanizm Tuska prezydent Nawrocki ocenił surowo w wywiadzie, którego udzielił korespondentowi TV Republika Adrianowi Boreckiemu. Stwierdził: „Myślę, że ani ja, ani ci uczestnicy Inicjatywy Trójmorza, którzy dzisiaj się spotkali, nie mają najmniejszych wątpliwości, że USA są nie tylko formalnie strategicznym partnerem i Polski, i Inicjatywy Trójmorza, a dla Polski są także najważniejszym sojusznikiem. Nie rozumiem tego typu narracji, która jest rozprzestrzeniana w przestrzeni nie tylko Polski, ale i Europy – niepokojącego antyamerykanizmu, który chce podważyć z jednej strony relacje Polski i Europy z USA, a z drugiej – działa z niekorzyścią dla tych relacji. (…) Mamy świadomość, że w Europie jest około 100 tys. żołnierzy amerykańskich, w samej Polsce około 10 tys. Pod względem gospodarczym i ekonomicznym wielu inwestorów amerykańskich odpowiada za miejsca pracy dla Polaków i obywateli innych państw Inicjatywy Trójmorza. USA są głównym motorem, fundamentem NATO, który poza naszymi narodowymi armiami współgwarantuje bezpieczeństwo naszego regionu, wschodniej flanki NATO i naszych państw. (…) jeszcze raz podkreślę, że dzisiejsze posiedzenie w ramach szczytu Trójmorza pokazywało raczej synergię państw Europy Środkowej, Wschodniej i Południowo-Wschodniej w relacjach z USA, ale także z partnerami spoza Europy. Powinniśmy dyskutować o tym, jak budować relacje transatlantyckie, a nie starać się przekonywać Polskę, Europę i świat, że art. 5 jest kwestionowany czy że nie potrzebujemy silnego okrętu transatlantyckiego. Jestem zdecydowanym krytykiem i przeciwnikiem tego rodzaju narracji”.

Gdy Tusk uderzał w USA, prezydent Nawrocki, w trakcie szczytu Trójmorza, spotkał się z delegacją amerykańską, na której czele stał sekretarz energii Chris Wright, bliski współpracownik Trumpa. Jak podkreślił na forum: „Polska jest gotowa do tego, aby stać się »bramą Północy« dla amerykańskiego gazu do całego regionu”. Wskazywał, że obszar Inicjatywy Trójmorza jest jednym z najszybciej rozwijających się regionów na całym świecie. Jak podkreślił:

„To rynek, który generuje łącznie 2 bln euro rocznie, co stanowi niemal 20 proc. PKB całej Unii Europejskiej. Wszyscy razem – 13 państw – tworzymy siódmą gospodarkę świata”.

Od wpadki do wpadki

Prezydent Nawrocki przed odlotem na szczyt Trójmorza spotkał się z Johnem Coale’em, specjalnym wysłannikiem USA do spraw Białorusi. Po miesiącach dyplomatycznych działań osiągnął spektakularny sukces. Jeszcze 3 września 2025 roku, podczas rozmowy obu prezydentów w Białym Domu, Nawrocki poprosił Trumpa o pomoc w uwolnieniu Andrzeja Poczobuta, niezłomnego dziennikarza, legendarnego działacza Związku Polaków na Białorusi (to wówczas też prezydent RP otrzymał zapewnienie o gotowości USA do zwiększenia liczby żołnierzy w Polsce, a także zaproszenie na szczyt G20 na Florydzie w 2026 roku). Poczobut, wielokrotnie prześladowany, trafił do więzienia, skazany na osiem lat. Był jednym z kluczowych symboli dla reżimu Łukaszenki.

Po sfałszowanych wyborach w 2020 roku, na silną sugestię ze strony Moskwy, białoruski dyktator szybko zaczął eksploatować polski wątek.

Gwałtownie eskalował napięcie, a 21 sierpnia 2020 roku ogłosił groźbę inwazji zewnętrznej ze strony Polski. Jej celem miało być oderwanie obwodu grodzieńskiego. „Bo oni [państwa zachodnie – przyp. P.G.] postawili sobie za cel przede wszystkim odcięcie tego terytorium (…). Polskie flagi już niedawno wywieszono” – powiedział dla państwowej agencji BelTA. Podkreślił, że po raz pierwszy od ćwierćwiecza musiał podjąć dramatyczną decyzję, ogłosić pełną gotowość bojową sił zbrojnych i przerzucić wojska na kierunek zachodni. Mianowany nowy minister obrony, gen. Wiktor Chrenin, 4 września 2020 roku spotkał się w Moskwie z ministrami obrony krajów WNP, Szanghajskiej Organizacji Współpracy i Organizacji Traktatu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Przekazał, iż na Białorusi Polska, wykorzystując swoją diasporę, próbowała dokonać kolorowej rewolucji, a po klęsce tej koncepcji, inspirowanej przez NATO, Zachód rozpoczął wojnę hybrydową. Jedną z kluczowych ofiar strategii Łukaszenki wobec białoruskiej Polonii stał się Andrzej Poczobut.

W sierpniu 2024 roku, jeszcze za rządów prezydenta Bidena, doszło do największej wymiany więźniów w relacjach USA–Rosja. Ekipa Tuska oddała wówczas ważnego dla Putina szpiega GRU, Pawła Rubcowa, bez wywalczenia uwolnienia w zamian Poczobuta. Punktem przełomowym była zdecydowana postawa prezydenta Nawrockiego. Jak ujawnił polskim mediom John Coale, Donald Trump priorytetowo potraktował prośbę polskiej głowy państwa. Mińsk usilnie szukał porozumienia z USA. Już we wrześniu 2025 roku Łukaszenka wypuścił z więzień 52 osoby, aby otworzyć drogę do negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi, a w grudniu 2025 roku, po złagodzeniu przez USA sankcji, kolejnych 123 więźniów politycznych. W końcu w marcu 2026 roku, po tym jak Waszyngton otworzył drogę dla białoruskich nawozów, aż 250 opozycjonistów opuściło więzienia, w tym dziennikarka Kaciaryna Andrejewa. Ostatecznie Coale osiągnął sukces. To była złożona operacja, ale decydujące znaczenie miała osobista determinacja Trumpa.

Zaledwie pięć dni po tym, jak Tusk prowokacyjnie zadał pytanie o lojalność USA wobec Polski, Poczobut został przekazany przez reżim Łukaszenki w ręce Polaków. Ruszyła machina propagandowa ekipy 13 grudnia. Tusk i Sikorski przedstawili to jako swój spektakularny sukces, w którym USA odegrało marginalną rolę. Był to jeden z najbardziej bulwersujących spektakli propagandowych Tuska. Dopiero John Coale ujawnił rzeczywistą rolę w tych wydarzeniach prezydenta Polski i Stanów Zjednoczonych.

Dlaczego Tusk realizuje niemieckie interesy

Skąd ta seria antyamerykańskich prowokacji, dlaczego Tusk tak bardzo stara się podważać NATO i nasz sojusz z USA? Dlaczego równocześnie forsuje skrajnie proniemiecką opcję, której elementem jest przygotowywana w ogromnym pośpiechu umowa z Berlinem o współpracy w dziedzinie obronności?

Dokument ten ma być finalizowany już w czerwcu, ale nie trafi do parlamentu ani na biurko prezydenta. Wszystko ma być pod kontrolą Tuska i Kosiniaka-Kamysza. Pachnie to zdradą narodowych interesów, bo umowa nie tylko wymusi na nas szeroką współpracę wywiadowczą, lecz także mamy stać się rynkiem zbytu dla niemieckiego przemysłu obronnego. Wyobraźmy sobie, że działania te – odsuwanie się od USA i podporządkowanie militarne Niemcom – mają zapewnić nam większe bezpieczeństwo. Bo – według propagandy lansowanej przez reżimowe media Tuska – Waszyngton staje się niepewnym sojusznikiem, a nam grozi wojna za kilka miesięcy. Problem w tym, iż opublikowana 22 kwietnia 2026 roku nowa strategia wojskowa Niemiec, a także plany modernizacji i rozbudowy Bundeswehry do 2039 roku jasno wskazują, iż przez najbliższe lata niewiele ulegnie zmianie. To polska armia będzie wówczas w stanie obronić RFN, bo będzie potężniejsza. Co gorsza, zaledwie 16 proc. Niemców chce bronić z bronią w ręku swego państwa. Jak w takim kontekście można liczyć na ich wsparcie? Mówiąc wprost, Tusk to wszystko wie, a mimo to prowadzi samobójczą politykę osłabiania naszego bezpieczeństwa.

Jak zauważa Łukasz Jasiński, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, w przypadku niemieckiej armii „zdecydowane zwiększenie liczebności i uzyskanie nowych zdolności ma nastąpić dopiero w kolejnej dekadzie. (…) Priorytetem do 2029 roku jest poprawa już istniejących zdolności wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Następnie do 2035 roku ma znacząco wzrosnąć liczba żołnierzy i zdolności do działania we wszystkich domenach. Docelowo – do 2039 roku – Bundeswehra ma być największą i najbardziej zaawansowaną technologicznie (w zakresie zdolności konwencjonalnych) armią w Europie, odpowiadającą za odstraszanie i obronę Niemiec oraz sojuszników przed agresją ze strony Rosji”. Bo celem Niemiec jest przejęcie odpowiedzialności od USA za bezpieczeństwo Europy, w tym Polski. Wywołując wśród Polaków lęk wojną, która ma wybuchnąć lada miesiąc, i równocześnie budując antyamerykańską histerię i brutalnie atakując prezydenta Nawrockiego, radykalnie zmniejsza nasze zdolności do odstraszania wobec Rosji. Wystawia nas Putinowi na cel.

Katastrofa strategiczna

To straszenie narodu wojną, która ma wybuchnąć lada moment, tego typu „obrzydliwa wewnętrzna gra polityczna” premiera państwa frontowego NATO, generują realne koszty strategiczne. Wiarygodność odstraszania opiera się nie tylko na zdolnościach wojskowych, lecz także na percepcji jedności. Publiczne sugerowanie wątpliwości wobec USA może być interpretowane przez przeciwnika jako sygnał pęknięcia w sojuszu. W analizach Heritage Foundation często podkreśla się, że „percepcja słabości politycznej Zachodu jest jednym z głównych czynników zachęcających Rosję do testowania granic NATO”. To właśnie ten aspekt podnoszą krytycy, w tym prezydent Karol Nawrocki, wskazując na ryzyko osłabienia odstraszania poprzez komunikację polityczną.

Ale Tusk dramatycznie podważył też wiarygodność państwa jako aktora strategicznego. W polityce bezpieczeństwa ogromne znaczenie ma spójność między słowami i działaniami. Jeśli pojawia się publiczna sugestia bardzo bliskiego zagrożenia, to standardem – opisanym choćby w analizach polskiego Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW) – jest równoległe uruchomienie widocznych działań: podniesienie gotowości, komunikaty do społeczeństwa, ćwiczenia, koordynacja z sojusznikami. Brak takich sygnałów prowadzi do dwóch negatywnych interpretacji: albo zagrożenie nie było realne, albo państwo nie reaguje adekwatnie. Obie wersje osłabiają wiarygodność. Tusk w ramach swojej politycznej gierki zabawił się bezpieczeństwem narodu. Bo wiarygodność państwa nie jest pojęciem wizerunkowym, tylko operacyjnym. W analizach bezpieczeństwa brytyjskiego The Royal United Services Institute (RUSI), najstarszego na świecie think tanku zajmującego się bezpieczeństwem, podkreśla się wielokrotnie, że wiarygodność odstraszania oznacza zdolność do przekonania innych aktorów (sojuszników, przeciwników), że państwo mówi to, co robi, i robi to, co mówi. Jeśli ten związek staje się fikcją, skutki wykraczają daleko poza samą ocenę polityczną. Dramatyczną konsekwencją kuglarstwa Tuska jest erozja zaufania sojuszniczego w praktyce operacyjnej. Sojusze – w tym NATO – działają nie tylko na poziomie traktatów, lecz także codziennej koordynacji: planów ewentualnościowych, rozmieszczenia sił, wymiany informacji. Jeśli państwo komunikuje bardzo wysokie zagrożenie, ale nie uruchamia widocznych procedur (na przykład podniesienia gotowości, synchronizacji komunikatów), partnerzy zaczynają zadawać pytanie: czy to jest realna ocena sytuacji, czy komunikat polityczny? W analizach Atlantic Council często podkreśla się, że „wiarygodność wśród sojuszników buduje się poprzez stałe sygnalizowanie i realizację”. Brak tych realnych działań musi skutkować mniejszą skłonnością sojuszników do opierania własnych decyzji na sygnałach z Warszawy. Ale równocześnie taka zabawa państwem, jaką prowadzi Tusk, skutkuje osłabieniem jakości odstraszania poprzez „szum informacyjny”.

Jeśli komunikaty są niespójne, przeciwnik nie musi nawet wierzyć w ich treść – wystarczy, że dostrzega chaos. W literaturze strategicznej (od Thomasa Schellinga po współczesne analizy Foreign Affairs) pojawia się stały motyw: odstraszanie wymaga czytelnych czerwonych linii. Jeżeli komunikacja państwa je rozmywa, powstaje ryzyko tzw. miscalculation – błędnej kalkulacji przeciwnika. To jeden z najbardziej niebezpiecznych efektów, bo może prowadzić nie do zamierzonej eskalacji, lecz do niezamierzonego kryzysu. Innymi słowy Tusk w ten sposób zwiększa ryzyko agresji Rosji, która uznaje, że w Polsce postępuje degradacja wewnętrznego systemu decyzyjnego państwa. Jeżeli najwyższy poziom polityczny wysyła komunikaty, które nie są zsynchronizowane z działaniami instytucji (wojska, administracji, służb), to powstaje napięcie wewnątrz aparatu państwowego.

W analizach OSW często zwraca się uwagę, że skuteczne państwa w kryzysie charakteryzuje spójność pionowa – od komunikatu politycznego po wykonanie operacyjne. Jej brak prowadzi do spadku efektywności: instytucje nie wiedzą, czy mają działać w trybie alarmowym, czy standardowym. Ale zachowanie Tuska doprowadziło do utraty kontroli przez Polskę nad narracją międzynarodową. W środowisku informacyjnym każde niespójne wystąpienie jest natychmiast przechwycone i wykorzystane przez Rosję przeciw Polsce. Kontrolowane przez Kreml platformy zaczynają budować własne interpretacje: o chaosie, sporach wewnętrznych, słabości. Państwo traci wtedy zdolność do sterowania własnym przekazem strategicznym, co jest dziś jednym z kluczowych elementów bezpieczeństwa.

Tusk konsekwentnie też uderza w społeczeństwo i jego odporność na sytuacje krytyczne. Jeżeli pojawia się alarmistyczny komunikat o zagrożeniu, ale nie towarzyszą mu konkretne instrukcje czy działania, społeczeństwo reaguje na dwa sposoby: albo nadmiernym niepokojem (krótkoterminowo), albo – co groźniejsze – znieczuleniem w dłuższym okresie. W analizach zachodnich, także w Foreign Policy, podkreśla się, że skuteczna komunikacja kryzysowa musi być konkretna i użyteczna, inaczej traci wiarygodność. To bezpośrednio wpływa na zdolność państwa do mobilizacji społecznej w realnym kryzysie. Ale ta „obrzydliwa wewnętrzna gra polityczna” niesie za sobą duży koszt gospodarczy wynikający z niepewności, a nie tylko samego ryzyka wojny. Nie ufam człowiekowi, który tak lekceważy bezpieczeństwo państwa i który za plecami społeczeństwa zawiera tajemnicze porozumienia z Niemcami. Nie sposób ufać człowiekowi, który Gdańsk nazywa Danzig, i stoi na czele rządu, którego członek oskarża Polaków o to, że to oni zbudowali obozy koncentracyjne. 

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE Polityka