Dyplom uczelni, dotychczasowe sukcesy czy doświadczenie będą niewiele warte, jeżeli w CV zabraknie najważniejszego punktu – bezpośredniego udziału w agresji na Ukrainę lub pracy w administracji na terytoriach okupowanych. To nie tylko chwyt propagandowy, ale precyzyjne narzędzie systemowej przebudowy państwa. Do gabinetów i ministerstw wkraczają właśnie ludzie ukształtowani przez brutalność wojny. To środowisko skrajnie zradykalizowane, bezwzględne i do szpiku kości przesiąknięte antyzachodnią nienawiścią. Awans społeczny w państwie Putina został wprost uzależniony od zaangażowania w machinę niszczenia, co ma stworzyć nową kastę ślepo lojalnych i zindoktrynowanych aparatczyków. Konsekwencje tego manewru będą dalekosiężne dla bezpieczeństwa, także w ujęciu globalnym. W potencjalnych negocjacjach z Zachodem już niedługo może zabraknąć „umiarkowanych” ludzi, a to z kolei oznacza jedno. Zmilitaryzowane elity nie będą miały w głowie żadnego pokoju i stabilności, tylko nadal będą przeć do wojny.