Często powtarzam, może za często, że sondaże badające zaufanie do polityków są najmniej warte ze wszystkich sondaży – a przecież te ogólnie nie są warte wiele. Ostatnio patrzymy na nie trochę cieplej, bo z reguły pierwsze miejsce zajmuje w nich Karol Nawrocki, tak jak wcześniej Andrzej Duda. To oczywiście cieszy, ale pamiętajmy, że poza pewnymi ogólnymi zjawiskami badania te nie mówią nam za wiele nam o realnych nastrojach. Na początku czerwca mieliśmy jednak do czynienia z czymś wyjątkowo kuriozalnym. Oto IBRiS stworzył taki właśnie sondaż dla Onetu. Okazało się, że najbardziej ufamy Nawrockiemu (46,4 proc.), Sikorskiemu (42,7 proc.) i Tuskowi (36,6 proc.), przy czym temu ostatniemu dużo bardziwj, bo ponad połowa Polaków nie ufa – i w to akurat wierzę najbardziej. Jest tu jednak pewien haczyk.
Poza główną listą jest jeszcze coś, co nazywa się „listą rozszerzoną”, podaną mniejszym drukiem. Pokazuje ona, że pewna część Polaków ufa premierowi Węgier (ale nie taka duża, poniżej 30 proc.), a spora grupa nie ufa Donaldowi Trumpowi. Gdyby chodziło tylko o polityków zagranicznych, ta oddzielna grupa miałaby sens. Jednak to tam wciśnięto Rafała Trzaskowskiego, który wypada dużo lepiej niż Tusk i to on z wynikiem 38,1 proc. na „tak” i 42,5 proc. na „nie” powinien wylądować na podium. A więc nawet gdy nie da się już ukryć, jak źle wypada nasz premier, i tak trzeba mu jakoś osłodzić publikację. Wystawienie Trzaskowskiego współgra z niedawnym tekstem „Wyborczej” o jego kampanii, po roku poddanej wielkiej krytyce. Kampania miała być zła, chaotyczna, taka sama jak kandydat. Nagromadzenie błędów jednak dziwi, wychodzi na to, że nie tylko Tusk z Murańskim sprawę zawalili. Ponoć prezydent Warszawy w swoją wygraną wierzyć miał aż do rana i aż do rana ją świętował z przyjaciółmi, ponieważ ktoś powiedział mu, a on w to uwierzył, że wyniki late pool są jeszcze bardziej zaniżone. Co to musiało być za przebudzenie…