Nie trzeba daleko szukać, by znaleźć potwierdzenie tych słów. Litwa, która jest na tym samym celowniku co Polska, po nagłym „przestoju” zanotowała ostatnio gwałtowny wzrost prób nielegalnego przekroczenia granicy. W ciągu czterech dni zawrócono na Białoruś tyle osób, ile wcześniej przez kwartał. To cecha charakterystyczna sztucznego kryzysu migracyjnego, kontrolowanego przez Moskwę i Mińsk. Gdy nikt się tego nie spodziewa, uderza ze zdwojoną siłą. Ten schemat działa już od blisko pięciu lat. Warto wyciągać wnioski z podobnych wydarzeń, bo ostatnie, o czym możemy pomyśleć, to zniknięcie zagrożenia na wschodnich rubieżach. Wojna hybrydowa trwa i jeszcze długo się nie skończy. Wojsko i służby graniczne muszą skupić się na tym, by jej skutki były jak najmniej odczuwalne dla naszego bezpieczeństwa. A skoro białoruski dyktator Alaksander Łukaszenka sam deklaruje, że przygotowuje się do wojny, to oznacza, że plan na kontynuowanie kryzysu ma rozpisany co do joty.
Wojna się nie skończyła
W pierwszych dniach kwietnia Straż Graniczna nie odnotowała prób nielegalnego przedostania się do Polski z terytorium Białorusi. Naiwny jednak ten, kto sądzi, że jakże istotny element wojny hybrydowej, realizowanej przez Rosję rękami Białorusi, zniknął na dobre.