Nazwa nieco kosmiczna, bo i efekty z innej planety. Cytując klasyka: jest drożej, ale za to mniej smacznie. Piszę to nie tylko na podstawie doniesień medialnych i zasłyszanych informacji, ale głównie jako rodzic. I po dwóch tygodniach pobytu mojego dziecka w przedszkolu mogę jednoznacznie zadeklarować – nie wraca ono stamtąd najedzone. Potwierdzają to same opiekunki, że większość dzieci, delikatnie mówiąc, nie przepada za nowym menu. Nie mam absolutnie nic do zdrowego żywienia, bo to kluczowe dla prawidłowego rozwoju, zwłaszcza takich maluszków. Ale nie uczy się zdrowej diety poprzez siłowe wciskanie kotletów z soczewicy, których nikt nie chce jeść. Kolejna kwestia to dobór jedzenia. Obiad ze strączków czy zupa ogórkowa, a za godzinę kakao? Każdy wie, jakie mogą być efekty takiego połączenia. Niech ktoś z rządzących wreszcie pójdzie po rozum do głowy i prawidłowo zmodyfikuje szkolną dietę. Bo jak na razie efekt zmian jest taki, że z dziecięcych talerzy większość ląduje w śmietniku.