Podkamień 2006 rok. Małe miasteczko, poprzecinane ulicami. Każdy dom otacza bogato obsadzony warzywniak. Na chodnikach niewielu przechodniów. Nawet koło sklepu nie widać większego ruchu. Jest kilka urzędów, szkoła i niedawno postawiony pomnik UPA. Próżno szukać miejsca poświęconego największej tragedii, jaka dotknęła Podkamień w czasie wojny. O tym wydarzeniu głośno dziś mówić tu nie wypada. Jadwigę, Irenę i Marię podkamieńskie piekło połączyło do końca życia. W nim przepadli ich najbliżsi i przyjaciele. Przez wiele lat tłamsiły w sobie wojenne wspomnienia.
Teraz po raz pierwszy od półwiecza rozmawiały o nich szczerze.
Maria. Palikrowy, 1944 rok
W podkamieńskim klasztorze przeżyła konfirmację. Przychodziła tu z rodzicami w każdą niedzielę na mszę świętą, jak inni z niewielkich Palikrów.
Wioska była w większości polska, mieszkało też kilka rodzin ukraińskich. Ale swoi byli. Ludzie świętowali podwójnie – grekokatoliccy Ukraińcy odwiedzali swoich rzymskokatolickich sąsiadów w ich święta, a później zapraszali na swoje.
Robili ze sobą interesy, pomagali w pracy, zakochiwali w sobie. Na pytanie o zatargi, Maria kręci głową. „U nas?” – pyta i odpowiada z dumą: – Tu była zgoda. W czasie wojny żaden z palikrowskich Ukraińców nie poszedł do UPA. Za to każdy, jak sąsiedzi Polacy, wybudował sobie schron na podwórzu i krył się w nim przed Ukraińską Armią Powstańczą.
O nadciągającym nieszczęściu dowiedzieli się od uciekających z Wołynia polskich rodzin. A te opowiadały o takim bestialstwie, że na początku Palikrowiczanie traktowali je z przymrużeniem oka. Pomagali, ale nie do końca dawali wiarę relacjom. Wkrótce życie samo uwiarygodniło te świadectwa.
Marzec 1944 roku rozpoczął się niespokojnie. Zewsząd dochodziły wieści o napadach na wsie. Palikrowy czekały na swoją kolej. Ludzie każdej nocy kryli się w schronach. Przygotowywali tobołki z jedzeniem na wypadek nagłej ucieczki. Wiedzieli, że w nieodległym Podkamieniu klasztor zamieniono w twierdzę – przybywali tu dawni mieszkańcy Wołynia, nieraz z całym dobytkiem. Pewnego popołudnia również rodzice Marii zdecydowali, że wraz z dziećmi przenocują w klasztorze. Rankiem wrócili jednak do swoich. „A może nic już nie będzie” – dodawali sobie otuchy.
11 marca przez Palikrowy przeszła hiobowa wieść. „Podkamieński klasztor okrążyli banderowcy” – wspomina Maria. Co rusz dochodziły nowe informacje. Nikt nie mówił o niczym innym. Jedni twierdzili, że Ukraińcy już wdarli się za mury, inni, że zostali odparci, jeszcze inni – że sami odstąpili od natarcia i wzięli klasztor na przeczekanie.
Był środek dnia, kiedy w Palikrowach usłyszano huk pędzących wozów. Maria pamięta rozpaczliwy głos matki wołającej ją do schronu. Nie posłuchała, wraz z innymi dziećmi pobiegła na łąkę. Złapali wszystkich. Wpadali na podwórka i szukali kryjówek – wypędzali z nich każdego: i Ukraińców, i Polaków.
Całą wieś pognali na łąkę graniczącą z lasem. Maria w tłumie dostrzegła rodziców, siostrę i szwagra. Stała razem z ukraińską koleżanką i kurczowo trzymała ją za rękę. Wkrótce okazało się, że po stronie oddziału UPA, który zaatakował Palikrowy, stanęły trzy młode dziewczęta. „Później dowiedzieliśmy się, że każda miała tam narzeczonego” – wspomina Maria. Panny dzieliły swych bliskich i sąsiadów: Polak na lewo, Ukrainiec na prawo. Maria skorzystała z chwili zamieszania i wraz z przyjaciółką Ukrainką przeszła na jej – bezpieczną – stronę. Podobnie uczyniło kilka innych osób. A ukraińscy sąsiedzi nie zdradzili ich obecności. Tymczasem polską część wsi banderowcy zapędzili pod las. Starali się ustawiać przerażonych ludzi w rzędy, ale mało kto poddawał się tej musztrze. Rozpoczęła się strzelanina. Ofiary padały na ziemię. Gdy jedni napastnicy dobijali ostatnich Palikrowian, inni już obdzierali ciała z butów i kożuchów. Ukraińską część mieszkańców Palikrów nadal trzymano na muszce. W pewnym momencie jedna z denuncjatorek wskazała palcem na tulącą się do koleżanki Marię. Uzbrojony mężczyzna ruszył w stronę dziewczynki. Pomylił się i schwycił za rękę małą Ukrainkę.
„Przeżegnaj się i zmów pacierz!” – ryknął. Cichym głosem wyrecytowała modlitwę w swoim języku. To ją uratowało. Maria nie pamięta, jak długo stała i czekała. Gdy w końcu huczące wozy znikły im z oczu, pobiegli w stronę lasu, ku plątaninie nagich powywracanych ciał. Okazało się, że wiele osób jedynie upozorowało śmierć. Wygrzebywali się spod trupów bliskich i sąsiadów. Masakrę przeżyli rodzice Marii. Kula śmiertelnie ugodziła jej siostrę i szwagra. Tylko nieliczni ocaleni zdecydowali się pozostać w Palikrowach. Większość zabrała to, czego nie zrabowali mordercy, i ruszyła na Zachód.
Później w ramach repatriacji osiedliła się w nowej Polsce. Rodzina Marii pozostała na ojcowiźnie. Po wojnie Maria z mężem przeniosła się do pobliskiego Podkamienia. Niedaleko od niej mieszka znajoma z Palikrów – ta sama, która wskazała ją jako Polkę tuż przed masakrą.
Irena. Podkamień, 1944 rok
Urodziła się w mieszanej rodzinie – mama była Polką, ojciec Ukraińcem. Wedle powszechnie stosowanego zwyczaju została ochrzczona w kościele, a bracia w cerkwi greckokatolickiej. Święta obchodzili podwójnie. Każde były równie ważne i równie huczne. W marcu 1944 roku, gdy w podkamieńskim klasztorze rozgrywała się tragedia, Irena była już mężatką. Nadal mieszkała jednak w rodzinnym domu. Pewnego dnia na podwórko wbiegli nieznajomi – mężczyzna i kobieta z kilkuletnim chłopcem. Wyszedł do nich ojciec Ireny. Po chwili zaprosił do środka. Nieznajomi przybyli tu z Wołynia. Uciekli po tym, jak zamordowano ich sąsiadów. Nie chcieli być następni. Tułali się po ludziach, aż przybyli do podkamieńskiego klasztoru. Wraz z innymi barykadowali drzwi świątyni. Później uciekli przez okno. Zostawili w klasztorze cały swój dobytek, zabrali dosłownie kilka ubrań. Gospodarze obiecali im pomóc. W stodole urządzili tajny schron dla dwojga dorosłych, ich syn zamieszkał w domu rodziców Ireny. Udawali, że jest ich najmłodszym dzieckiem.
By zminimalizować ryzyko wpadki, chłopcu nie powiedziano, co się stało z jego matką i ojcem. Zobaczył ich dopiero, gdy do Podkamienia wkroczyli Rosjanie.
W następnych dniach z podkamieńskiej świątyni uciekało coraz więcej ludzi. Szukali schronienia na peryferiach miasteczka, ale mało kto odważył się wówczas udzielić im pomocy. Banderowcy przeczesywali pobliskie lasy. Tych, których tam znaleźli, zaganiali do położonego na uboczu domu. Do stłoczonych w środku ludzi strzelali przez okna. „Opowiadała mi o tym teściowa Ukrainka. Słyszała wszystko, bo mieszkała po sąsiedzku” – wspomina dziś Irena. Po dwóch dniach odważyła się tam podejść. To, co wówczas zobaczyła, prześladowało ją do końca życia – obryzgane krwią ściany, podłoga zasłana trupami. Chciała stamtąd uciec, ale usłyszała płacz dziecka. Przez okno wdrapała się do pokoju. Stopy stawiała tak, by nie deptać ciał. Pod ścianą, blisko szafy, zobaczyła uniesioną niemowlęcą dłoń. Wyciągnęła maleństwo i zabrała je do domu. Po kilku tygodniach po dziecko zgłosili się krewni jego rodziców.
Jadwiga. Klasztor, 1944 rok
Był sobotni poranek. Jadwiga umyła włosy. Usiadła przy kuchni, by szybciej wyschły. W szybę zapukała jej koleżanka. Jadwiga skinieniem zaprosiła ją do środka.
– Nie uciekacie? – zapytała. – Tłumy ludzi ciągną do klasztoru – tłumaczyła, nie czekając na odpowiedź gospodyni. Wiśka chciała od razu lecieć, ale rodzice nie pozwolili. Tłumaczyli, że bezpieczniejsza będzie kryjówka w lesie. Ale dziewczyna nie posłuchała. Poszła do klasztoru. Była jedną z ostatnich, którym udało się dostać za bramę świątyni. Chwilę później kierujący obroną ksiądz wraz z bardziej aktywnymi mężczyznami postanowili rozpocząć budowę barykad. Brali wszystko, co mogli przytargać: meble, worki ze zbożem, ławki. Na klasztornym dziedzińcu stały krowy, kozy i konie.
Wokoło biegały tuziny płoszonych co chwila kaczek i kur. Cały majątek uciekinierów z Wołynia. W kościele rozpoczęły się spowiedzi. Trwało niekończące się nabożeństwo. Jadwiga wraz z koleżanką noc spędziły skulona za ołtarzem. Prawie w ogóle nie zmrużyły oczu. O świcie dziewczyny podeszły do okna, w kilku innych już stali nastoletni chłopcy. Padły na podłogę wystraszone hukiem wystrzału. Kilka metrów dalej osunął się na ziemię młody chłopak – kula ugodziła go w klatkę piersiową. W klasztorze zawrzało. Jedni kipieli chęcią do walki, inni truchleli ze strachu o swój los. Po kilku minutach pod główną bramą kościoła stanął mężczyzna. Krzyczał do pilnujących wrót czystą polszczyzną. „Rozpoznaję go od razu, bo to był mój wuj Emil Siemniak” – tłumaczy Jadwiga. Banderowcy zrobili z niego swojego posłańca, choć człowiek ledwo rozumiał po ukraińsku. Komunikat brzmiał: otwórzcie klasztor, a nic złego się wam nie stanie. Jeśli nie odryglujecie, to niemieckie samoloty zrzucą na was bomby. Ale ci z Wołynia nie dali wiary zapewnieniom. Wraz z księdzem kierującym obroną odesłali posłańca z kwitkiem. Po pół godzinie UPA znowu wysłała Siemniaka pod mury klasztoru. A gdy i tym razem nic nie wskórał, rozległy się strzały. Na klasztorny dziedziniec wpadło kilka granatów. Broniący się odpowiedzieli strzałami z karabinów.
Zamieszanie nie trwało dłużej niż kwadrans. Skończyło się równie szybko, jak się zaczęło. Kilkanaście osób postanowiło wykorzystać chwilę spokoju i uciec. Jakiś mężczyzna wyskoczył przez okno, kilku innych przeciskało się kanałami ściekowymi. Jadwiga zdecydowała się na ucieczkę. Razem ze znajomymi chłopcami związała linę z ręczników.
Po niej zsunęła się za klasztorne mury i pędem pobiegła w stronę domu. Po drodze spotkała znajomego. „Dziecko nie leć do domu, tam biją, kryj się w lesie!” – krzyknął. Ale nie skręciła. Rodziców zastała pogrążonych w płaczu. Byli pewni, że już nie zobaczą córki. Sąsiadów stracili minionej nocy. Nie chcieli czekać na swoją kolej. Jadwiga pomogła matce spakować kilka najpotrzebniejszych ubrań. Pobiegli do mieszkających nieopodal znajomych, którzy przyjęli niemieckie obywatelstwo. Poprosili o schronienie. „Niech was Bóg prowadzi, uciekajcie do lasu, bo i nas przy was zatłuką” – powiedział gospodarz. Ale w lesie aż szumiało od przeczesujących okolicę żołnierzy UPA.
Wrócili zatem do domu. Ojciec Jadwigi zarządził, że schowają się w ziemiance. Wejście do niej znajdowało się w kuchni, a wyjście poza domem. Cała rodzina i dwie napotkane pod lasem kobiety – uciekinierki z Wołynia, które podobnie jak Wiśka wydostały się z klasztoru – weszły do piwnicy. Ojciec naciągnął na kuchenny właz chodnik i bambetel, czyli drewnianą kanapę. Zdążyli zakończyć maskowanie, a na podwórzu padły pierwsze strzały.
Słyszeli chodzących po domu mężczyzn. Na szczęście nie udało im się odnaleźć kryjówki.
Rodzina spędziła w piwnicy całą noc. Rankiem Jadwiga usłyszała nawoływania koleżanki. Nie wyszła. Ojciec obawiał się, że to tylko podstęp.
Wygramolili się z ziemianki już po zapadnięciu zmroku. Jeszcze przez najbliższy tydzień nie nocowali w domu. Spali w sadzie, w lesie. Wieczorami podchodzili pod domy mieszkających nieopodal bliskich i przyjaciół. Nikt już nie żył.
Gdy zrobiło się bezpieczniej, Wiśka zaczęła wypytywać o swojego narzeczonego, Stacha z Palikrów. Odwiedził ją dzień przed feralną sobotą, w którą pobiegła do klasztoru. Rozmawiał z jej rodzicami, ustalili, że za tydzień, elegancko ubrani, pójdą na plebanię i dadzą na zapowiedzi. Ojciec Wiśki nalegał, by przyszły zięć nie wracał do domu po ciemku. Zaproponował nocleg i wytłumaczył, że żadnego wstydu nie będzie z tego. Ale chłopak był honorowy. Zaklinał się, że sobie poradzi. Poszedł. Od tamtej pory słuch po nim zaginął. Po kilku dniach Wiśka dowiedziała się, że Stanisław nie żyje.
Banderowcy złapali go gdzieś po drodze i zawlekli do organistówki.
Męczyli chłopca długo, zanim umarł, a wraz z nim jeszcze kilku innych nieboraków. Zabili też organistę i jego żonę. Sprawa może na zawsze pozostałaby tajemnicą, gdyby nie Żydzi, którym organista urządził w swoim domu kryjówkę. Gdy do Podkamienia weszło wojsko, oni ledwo żywi wydostali się ze schronu i opowiedzieli o okropnościach, których byli świadkami.
Reportaż został po raz pierwszy opublikowany w tygodniku „Gazeta Polska” w 2006 roku