Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ »

Wymuszona dyskusja o nauczaniu religii. Jesteśmy coraz bardziej spłoszeni

Śmierć Aleksieja Nawalnego to nie tylko nagły zwrot w decyzjach polityków. Nie tylko przyspieszone repetytorium z historii, przypomnienie innych śmierci, których sprawcy pozostają „nieznani” (czyli bezkarni). To nie tylko okazja do szybkiego rachunku sumienia: czy w obliczu tak jawnego zła naprawdę potrafimy się zdobyć na odwagę, czy zło nas nie paraliżuje? Czy więc w obronie prawdy jesteśmy wystarczająco odważni, spokojni i pewni?

Ale nade wszystko to okazja, by pomyśleć tym razem nie o wrogach, nie o ich zdeprawowanych umysłach i spustoszonych sumieniach, ale o naszym Obrońcy. Nie jest on jakąś enigmatyczną „siłą dobra”, nieokreśloną „mocą z wysoka” czy, jak mawiają humaniści, „być może Opatrznością” – kimś pozbawionym twarzy, niepoznawalnym – ale konkretnym Bytem. Bogiem w Trzech Osobach. Naszym Stwórcą.

Sytuacja nagłej śmierci zawsze ukazuje wymiar i wielkość życia – nie jest ono wieczne w naszym ziemskim epizodzie, ale jest wieczne w nadprzyrodzoności. Czy nadprzyrodzoność nie stała się dziś dla katolików jakimś zbyt trudnym problemem, niejasną teorią, mglistą hipotezą, o której nie warto mówić, której nie warto przywoływać, bo to wszystko takie nieuchwytne, niepewne, pełne przenośni? Nie warto o niej mówić dzieciom w szkołach. Nawet na lekcjach religii.

Religia jako „nauka społeczna”?

Ostatnie głosy w sprawie lekcji religii w polskich szkołach mogą budzić poważne wątpliwości. Nie, nie głosy przeciwników – co do nich akurat wątpliwości nie ma, stoją mocno na twardym gruncie marksizmu-leninizmu zaprawionego szkołą frankfurcką – ale obrońców „z urzędu”. Gdy pojawiła się zapowiedź ze strony Ministerstwa Edukacji, że religia powinna być ograniczona do godziny w tygodniu i jej oceny nie muszą być uwzględnione w średniej z ocen na świadectwie, podniósł się – nie mocny głos protestu, ale pełen zastrzeżeń, lekko drżący głos ze strony ludzi Kościoła, pod hasłem, że przecież religia potrzebna jest społeczeństwu. Mimo że Komisja Wychowania Katolickiego Episkopatu Polski 13 lutego br. „wyraziła głębokie zaniepokojenie i sprzeciw wobec informacji płynących ze strony MEN zapowiadających zmianę w organizacji lekcji religii”, zabrakło naprawdę ważkich argumentów. Bo z jakiego powodu religia ma być potrzebna? Z ust duchownych-ekspertów mogliśmy się dowiedzieć, że sprzyja ona temu, żeby „ludzie się szanowali”, oraz pomaga krzewić wartości kulturalne i wychowawcze. Że te lekcje „uczą dialogu, współpracy, braterstwa”. Że nade wszystko zasady uczenia religii u nas zgodne są ze „standardami europejskimi”, a nauczyciele są nieustannie „formowani”. Należy religię zostawić także „ze względu na to, czym jest szkoła”. (Na portalu e-KAI ilustracją do informacji na ten temat jest otwarty uczniowski zeszyt, a w nim podkreślony temat lekcji: „Płaca. Co to jest materializm?”). A zatem religia w szkole w naszym kraju to w istocie neutralna, niewadząca nikomu „nauka społeczna”. No i sprawia ona, że mozaika przedmiotów jest barwna i urozmaicona.

Przy okazji podkreśla się, że jesteśmy „najbardziej tolerancyjnym państwem w Europie”, kto tylko chce i uważa, że reprezentuje jakąś religię, może jej spokojnie nauczać. Słowem: zostawmy religię, bo jest użyteczna. Jesteśmy wystarczająco otwarci, liberalni, nowocześni, by ją tolerować. To nie tylko defetyzm, to także czysty utylitaryzm. Pomylenie środków i celu. Jeżeli mówiąc o religii w szkole, przedstawiciele Kościoła bronią jej, powołując się na niebezpieczeństwo modnej dziś „dyskryminacji” uczniów, których oceny z tego przedmiotu nie będą się liczyć do średniej rocznej, to chyba mylimy religię Boga z religią człowieka. 

Nowy język nie uwzględnia wielu pojęć. Także tych najważniejszych. Takich jak „Bóg”, jak „Jezus Chrystus Król” – którego intronizację w naszym kraju, z inicjatywy Kościoła, z udziałem przedstawicieli władz państwowych świętowaliśmy osiem lat temu. 

Intronizacja czy detronizacja?

Brakuje w dyskusjach z nowymi władzami jednego „drobiazgu”: przyznania, że katolicyzm nie jest religią wymyśloną przez człowieka, ale objawioną przez Boga. Jest jedyną prawdziwą religią. I do jej obrony jesteśmy – jeśli należymy do ludzi wierzących – zobowiązani. Nie możemy być defetystami, którzy przepraszają wszystkich naokoło, że żyją. Obowiązkiem nie tylko Kościoła, ale i państwa, gdy przeważają w nim katolicy, jest strzeżenie wiary, zachowanie i rozkrzewianie jedynej prawdziwej religii, bo ona nie jest jakimś dodatkiem do naszego życia, ale ukazuje cały jego sens. Gdy słyszy się zewsząd wychwalanie bogactwa i czcigodnych tradycji innych religii oraz uroczyste przeprosiny za rzekome grzechy katolicyzmu, trudno się dziwić utracie wiary przez rzesze ludzi. Twierdzenie, że „wszyscy są zbawieni”, niezależnie od tego, jak kto wierzy, stało się obowiązującą formułą; gdy ktoś mówi o protestanckim błędzie, dostaje pieczątkę fanatyka.

„W przeszłości Kościół wiedział, że jest jedynym prawdziwym Kościołem, i ogłaszał ten fakt głośno i dobitnie, ale ta tradycyjna klarowność została zastąpiona nową, mętną doktryną, mieszanką bijącej się w piersi samokrytyki i postmodernistycznego relatywizmu (…), co prowadzi większość współczesnych katolików do odrzucenia prawdy o tym, że jest tylko jedna droga prowadząca do zbawienia, czego przecież uczył nas sam Pan Jezus Chrystus…” (ks. Dawid Pagliarani).

Czy Bóg może czegoś wymagać? 

Gdy aktualnie rządzący wyznaczają program zmieniający sytuację katolików w państwie, program eliminacji Kościoła z życia publicznego, blokujący mu udział w wychowaniu młodych katolików, to trzeba przejść do ofensywy, a nie powoływać się na to, jak bardzo Kościół jest nowoczesny i idzie z prądem. Gdy zakrzykuje się ludzi wierzących i przedstawicieli Kościoła, twierdząc, że świat się zmienił, nie można stać w miejscu, bo pewne rzeczy przechodzą do przeszłości, nie wystarczy popiskiwać z cicha: „Ja też!”, ale przywołać właściwe argumenty i język konkretów, by się temu skutecznie sprzeciwić.

Śmierć Aleksieja Nawalnego pokazuje, jak na oczach świata zajętego poszerzaniem sfery wolności od moralnych zobowiązań, poszukiwaniem kompromisów w imię globalnego utopijnego pokoju – także z totalnym złem – bezkarność morderców posuwa się do spektakularnego morderstwa uwięzionego od kilku lat człowieka, który w zniewolonym terrorystycznym państwie ośmielał się głośno mówić o wolności. Jak straszny musi być lęk człowieka, który każe zabić swojego obezwładnionego wroga, mimo że ten niczym mu nie może zagrażać?

Wiele dziś mówimy o naszych oponentach. W czasach takich jak te jest to konieczne. Ale dlaczego nie mówimy jasno o naszym największym sojuszniku? Czy odważamy się publicznie wymawiać Jego imię? Nie wymawiamy imienia Jezusa Chrystusa. 19 listopada 2016 r. we wstępie do Jubileuszowego aktu przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana, jakiego dokonał polski Kościół wraz z przedstawicielami rządu, stwierdzono: „My, Polacy, stajemy przed Tobą (wraz ze swymi władzami duchownymi i świeckimi), by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twojemu Prawu, zawierzyć i poświęcić Tobie naszą Ojczyznę i cały Naród”. Odwołano się do nauczania Kościoła głoszącego społeczne panowanie Chrystusa Króla, m.in. do encykliki „Quas primas” Piusa XI, do objawień Rozalii Celakówny. 

Pojęcie Chrystusa Króla często nie jest przez współczesnych katolików w pełni rozumiane, rzadko naucza się o panowaniu Boga na lekcjach religii. Jednak nowomowa w ustach obrońców religii w szkołach, powoływanie się na prawa człowieka, a nie na prawa Boga, czyni je jeszcze mniej jasnym. Rzadko też pamięta się o tym, że poszanowanie dla religii objawionej wymaga nazywania po imieniu najbardziej jaskrawych błędów religii fałszywych.

W obliczu śmierci niewinnego człowieka warto pomyśleć o celu ostatecznym każdego z nas; nie jest nim ziemia. I o tym, by o tym celu mogły być nauczane dzieci na lekcjach religii w szkole. Na lekcjach, które pomogą młodym ludziom odrzucić wszelkie utopie i powrócić do rzeczywistości. Nie da się uczyć chrześcijańskiego credo, zapominając o konieczności wyciągania wszystkich konsekwencji ze swojej wiary. „W ostateczności bowiem kwestia, czy Chrystus powinien panować nad narodami, sprowadza się do pytania, czy Bóg ma prawo wymagać czegokolwiek od kogokolwiek” – jak podsumował jeden z publicystów katolickich, obecnie seminarzysta.
 

 



Źródło: Gazeta Polska Codziennie

prenumerata.swsmedia.pl

Telewizja Republika

sklep.gazetapolska.pl

Wspieraj Fundację Niezależne Media

Chcesz skomentować tekst? Udostępnij treść i skomentuj w mediach społecznościowych.
Ewa Polak-Pałkiewicz
Wczytuję ocenę...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo