Polityk uzasadniła to zmianami geopolitycznymi, w domyśle zwłaszcza wojną Rosji z sąsiednią dla Mołdawii Ukrainą. „Coraz trudniej jest małemu krajowi takiemu jak Mołdawia przetrwać jako demokracja” – tłumaczyła. To ważna deklaracja, bo do tej pory europejski i niemiecki mainstream, wspierający Maię Sandu, zachęcał Kiszyniów do wstąpienia do wspólnoty europejskiej jako osobne i niezależne państwo.
Zakładał przy tym, że małą republikę uda się zupełnie zdominować politycznie i gospodarczo, a elity mołdawskie niechętnie patrzyły na zjednoczenie z Rumunią, bojąc się utraty wpływów na rzecz Bukaresztu. Ale stało się – ostatnia nadzieja euroentuzjastów przyznała rację patriotom, którzy zgodnie z historyczno-kulturowym kontekstem uznają, że Mołdawianie i Rumuni są jednym narodem, choć żyjącym w dwóch różnych państwach. Jak kiedyś NRD i RFN. Oto więc nie establishment, ale naród ma na końcu zawsze rację.