Pojawiające się prognozy na bieżący rok są pełne sygnałów ostrzegawczych. Niestabilność geopolityczna zbiega się z potężną presją wewnętrzną w dziedzinie finansów. Rząd Tuska będzie się mierzył nie tylko z rekordowymi w III RP kosztami obsługi długu publicznego, ale także ze szczytowymi wydatkami na obronność (dodatkowo finansowaną z długu pozabudżetowego), implementacją systemu ETS2 czy miliardowym deficytem w ochronie zdrowia.
Przekroczona czerwona linia
Wieloletni plan finansowy państwa oraz załączniki do ustawy budżetowej nie pozostawiają złudzeń. Rok 2026 będzie już trzecim z rzędu, w którym deficyt finansów publicznych przekroczy poziom ostrzegawczy i będzie oscylował wokół 7,4 proc. PKB. Świadczy to o głębokiej nierównowadze budżetowej. Deficyt osiągnie rekordowe 271 mld zł. Tym, co martwi bardziej, jest rekordowa dynamika przyrostu zadłużenia. Dług publiczny wzrośnie z 40,5 proc. do 53,9 proc. PKB na koniec tego roku. Oznacza to nieuchronne zbliżanie się do poziomu ostrzegawczego zapisanego w konstytucji – 55 proc.
Aby załatać dziurę budżetową, rząd będzie musiał pozyskać z rynków finansowych nawet 422 mld zł. Koszty obsługi długu publicznego są zatrważające. W bieżącym roku pochłoną aż 115 mld zł. To kwota, która zostanie zabrana podatnikom, a przekazana będzie instytucjom finansowym. W dodatku bijemy tu kolejny rekord. Jesteśmy na podium pod względem relacji kosztów obsługi długu publicznego do jego wielkości. W 2024 r. było 4,4 proc. Więcej płaciły jedynie Węgry i Rumunia. W tym roku może być jeszcze gorzej.
Rząd stara się przykrywać wzrastające zadłużenie kreatywną księgowością, np. wypychając kolejne elementy długu do funduszy Banku Gospodarstwa Krajowego. Nie zmienia to jednak faktu, że zmniejszenie kosztów finansowych państwa wynikających z zadłużenia pozwoliłoby np. zasypać deficyt w ochronie zdrowia. Rząd musi działać, ponieważ KE domaga się od naszego kraju redukcji deficytu. Tutaj nie ma w zasadzie pola do manewru. Konsolidacja musi zakładać albo cięcie wydatków socjalnych, albo wstrzymanie wydatków, np. zbrojeniowych czy inwestycyjnych, albo podwyżki podatków.
Budżet oparty na deficycie
Ostatnie wydarzenia w Wenezueli i niepewność negocjacji pokojowych na Ukrainie pokazują wyraźnie, że z pewnością nie będziemy oszczędzać na wydatkach zbrojeniowych. W tym roku zakupy będą rekordowe i mogą przekroczyć 200 mld zł, czyli ponad 4,8 proc. PKB. Będziemy pionierami w NATO. Jednak 40 proc. wydatków przechodzi właśnie przez BGK i w zasadzie znajduje się poza kontrolą parlamentarną. Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, według NIK, generuje gigantyczną lukę finansową, która do 2035 r. może urosnąć do ponad 400 mld zł! Państwo ma zarezerwowane na ten cel zaledwie 46 mld zł. Koszt obsługi tej luki finansowej wynosi 3,9 proc., więc jest bardzo drogi. BGK ma na ten cel wyemitować obligacje i zaciągnąć kredyt. W ten sposób pozyska szacunkowo blisko 80 mld zł. Co dalej? Czy kolejne nowe pożyczki będą zaciągane na spłatę starych? Na to najwyraźniej pomysłu nie ma. Rząd KO liczy na preferencyjne pożyczki unijne. Być może to jedyny sposób na oszczędności, ale nie wystarczy do załatania dziury.
Kolejną piętą achillesową jest ochrona zdrowia. Tu kryzys ma już charakter systemowy i wynika z wieloletnich zaniedbań. Deficyt roczny w tym sektorze może sięgnąć nawet 30 mld zł. Natomiast luka skumulowana za lata 2025–2027 w pesymistycznym scenariuszu uwzględniającym nadwykonania i zakup nowych technologii może osiągnąć nawet 159 mld zł. Eksperci jako główną przyczynę sytuacji wskazują mechanizmy waloryzacji wynagrodzeń – niekontrolowane rosnące płace personelu medycznego. Jeśli doda się faktyczne i ukryte długi szpitali, mamy katastrofalny obraz systemu.
Tutaj najbardziej poszkodowani zostaną pacjenci. NFZ będzie ograniczał finansowanie. Z kolei dyrektorzy szpitali, szukając oszczędności, mogą zdecydować się na ograniczanie planowanych przyjęć i zabiegów już w połowie roku. Część kosztów może spaść także na samorządy. Spowoduje to zapewne otwarty konflikt z rządem. Obywatele zapłacą także za ETS2. Limity emisji gazów cieplarnianych obejmą budownictwo i transport. Wzrosną więc koszty dla gospodarstw domowych i firm. Zapłacimy więcej za prąd i ogrzewanie. Większe koszty transportu napędzą inflację. Będzie drożej i chłodniej, skończą się państwowe osłony, a całość negatywnie odbije się na całej gospodarce.
Co z rolnictwem?
Planowana ratyfikacja umowy z krajami bloku Mercosur spędza sen z powiek rolnikom, którzy rok kończyli protestami i blokadami. Rolnicy mówią wprost: po wejściu umowy w życie napływ gorszych jakościowo, ale tańszych produktów rolnych z importu spowoduje, że działalność najmniejszych gospodarstw znajdzie się pod kreską. Już w zeszłym roku wiele zbiorów zostało po prostu na polach, bo ich zbieranie okazało się nieopłacalne. Umowa z Mercosurem może zachwiać rynkami drobiu, wołowiny i cukru. Cały czas do Polski płyną też, ukrytymi kanałami, produkty rolne z Ukrainy. Należy podkreślić, że załamanie na rynku mięsa to załamanie na rynku zbóż. Skutkuje to bowiem spadkiem popytu na pasze. Szacowana redukcja popytu o 1,2 mln ton rocznie przyniesie konieczność skupu interwencyjnego i dalszej pomocy państwowej dla sektora żywnościowego.
Powyższe problemy są tymi, o których się mówi. A o czym się nie dyskutuje? Przede wszystkim o skali zaniedbań w innych dziedzinach związanych z bezpieczeństwem naszego kraju, np. w dziedzinie obrony cywilnej. Rząd planuje wydanie 16 mld zł na ochronę ludności, budowę infrastruktury czy schronów. Faktycznie jednak zarządzanie obroną cywilną to właściwie kopia rozwiązań z PRL, czyli uczynienie z tej ważnej dziedziny obronności swoistego dodatku, bez budowy odrębnego systemu. Skala potrzeb jest o wiele większa, niż wynika to z rządowych planów. Polacy nie mają gdzie się schronić w razie wojny. 5 mld zł na schrony to kropla w morzu potrzeb. Zamiast schronów będziemy mieli punkty schronienia – garaże, szkoły, remizy czy piwnice. Rozsądniej więc będzie zostać w domu, niż przemieszczać się z miejsca na miejsce. Widać wyraźnie, że bezpieczeństwo naszego kraju budowane jest na bardzo kruchych fundamentach. Jakieś nieprzewidziane wydarzenie może spowodować chaos, znacznie większy niż ten, który widzieliśmy na drogach podczas śnieżycy.
Stany Zjednoczone dały sygnał, że wycofują się z Europy. Uprowadzenie dyktatora Nicolása Maduro i zapowiedź zajęcia sektora naftowego w Wenezueli pokazują zaś, że rację ma silniejszy. Co będzie dalej? Czy umocni to Moskwę i Pekin do realizacji własnych celów strategicznych?
Z pewnością kwestia wojny na Ukrainie i scenariuszy po ewentualnym osiągnięciu porozumienia pokojowego jest dla naszego kraju priorytetowa. Po ewentualnym zamrożeniu konfliktu Putin może szukać kolejnego pola do agresji. Rosja nie zamierza się zatrzymywać, jej gospodarka działa w trybie wojennym, a poziom rekrutowania do armii wskazuje, że tempo działań wojennych nie osłabnie. Jeśli nie na kierunku ukraińskim, to na kolejnym. Może być niestety tak, że kolejny konflikt w Europie może się już toczyć z naszym udziałem. Co prawda nie grozi nam utrata niepodległości czy okupacja, musimy jednak liczyć się z działaniami wojennymi, które obejmą także nasze terytorium, i na taki scenariusz musimy być jak najlepiej przygotowani.