Jednocześnie wyrosłem już z niepokoju klimatycznego. Gdyby nie polityka klimatyczna i to, że ciągle muszę za nią płacić, to w zasadzie bym tego wszystkiego nie dostrzegał albo się nawet z tego cieszył. Klimatyzm ma coś z religii. Mimo sześciu bitych tygodni mrozu wiara jest niezachwiana. Tak jak świadków, którzy właśnie przełożyli kolejny koniec świata. Nie ma też żadnej refleksji nad narracją. „No przecież nie mówiliśmy, że nie będzie zim, tylko, że będą” – powtarzają najbardziej fanatyczni zwolennicy. I śmieją się w twarz tym, którzy wierzyli w to, że planeta płonie, i w związku z tym nie zrobili zapasów pelletu i innego węgla. I tak to będzie wyglądać, gdy nadejdzie jakikolwiek kryzys. Mam dla was radę. Im wystarczy deklaratywna wiara. Piszcie więc w sieci: „Ale się ociepla, panie Jakubie. Dobrze, że Pan ostrzegał od dekady. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby pan nie zarabiał na ostrzeganiu przed ociepleniem”. A potem palcie w piecu tym, czym wam wygodnie, byle nie śmieciami. I pamiętajcie, że jak nie zabezpieczycie się na długą zimę, to możecie zmarznąć.
Religia i klimatyzm
Wielokrotnie powtarzałem, że szanuję konsensus naukowy w kwestii teorii globalnego ocieplenia. Znam te statystyki i wykresy.