Koło życia i śmierci
Oktostychy Jarosława Marka Rymkiewicza wydają się głosem znad krawędzi czasu, która dzieli życie od śmierci, byt od nicości, biologiczną zagładę od kulturowego trwania.
Przejmujący tomik „Koniec lata w zdziczałym ogrodzie” sprawia wrażenie notatek prowadzonych przez doświadczonego poetę, który tkwi w dziwnym obserwatorium, zawieszonym gdzieś pomiędzy barwnym światem zmysłowych doznań, ciemną pustką nieistnienia i widmowym imaginarium sztuki, opierającym się przemijaniu. Z owego osobliwego miejsca autor ogarnia wzrokiem te trzy różne wymiary egzystencji, uzmysławia czytelnikowi ich charakter, każe się przyglądać, jak kontrastują i zarazem współgrają ze sobą. Proponuje podróż przez bezdroża naszych fascynacji, lęków i dręczących pytań. Podróż odległą i ryzykowną, ale zarazem komfortową, bo odbywaną pod kierunkiem wytrawnego przewodnika, który przejrzystą, nienaganną formą swoich oktostychów kiełzna zarówno zachwyt, jak trwogę i rozpacz odczuwane na widok przesuwających się krajobrazów.
„Przyjdzie burza wszystko poroztrąca”
„To co zjawia się wiosną – jesienią gdzieś znika/I to jest cała moja tu problematyka” – tak brzmi nieco żartobliwa puenta wiersza, którego tytuł opatruje też sam tomik. Żartobliwość nie odbiera wagi temu stwierdzeniu. Błaha na pozór konstatacja na temat cyklu biologicznego stanowi destylat rozważań nad zagadką świata, w którym „Wszystko ucieka znika kłębi się obłocznie/I nawet nicość nie wie co z tym kiedyś pocznie”, jak czytamy w wierszu „Mesjanizm”.
Na kartach „Końca lata w zdziczałym ogrodzie” pojawiają się obrazy urzekającego piękna natury. Jego kontemplacja inspiruje poetę, jak świadczą rady z wiersza „Jak pisać oktostychy”: „Dobrze jest słysząc osy brzęczące w oddali/Postawić im na stole kubek pełen malin/I dobrze jest przeliczać przelotne szerszenie/[…] A potem – na tarasie w fotelu głębokim/Patrzeć na postrzępione wrześniowe obłoki”.
Jednak ta uroda życia co rusz ujawnia wpisane w nią tchnienie śmierci, zniszczenia, przemijania. Tak jest już w utworze, który otwiera tomik: „Białe są marcinki i białe stokrotki/W nocy nad ogrodem stoi zapach słodki/Rano przyjdzie burza wszystko poroztrąca”. Tak jest i dalej, np. w „Przędziorku”: „Na oleandry wypełzł ohydny przędziorek/Biedne kwiatki od tego są śmiertelnie chore”. Również w wierszu umieszczonym na końcu tomu. Sam jego tytuł jest wymowny: „Zachód słońca w październiku – żałobna piosenka”.
Zagadka trawionego rozkładem, osuwającego się w niebyt świata kryje w sobie także dramat ludzkiego losu, nękanego przez horror vacui. Perspektywa Rymkiewicza wyzbyta jest pociechy religijnej, toteż dobrze oddaje niepokój współczesności, w której „Bóg umarł”, nie ma zatem nadziei na nieśmiertelność. Poeta wyznaje: „A ja już duszy nie mam – i nie żądam/Miejsce gdzie była ciekawie oglądam”. Ciekawie, z przejęciem ogląda też umieranie.
„Twoja śmierć cię wzywa”
To umieranie właśnie jest wątkiem przewodnim tomiku, uparcie powraca w każdym nieomal oktostychu. Stanowi obsesję, intuicję – a może już nawet po części doświadczenie? – podmiotu lirycznego. Autor widzi śmierć w swoich snach: „Śniła mi się moja babka Irena – prześliczna – jak żywa./– Jareczku – powiedziała. – Twoja Śmierć cię wzywa”. Słyszy ją w szepcie ogrodu: „Szeptem mówią do ciebie dęby szypułkowe/Rzucają czarny wieniec na twą martwą głowę/Liście spadają lecą na jesiennym wietrze/Szeptem mówi do ciebie poranne powietrze/Oraz martwa jabłonka – ta przy dzikim winie/i tak świat się tłumaczy w ostatniej godzinie”. Śmierć nachodzi poetę w dziwnych wizjach, jak w „Ślimaku”: „Spadałem – był to rodzaj sztolni albo jamy/Właśnie czegoś takiego w co zwykle spadamy/Kompletnie ciemno – może rodzaj korytarza/Który – ciągle skręcając – ciągle się powtarza/Albo wnętrze ogromnej podziemnej skorupy/Ślimaka – tej do której wyrzuca się trupy/Krzyczałem licząc na to, że ktoś się obudzi/Ale nigdzie w pobliżu nie było już ludzi”.
To straszne przeczucie każe Rymkiewiczowi „ciekawie oglądać” także śmierć cudzą. Wraz z nim obserwujemy zatem samobójstwo Roberta Schumanna („Wyciągają go z wody – widział się z głębiną”) i Jana Lechonia („Książę Polaków leci w dół jak czarny orzeł”). Za zmarłym Kazimierzem Wyką wchodzimy do sali balowej („Bal w Pałacu Staszica”), śledzimy jak „Mieczysław Karłowicz w czapeczce cyklisty/Odjeżdża na rowerze w kosmos trochę mglisty”. Dalej oglądamy zaświatowe spotkanie Juliusza Słowackiego z matką („Idź nad strumienie”), krążymy po Belwederze z nieżyjącym Piłsudskim, dzielimy smutek zmarłego Leopolda Staffa („Tak mnie kochali! Teraz zapomnieli o mnie/Tak to jest – gdy kto umrze, to kompletnie znika”). Z Tetmajerem konamy na ulicy, w zaspie śnieżnej. Na naszych oczach umiera Stalin („Gdy go duszą – to z uszu ciekną krwi strumyki”), Wojciech Jaruzelski, przyrównany do Popiela, ginie miażdżony „mysimi zębami”. Stéphane Mallarmé, jak na fotografii wykonanej dwa lata przed jego śmiercią, siedzi w kolejowym przedziale: „Wagon łomoce wpada w ciemność pod Sekwaną/Cała przyszłość jest teraz zakrwawioną ścianą”.
Na kartach tomiku umierają także postaci mityczne i baśniowe: Minotaur z ręki Tezeusza („Umierający Minotaur”), Śpiąca Królewna („Troszkę jest umarła i widmowa troszkę/Wkłada pantofelek na zgniłą pończoszkę”) oraz Koszałek Opałek („Siedzi pod wierzbą – w głowie ma przedśmiertny zamęt/Pada śnieg W kałamarzu zamarza atrament”).
Niebo poetów
Zmarli, postaci historyczne i fikcyjne, uchwycone w sidła sztuki za sprawą własnej bądź cudzej twórczości artystycznej, krążą na horyzoncie wyobraźni, tworząc jedyną trwałą, nieprzemijającą rzeczywistość. Niebo poetów. „Poezja tylko ona może coś ocala” sugeruje Rymkiewicz w wierszu „Tetmajer”. W mikrokosmosie kultury możliwa jest nieśmiertelność nawet po „śmierci Boga”. To dlatego „Koniec lata…” jest jak palimpsest – pełen odniesień, nawiązań, aluzji i przypisów prowadzi po drogach imaginarium coraz dalej i dalej… Wciąga w korytarze zaprzeszłej myśli, otwiera zapomniane pokoje wyobraźni. Konstruuje przestrzeń narodowej pamięci, w której Rymkiewicz spotka się kiedyś ze Słowackim, dlatego już dzisiaj kieruje do niego słowa: „Tratwa Meduzy twa łódź się nazywa/Lecz ty zrobiłeś że jest Polska – żywa/Zawsze ta sama – idzie przez wcielenia/Żegnam cię Julku i – do zobaczenia”. „Koniec lata…” pozbawiony jest wiary, ale – uwaga! – nie: nadziei i miłości.
Ich niepodważalnym świadectwem wydaje się jedyny w tym zbiorze – i tym samym nader znaczący – wiersz dedykowany osobie żyjącej: „Dla Przemysława Dakowicza”. Jesteśmy świadkami sceny zaiste niezwykłej. Oto sędziwy poeta, którego „śmierć wzywa”, przekazuje swą różdżkę Prospera w ręce następcy. Utwierdza go w słuszności obranej drogi, mówi mu, jak zachować „zrobioną” przez Słowackiego, potem wydobytą z zapaści przez Rymkiewicza „Polskę – żywą”, jak pielęgnować tę duchową przestrzeń, w której wszyscy – wierzący i niewierzący – możemy się odnaleźć: „Leżą – trochę są żywi a trochę umarli/Puste czaszki o szable złamane oparli/O podarte sztandary o ciemne chorały/O pianie tych kogutów co o świcie piały/Leżą – i nucą cicho pieśń wojska polskiego:/Jeśli masz dziurę w czaszce to zaśnij kolego/Ale w nocy w ich czaszkach ogień się zapala/I rano przez trzy mosty wchodzą do Sokala”. Do Sokala, z którego wywodzi się rodzina Dakowicza.
Ten zaś w odpowiedzi podejmuje pałeczkę w tekście publikowanym niedawno na tych łamach. Pisze: „Szanowny Panie Profesorze, Drogi Jarosławie – wiem, jak wiele jest do zrobienia, jak wielu rąk, umysłów i serc potrzeba, by wielka praca została ukończona. Będę się starał być czynny – obiecuję”.
Koło życia i śmierci toczy się nieprzerwanie.