Wspólnota żywych i umarłych
„Przechodniu, powiedz Sparcie, że leżymy tutaj posłuszni jej prawom” – inskrypcja wyryta na obelisku pod Termopilami ułożona została przez Symonidesa w formie przesłania skierowanego przez uma
Wielki skok naukowy i technologiczny, który nastąpił w ciągu ostatnich dziesięcioleci, gruntownie przeobraził powierzchnię życia codziennego, kwestionując przydatność doświadczenia starszych pokoleń, nienawykłych do wirtualnej egzystencji w internecie, do błyskawicznej, międzykontynentalnej komunikacji czy synkretyzmu kulturowego, który łączy w hybrydyczną całość pojęcia i praktyki powstałe na antypodach geograficznych i cywilizacyjnych. Co dopiero mówić o pokoleniach minionych, już pogrzebanych – ich doświadczenie wydaje się zgoła anachroniczne.
Scjentystyczny światopogląd deprecjonuje i podważa perspektywę eschatologiczną, każe postrzegać świat jako twór bez reszty materialny, rządzący się prawami, które można odkryć i zrozumieć. Z kolei postmodernistyczna świadomość spogląda z wyższością na dorobek rodzimej kultury, dekonstruując jej ład, by dowieść, jak był pozorny i umowny. Człowiek współczesny żyje w aroganckim mniemaniu, że zgłębił tajniki bytu i losu w stopniu niedostępnym dla przodków, a zatem ich wierzenia i przemyślenia mają dla niego co najwyżej wartość historyczną. Poczucie duchowej łączności z nimi uważa często za niedorzeczność.
Wampiryczna przeszłość
Nie jest zapewne przypadkiem, że na tym obszarze kultury, który został samodzielnie wykreowany przez współczesnych i który najchętniej oni odwiedzają, tj. na obszarze popkultury, spośród duchów umarłej przeszłości spektakularną karierę zrobił tylko jeden: wampir. To on jest protagonistą licznych powieści, filmów, seriali telewizyjnych. Owszem, stanowi świadectwo obecności świata minionego w dzisiejszym, ale takie, które uzmysławia płynące stamtąd zagrożenie – uwodzicielską moc skłonną wykorzystywać żyjących, spijać ich krew, wysysać energię. Wampir jest wysłannikiem przeszłości, która zamiast rozszerzać i wzbogacać teraźniejszość, plądruje ją i niszczy, stanowi źródło lęku, nie przedmiot afirmacji. Aby istnieć, trzeba ją odrzucić, nie zaś wchłonąć czy zaakceptować.
Ta wola destrukcji przeszłości, wyswobodzenia się od zobowiązań, jakie przez stulecia nakładała ona na swoich następców, obawa przed jej wampiryczną naturą szczególnie jaskrawo ujawniła się w Polsce ostatniego ćwierćwiecza. Pasja modernizacji, ścigania Europy poprzez wszystkie bezdroża jej obłędnej, ponowoczesnej wędrówki stowarzyszyła się z iście furiacką agresją przeciwko własnej spuściźnie duchowej traktowanej jako fatalny balast i źródło dziejowych niepowodzeń. Tradycja romantyczna i niepodległościowa, formacyjna dla poprzednich generacji, znalazła się pod pręgierzem oskarżeń, jej dorobek spostponowano jako świadectwo bezmyślności albo nawet zbrodniczej głupoty, jej bohaterom wytoczono historyczne procesy, a pamięć i poszanowanie ich heroizmu utożsamiono z kultem grobów i klęski. Trwa nieustający wysiłek zmierzający do rozbicia naszej wspólnoty żywych i umarłych, na szczęście wciąż jeszcze bezowocny, co dobitnie poświadczają tłumy gromadzące się na cmentarzach w Dzień Zaduszny.
Rozterka zagubienia
Rzecz w tym, że człowiek wyrwany z łańcucha pokoleń, zwolniony z odpowiedzialności za tych, którzy przeminęli i którzy nadejdą tylko na pozór, wiedzie żywot lżejszy i szczęśliwszy. Nader łatwo traci poczucie rzeczywistości, pada ofiarą iluzji o nieograniczonych możliwościach kształtowania swojego losu. To zaś bardzo szybko owocuje porażką i rozczarowaniem. Na płaszczyźnie osobistej – np. gdy zmiana płci zamiast oczekiwanego błogostanu przynosi nowe frustracje – oraz na płaszczyźnie zbiorowej, gdy cudowne projekty inżynierii społecznej owocują systemem przemocy, sieją chaos i cierpienie. Życie na przekór regułom, w których wyrastaliśmy, skazuje na permanentny konflikt wewnętrzny, bo nie sposób usunąć z pamięci aparatu pojęciowego wdrożonego w dzieciństwie, zakodowanego w języku. Ten konflikt uniemożliwia wykształcenie harmonijnej, zintegrowanej osobowości, rodzi niepokój, odbiera pewność siebie i poczucie własnej wartości.
Egzystencja obarczona brzemieniem praw, obowiązków, także win przekazywanych w sztafecie pokoleń jest na tę pokusę woluntaryzmu i rozterkę zagubienia znacznie bardziej odporna. Świadoma własnych ograniczeń generuje o wiele dojrzalszą wizję świata i ludzkiej kondycji.
Mamy właśnie niepowszednią okazję, by sobie o tym przypomnieć. Na rynek trafiła niedawno „Trylogia Tebańska” Sofoklesa („Król Edyp”, „Edyp w Kolonos”, „Antygona”) w nowym przekładzie Antoniego Libery. W „Słowie od tłumacza” czytamy: „Przekład, który oddaję do rąk czytelnika, nazywam spolszczeniem, by podkreślić, że moim głównym staraniem było nadanie tekstowi jak najnaturalniejszej »dykcji« i dostosowanie go do aktualnych standardów języka mówionego – oczywiście w ramach regularnego wiersza 11-zgłoskowego, który uważam za najlepszy i najbardziej stosowny do oddania rytmicznego toku greckiej tragedii”. Ponieważ ten zamysł powiódł się nad podziw, lektura przysparza tyleż przyjemności, co okazji do namysłu. Tragiczny los rodu Labdakidów ulokowany został we współczesnej polszczyźnie, co niejako zmusza czytelnika do konfrontacji zapisanego w „Trylogii Tebańskiej” wyobrażenia o kolejach życia z naszym własnym rozumieniem tej kwestii. I trzeba od razu powiedzieć, że to porównanie nie wypada na naszą korzyść.
Infantylna prostoduszność
Dramat dynastii tebańskiej obnaża całą bezmierną naiwność rojeń o ludzkiej omnipotencji oraz uzurpatorskiej wiary w zdolność kierowania biegiem jednostkowej egzystencji i historycznych procesów. Uświadamia złudny charakter naszej wiedzy o rzeczywistości i znikomość szans na odgadnięcie zagadki wszechświata. Na tym tle pycha współczesnego człowieka, który urąga prawom natury, zaprzecza boskim i łamie ludzkie, stanowione przez protoplastów, wydaje się żenującym objawem zdziecinnienia, regresem myśli europejskiej staczającej się w prostoduszność umysłowego prymitywizmu. Cóż możemy przeciwstawić Sofoklesowej refleksji na temat daremnego, ludzkiego pościgu za szczęściem? Chrześcijaństwo przeciwstawiło mu wizję zbawienia jako celu i sensu egzystencji. Współczesna, zdechrystianizowana cywilizacja oferuje co najwyżej kategorię sukcesu pojmowanego doraźnie i pragmatycznie oraz potrzebę przyjemności, poszukiwanej kompulsywnie i desperacko. Gdzie szukać przeciwwagi dla tragicznej koncepcji losu zapisanej w historii Edypa? W pojęciach płynnej tożsamości i wieloznaczności, podsuwanych przez postmodernistów? W relatywizmie, w postawie ironicznego dystansu? To doprawdy żałośnie miałkie propozycje w porównaniu z tymi, które wcześniej formułowała kultura europejska.
Dlatego jej szczytowe dokonania są nam pilnie potrzebne do życia. Tylko odświeżając ich pamięć, pielęgnując obecność, możemy wydobyć się z zapaści, w którą sami się wpędziliśmy, lekceważąc więzi łączące duchową wspólnotę przeszłych, obecnych i przyszłych pokoleń.