Żadnych marzeń?
Niepodległość to słowo kluczowe dla świadomości poprzednich ośmiu czy dziesięciu polskich pokoleń.
Toteż w debacie publicznej często umyka jego pierwotny sens. Ten, który wyraża wolę, by nie podlegać cudzym porządkom i interesom, by nie poddawać się obcym rozkazom, by samodzielnie o sobie stanowić, wytyczać linię własnego losu. Jest swoistym paradoksem, że generacja, która z pojęcia „asertywność” uczyniła busolę osobistego rozwoju, niepodległość, czyli wyraz będący odpowiednikiem asertywności w odniesieniu do wspólnoty, odsyła do słownika archaizmów. Jakby nie miała nic przeciwko temu, by jako zbiorowość, owszem, podlegać przewadze silniejszych, ustępować z drogi, korzystać z okazji do siedzenia cicho. I, jak wiadomo, niestety nie tylko uzus językowy o tym świadczy.
Sen o Niepodległej
„Tyle wolności możemy wywalczyć, ile zdołamy jej sobie wyobrazić“ – celnie zauważyła kiedyś Ewa Stankiewicz. O niepodległości można w gruncie rzeczy powiedzieć to samo.
Nie jest ona jakimś definitywnie określonym stadium bytu narodowego, choć takie jej postrzeganie podpowiada nam tradycja z czasu rozbiorów. „Wybić się na niepodległość” znaczyło wówczas odzyskać własną państwowość. Na jej gruncie jednak niepodległości można mieć więcej lub mniej, którą to bolesną lekcję Polacy odebrali w wieku XX. W międzywojniu, gdy II RP cieszyła się znaczną niepodległością, oraz po wojnie, gdy w PRL – także przecież samodzielnym państwie – było jej bardzo niewiele. To ostatnie doświadczenie, jak się zdaje, okazało się nader brzemienne w skutki, drastycznie obniżyło bowiem poziom oczekiwań. W rezultacie w III RP wystarczyło usunąć najbardziej spektakularne świadectwa zależności od wschodniego sąsiada i przyozdobić państwową fasadę niepodległościowym designem, by skryła ona skutecznie przed oczami swoich mieszkańców postkolonialną rzeczywistość, na którą ich skazano.
Kłopot w tym, że o ile pragnienie wolności wciąż jeszcze jakoś porusza polską wyobraźnię – nawet jeśli nie w tym stopniu co dawniej albo w sposób spaczony, jak to ma miejsce np. w wypadku rozwiązłości obyczajów – o tyle kwestia niepodległości właściwie w ogóle już jej nie absorbuje. Dla pokoleń urodzonych pod zaborami niepodległość była projektem mobilizującym do działania w imię marzenia o lepszej, sprawiedliwszej, nieskrępowanej ograniczeniami przyszłości. Miała rozmaite, kreowane na kartach publicystyki i literatury barwy i kształty – odmienne dla ludowców niż dla narodowców czy piłsudczyków. Śniła się Norwidowi („Polska przemienionych kołodziejów”) nieco inaczej niż Wyspiańskiemu („Chcę, żeby w letni dzień,/upalny letni dzień,/przede mną zżęto żytni łan…”). Bywała nawet niekiedy utopią, co uchwycił Stefan Żeromski, kreśląc w „Przedwiośniu” wizję szklanych domów. Obywatelom II Rzeczypospolitej chęć utrwalenia, zagwarantowania niepodległości podsuwała koncepcję jagiellońską rozwijaną przez Jerzego Giedroycia. Mało kto chce pamiętać, że zdobywał on szlify redaktorskie w piśmie, które było organem stowarzyszenia o jakże teraz niepoprawnej nazwie „Myśl Mocarstwowa Związek Akademicki”.
Spętana wyobraźnia
Współczesnym niepodległość nazbyt często wydaje się już tylko frazesem z przeszłości, który objawia swoją żywotną treść co najwyżej w obliczu zagrożenia – np. gdy Żyrinowski zapowiada, że Polska zostanie zmieciona. Na co dzień ta idea nie ogniskuje zainteresowania, nie ewokuje obrazów przyszłej pomyślności, o którą warto zabiegać, nie pobudza marzeń. Mamy niewiele niepodległości, bo właściwie w ogóle nie próbujemy jej sobie wyobrażać.
Polska fantazja została najpierw sterroryzowana przez komunizm, a potem spętana przez kompleksy, oportunizm i kunktatorstwo III RP. Nikt tu nie wierzy, że może się jeszcze udać konstrukcja państwa na miarę własnych pragnień, nikt nie chce ich nawet precyzować z obawy przed rozczarowaniem i posądzeniem o naiwność. Polska myśl polityczna sięga wzrokiem co najwyżej kilka lat wprzód, sztuka (ponowoczesna) pielęgnuje prywatność albo (ta konserwatywna) pamięć tragicznej przeszłości XX w. Jedno i drugie jest oczywiście potrzebne. Perspektywa indywidualna w polskiej literaturze długo była zaniedbywana, przeszłość – zakłamywana i eliminowana. Obu trzeba przywrócić należne miejsce, tę drugą restytuować z popiołów.
Ale to nie wystarczy! Trzeba także szkicować plany na przyszłość, bo bez nich marazm, w którym się pogrążyliśmy, całkiem nas obezwładni. Należy układać scenariusze na jutro i pojutrze, niechby i szalone, byle takie, które budzą nadzieję, potrzebę przełamania przeklętego imposybilizmu III RP, gdzie szczytem ambicji jest woda w kranie, a odpowiedzią na zagrożenie albo panika, albo bezradność. Musimy zdobyć się na projekty zdolne wyzwolić wiarę w sens podejmowania wspólnych wysiłków, w możliwość pokierowania własnym losem. Projekty pomyślane tak, aby warunkować wolę samodzielnego istnienia i decydowania o sobie, bo najwidoczniej ją zatraciliśmy na wertepach dziejowych, na które zepchnęła nas II wojna i z których wciąż nie potrafimy się wydostać.
Całość artykułu w "Gazecie Polskiej Codziennie"