Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Wanda Zwinogrodzka,
10.11.2014 19:08

Żadnych marzeń?

Niepodległość to słowo kluczowe dla świadomości poprzednich ośmiu czy dziesięciu polskich pokoleń.

Niepodległość to słowo kluczowe dla świadomości poprzednich ośmiu czy dziesięciu polskich pokoleń. Przez ponad 200 lat tak mocno obrosło mitologią, literaturą, obrazami, symbolami, utartą frazeologią, że dzisiaj niektórym wydaje się raczej rekwizytem z muzeum historycznych pamiątek niż pojęciem funkcjonalnym dla opisu współczesności.

Toteż w debacie publicznej często umyka jego pierwotny sens. Ten, który wyraża wolę, by nie podlegać cudzym porządkom i interesom, by nie poddawać się obcym rozkazom, by samodzielnie o sobie stanowić, wytyczać linię własnego losu. Jest swoistym paradoksem, że generacja, która z pojęcia „asertywność” uczyniła busolę osobistego rozwoju, niepodległość, czyli wyraz będący odpowiednikiem asertywności w odniesieniu do wspólnoty, odsyła do słownika archaizmów. Jakby nie miała nic przeciwko temu, by jako zbiorowość, owszem, podlegać przewadze silniejszych, ustępować z drogi, korzystać z okazji do siedzenia cicho. I, jak wiadomo, niestety nie tylko uzus językowy o tym świadczy.

Sen o Niepodległej

„Tyle wolności możemy wywalczyć, ile zdołamy jej sobie wyobrazić“ – celnie zauważyła kiedyś Ewa Stankiewicz. O niepodległości można w gruncie rzeczy powiedzieć to samo.

Nie jest ona jakimś definitywnie określonym stadium bytu narodowego, choć takie jej postrzeganie podpowiada nam tradycja z czasu rozbiorów. „Wybić się na niepodległość” znaczyło wówczas odzyskać własną państwowość. Na jej gruncie jednak niepodległości można mieć więcej lub mniej, którą to bolesną lekcję Polacy odebrali w wieku XX. W międzywojniu, gdy II RP cieszyła się znaczną niepodległością, oraz po wojnie, gdy w PRL – także przecież samodzielnym państwie – było jej bardzo niewiele. To ostatnie doświadczenie, jak się zdaje, okazało się nader brzemienne w skutki, drastycznie obniżyło bowiem poziom oczekiwań. W rezultacie w III RP wystarczyło usunąć najbardziej spektakularne świadectwa zależności od wschodniego sąsiada i przyozdobić państwową fasadę niepodległościowym designem, by skryła ona skutecznie przed oczami swoich mieszkańców postkolonialną rzeczywistość, na którą ich skazano.

Kłopot w tym, że o ile pragnienie wolności wciąż jeszcze jakoś porusza polską wyobraźnię – nawet jeśli nie w tym stopniu co dawniej albo w sposób spaczony, jak to ma miejsce np. w wypadku rozwiązłości obyczajów – o tyle kwestia niepodległości właściwie w ogóle już jej nie absorbuje. Dla pokoleń urodzonych pod zaborami niepodległość była projektem mobilizującym do działania w imię marzenia o lepszej, sprawiedliwszej, nieskrępowanej ograniczeniami przyszłości. Miała rozmaite, kreowane na kartach publicystyki i literatury barwy i kształty – odmienne dla ludowców niż dla narodowców czy piłsudczyków. Śniła się Norwidowi („Polska przemienionych kołodziejów”) nieco inaczej niż Wyspiańskiemu („Chcę, żeby w letni dzień,/upalny letni dzień,/przede mną zżęto żytni łan…”). Bywała nawet niekiedy utopią, co uchwycił Stefan Żeromski, kreśląc w „Przedwiośniu” wizję szklanych domów. Obywatelom II Rzeczypospolitej chęć utrwalenia, zagwarantowania niepodległości podsuwała koncepcję jagiellońską rozwijaną przez Jerzego Giedroycia. Mało kto chce pamiętać, że zdobywał on szlify redaktorskie w piśmie, które było organem stowarzyszenia o jakże teraz niepoprawnej nazwie „Myśl Mocarstwowa Związek Akademicki”.

Spętana wyobraźnia

Współczesnym niepodległość nazbyt często wydaje się już tylko frazesem z przeszłości, który objawia swoją żywotną treść co najwyżej w obliczu zagrożenia – np. gdy Żyrinowski zapowiada, że Polska zostanie zmieciona. Na co dzień ta idea nie ogniskuje zainteresowania, nie ewokuje obrazów przyszłej pomyślności, o którą warto zabiegać, nie pobudza marzeń. Mamy niewiele niepodległości, bo właściwie w ogóle nie próbujemy jej sobie wyobrażać.

Polska fantazja została najpierw sterroryzowana przez komunizm, a potem spętana przez kompleksy, oportunizm i kunktatorstwo III RP. Nikt tu nie wierzy, że może się jeszcze udać konstrukcja państwa na miarę własnych pragnień, nikt nie chce ich nawet precyzować z obawy przed rozczarowaniem i posądzeniem o naiwność. Polska myśl polityczna sięga wzrokiem co najwyżej kilka lat wprzód, sztuka (ponowoczesna) pielęgnuje prywatność albo (ta konserwatywna) pamięć tragicznej przeszłości XX w. Jedno i drugie jest oczywiście potrzebne. Perspektywa indywidualna w polskiej literaturze długo była zaniedbywana, przeszłość – zakłamywana i eliminowana. Obu trzeba przywrócić należne miejsce, tę drugą restytuować z popiołów.

Ale to nie wystarczy! Trzeba także szkicować plany na przyszłość, bo bez nich marazm, w którym się pogrążyliśmy, całkiem nas obezwładni. Należy układać scenariusze na jutro i pojutrze, niechby i szalone, byle takie, które budzą nadzieję, potrzebę przełamania przeklętego imposybilizmu III RP, gdzie szczytem ambicji jest woda w kranie, a odpowiedzią na zagrożenie albo panika, albo bezradność. Musimy zdobyć się na projekty zdolne wyzwolić wiarę w sens podejmowania wspólnych wysiłków, w możliwość pokierowania własnym losem. Projekty pomyślane tak, aby warunkować wolę samodzielnego istnienia i decydowania o sobie, bo najwidoczniej ją zatraciliśmy na wertepach dziejowych, na które zepchnęła nas II wojna i z których wciąż nie potrafimy się wydostać.

Całość artykułu w "Gazecie Polskiej Codziennie"

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane