Białorusinom skazanym za przestępstwa polityczne grozi deportacja – alarmuje "Wiasna". "Te działania nie mają charakteru pojedynczych przypadków" – informuje organizacja.
W ostatnim czasie pojawiła się również informacja, że byłym więźniom politycznym, deportowanym z Białorusi, unieważniono paszporty. Tak stało się m.in. z dokumentem założyciela Centrum Obrony Praw Człowieka "Wiasna", laureata Pokojowej Nagrody Nobla, Alesia Bialackiego. Paszport został uznany za nieważny, mimo że termin jego ważności miał upłynąć dopiero w 2028 r.
"Machina represji nie zatrzymuje się"
To nowa forma represji stosowanych przez białoruski reżim – mówi portalowi Niezależna.pl Aleś Zarembiuk, białoruski opozycjonista, szef Fundacji Białoruski Dom w Warszawie.
W grudniu ub.r., gdy reżim uwolnił 123 więźniów politycznych, w tym noblistę Alesia Bialackiego, 114 z nich zostało przymusowo wywiezionych na Ukrainę, zaś 9 na terytorium Litwy. Podobnie było wcześniej – większość z uwolnionych przymusowo deportowano. Ci, którzy zostali na Białorusi, byli w zdecydowanej mniejszości.
– przypomina Zarembiuk.
W marcu br. doszło jednak do zmiany sytuacji. Dzięki staraniom strony amerykańskiej, uwolniono ponad 200 więźniów politycznych, jednak zdecydowana większość pozostała na Białorusi. Na Litwę deportowano tylko 14-15 z nich. Uważam, że zmiana ta była wymogiem ze strony Amerykanów. Każda tego typu operacja jest ogromnym wyzwaniem logistycznym, zwłaszcza dla takiego kraju jak Litwa, który wcześniej też przyjmował więźniów politycznych. Tym bardziej, że mówimy o sytuacji, w której większości tych osób reżim pozbawił dokumentów. Powód jest bardzo prosty – mają nigdy nie wrócić na Białoruś. I tu zaczyna się cała logistyka, by tym ludziom na nowo wystawić dokumenty, wizy etc. Łukaszenka, chcąc utrzymać dobre kanały komunikacji z Waszyngtonem, zgodził się na ten ruch, by większość z uwolnionych została na Białorusi, choć niemal pewnym jest, że taki scenariusz nie za bardzo mu odpowiada. W związku z tym wymyślił nową formę represji na tych ludzi. Muszą co tydzień meldować się na milicji, są obserwowani przez służby. A teraz doszedł jeszcze jeden aspekt – wygnanie z kraju, jeżeli jeszcze raz podpadną.
– wyjaśnia nasz rozmówca.
Machina represji cały czas trwa. Na celowniku są też rodziny uwolnionych więźniów politycznych, znajomi. Tym, których deportowano, służby odbierają majątki, domy, działki. Ludzi z ich najbliższego otoczenia się mocno inwigiluje lub zmusza do współpracy. Mogą odpowiedzieć za działania członka swojej rodziny poza granicami kraju, jeżeli bierze on udział w marszach prodemokratycznych lub aktywnie wspiera opozycję. To wszystko sprawia, że wiele osób, ze strachu, obawia się informować organizacje broniące praw człowieka o skali represji.
– dodaje.
Cały system sprowadza się do jednego. Alaksander Łukaszenka boi się własnego społeczeństwa. Mimo, że dzięki służbom i fali represji ma wszystko pod kontrolą, nadal dokręca śrubę. Aresztowania cały czas trwają. Służby grożą konfiskatą majątku, utratą pracy. Dają ludziom ultimatum – albo zgadzasz się na współpracę, albo idziesz za kratki. Dostrzega to też strona amerykańska, która otwarcie mówi, że nie może być tak, że reżim uwalnia 200 więźniów politycznych, a zaraz na ich miejsce pojawiają się nowi. Na to nie ma zgody Amerykanów.
– kończy.
Obecnie, według szacunków, nadal za kratami przebywa ponad 900 osób, uznanych za więźniów politycznych.