W jednym z niedawnych artykułów estoński „Postimees” wskazuje, że w ostatnim czasie w prasie zagranicznej pojawiło się kilkadziesiąt artykułów pod hasłem „Narwa będzie następna”, jako o kolejnym rzekomym celu Kremla. Z wypowiedzi lokalnych urzędników wynika, że dużo dziennikarzy przyjeżdża do miasta z już założoną tezą i czasami ucieka wręcz do szantażu, próbując wymusić na estońskich władzach potwierdzenie tej tezy.
Powiedziałbym przede wszystkim, że Narwy w żadnym wypadku nie można porównywać do Donbasu. Po pierwsze, to nie jest rok 2014. Po drugie, Estonia to nie Ukraina. Jeśli spojrzymy na to, co wydarzyło się w 2014 roku i na działania tzw. zielonych ludzików, którzy zajęli Krym, musimy pamiętać, że Rosja wciąż miała wówczas swoje bazy na terytorium Ukrainy. „Zielone ludziki” mogły więc faktycznie wyjść z rosyjskich baz i rozpocząć działania. W Estonii coś takiego się nie wydarzy.
Ponadto w 2014 roku granica między Ukrainą a Rosją praktycznie nie istniała. Była bardzo słabo strzeżona. A Estonia stanowi dziś granicę Unii Europejskiej i granicę NATO. Więc jeśli ktoś twierdzi, że rosyjscy żołnierze sił specjalnych mogą przyjechać i przebrać się za cywilów, to również się nie wydarzy. Jeśli ktoś zna się na ochronie granicy, wie, że nawet jeśli ktoś zmieni ubrania, to jeśli spełnia określone kryteria i jest funkcjonariuszem sił specjalnych, z dużym prawdopodobieństwem zostanie rozpoznany. Nie jest więc możliwe, żeby w ten sposób niezauważenie przedostać się do Estonii.
Musimy też pamiętać o ostatnich wydarzeniach. Unijna agencja Frontex przeniosła swoje centrum operacyjne do Narwy i rozważa również przeniesienie tam centrum szkoleniowego. Oznacza to, że UE ma w naszym kraju jedno ze swoich regionalnych centrów operacyjnych.
Myślę również, że powinniśmy przyjrzeć się rosyjskiej mniejszości, a właściwie rosyjskojęzycznej części społeczeństwa w Narwie i we wschodniej Estonii. Czasami zachodnie media przedstawiają tych ludzi jako piątą kolumnę - jako osoby, które popierają Putina i czekają na jego przyjazd. Ale to nieprawda. Wystarczy spojrzeć na badania prowadzone przez estońskie instytucje rządowe, a także przez estońskie Ministerstwo Obrony.
Te badania są bardzo ważne, ponieważ Ministerstwo Obrony prowadzi je już od 2011 roku. Mamy więc punkt odniesienia. Jeśli porównamy postawy Estończyków i osób rosyjskojęzycznych, okazuje się, że nie różnią się one aż tak bardzo. Na przykład 74 proc. osób rosyjskojęzycznych popiera pogląd, że Estonia powinna stawić opór w przypadku zbrojnego ataku. To bardzo wysoki odsetek. Oczywiście jest on niższy niż wśród rodowitych Estończyków, gdzie przekracza 90 proc. Ale to i tak dużo, jeśli porównamy to z Niemcami, gdzie tylko około 20 proc. osób, zapytanych w badaniach, jest gotowych bronić własnego kraju.
Tak więc sytuacja wygląda zupełnie inaczej niż jest przedstawiana z zewnątrz. Osoby rosyjskojęzyczne zdecydowanie cenią sobie życie w Estonii.
Cenią życie w demokratycznym kraju i wszystkie związane z tym korzyści: bycie częścią UE, możliwość podróżowania, studiowania i pracy za granicą.
Doskonale to rozumieją i jest to jeden z powodów takiego wsparcia dla bezpieczeństwa Estonii.
Estońscy dziennikarze piszą, że po lekturze zagranicznych artykułów powstaje wrażenie, że nad brzegiem Narwy chodzi jeden i ten sam „dyżurny” Rosjanin, którego wszyscy cytują i który czeka na przyjazd Putina do Estonii. „Postemees” wskazuje, że w ten sposób to, co nie jest prawdą, staje się narzędziem propagandowym w rękach Rosji. Jakie szkody te półprawdy i naciągania rzeczywistości przez dziennikarzy zagranicznych wyrządzają bezpieczeństwu Estonii i całego regionu?
Oczywiście jest to niebezpieczne, ponieważ ciągłe powtarzanie tego rodzaju narracji w rzeczywistości prowadzi do ograniczenia inwestycji w naszych krajach. A to bezpośrednio wpływa na naszą gospodarkę. Jeśli gospodarka zostaje osłabiona, pojawiają się również problemy wewnętrzne dotyczące niektórych grup społecznych, które mogą nie mieć pracy albo zarabiać mniej. Tak więc ma to bezpośrednie przełożenie na sytuację w krajach bałtyckich.
Myślę jednak, że czasami zachodnie media czy zachodnie środowiska akademickie wybierają sobie łatwiejszy cel, zamiast koncentrować się na problemach we własnych krajach. Jeśli mówimy o wojnie hybrydowej i działaniach Rosji w Europie, we wszystkich europejskich krajach, powiedziałbym, że Estonia, Łotwa i Litwa są jednymi z najlepiej przygotowanych do przeciwstawienia się takim działaniom, ponieważ mamy doświadczenie historyczne i pamięć historyczną.
Tymczasem w niektórych zachodnich państwach wciąż pojawia się pytanie: czy jesteśmy w stanie wojny z Rosją? Rosja natomiast bardzo jasno powiedziała, że prowadzi wojnę z Europą. Dlatego uważam, że czasami ludzie kierują się uproszczonym myśleniem i nie analizują wszystkich faktów.
Wskazują jedynie: „OK, jest jedno miasto, które znajduje się bardzo blisko granicy z Rosją”.
Ale możemy też powiedzieć, że Niemcy mają wyspę Rugię na Morzu Bałtyckim, na której nie stacjonują wojska. Nawet nie wiem, czy jest tam policja.
Jeśli więc Rosja rzeczywiście chciałaby przeprowadzić jakąś formę okupacji terytorialnej przeciwko państwu NATO, Estonia niekoniecznie musiałaby być celem. Na Morzu Bałtyckim są przecież setki, a nawet tysiące wysp.
Z podobnymi najazdami dziennikarzy boryka się również łotewskie miasto Daugavpils, które leży ok. 35 km od granicy z Białorusią i 120 km od granicy z Rosją. Widziałam właśnie „świeży” przykład, kiedy dwójka polskich dziennikarzy znalazła w łotewskim mieście swojego „dyżurnego” Rosjanina, który ukończył polską szkołę i który miał im powiedzieć, że większość mieszkańców miasta czeka na Putina. A po takich kolejnych wywiadach dostaję pytania od Polaków: czy może wiesz, czy Putin planuje napaść na nas we wrześniu?
Oczywiście, jeśli przyjeżdżasz do jakiegoś kraju, bardzo łatwo możesz znaleźć jedną osobę, która powie coś o tym, że popiera Putina. Jestem pewien, że gdybyśmy przeszli się po którymś z centrów handlowych w Warszawie, moglibyśmy znaleźć kogoś, kto powiedziałby, że nie powinniśmy pomagać Ukrainie, że ta wojna nie ma sensu i tak dalej.
Ale ogólnie uważam, że oczywiście nasze państwa mają obowiązek próbować lepiej integrować osoby rosyjskojęzyczne, a także zadbać o ich możliwości zatrudnienia i tym podobne kwestie.
Jednocześnie nie bardzo można walczyć ze starszym pokoleniem, które nie zna języka, nadal korzysta z rosyjskojęzycznych mediów propagandowych i właściwie nie próbuje zrozumieć sytuacji ani dotrzeć do obiektywnych mediów. Trzeba dać alternatywę.
Właśnie pod tym względem zrobiliśmy w Estonii coś inaczej niż na Łotwie. W 2022 roku Estonia zakazała działalności wszystkich rosyjskich mediów propagandowych. Jednak zamiast całkowitego zakazu estoński rząd uznał, że musimy zaoferować coś w zamian.
Dlatego rząd przeznaczył dodatkowe środki na media estońsko- i rosyjskojęzyczne działające w Estonii. Przekazano dodatkowe finansowanie rosyjskojęzycznej telewizji, która działa w ramach estońskiego nadawcy publicznego, jak również prywatnym mediom. Nie narzucano im, o czym mają pisać, lecz po prostu oczekiwano od nich tworzenia obiektywnych rosyjskojęzycznych mediów, tak jak ma to miejsce w przypadku mediów estońskojęzycznych.
Myślę, że to stworzyło pewną różnicę między Estonią a Łotwą [gdzie zaprzestano finansować z budżetu inne niż łotewskojęzyczne media. Dotknęło to również polskojęzycznych redakcji]. Jeśli spojrzymy teraz na badania prowadzone w Estonii przez Uniwersytet w Tartu dotyczące mediów propagandowych, pokazują one, że zapotrzebowanie na rosyjską propagandę, a właściwie jej konsumpcja, z roku na rok maleje, podczas gdy rośnie zaufanie do estońskich mediów rosyjskojęzycznych. Oznacza to, że to działa. Takie podejście przynosi efekty.
*Marek Kohv to estoński ekspert ds. bezpieczeństwa i obronności z ponad 20-letnim doświadczeniem w sektorze bezpieczeństwa narodowego. Ostatnio pełnił funkcję szefa analiz w Biurze Koordynacji Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony przy Kancelarii Rządu Estonii, gdzie odpowiadał za przygotowywanie analiz sytuacyjnych dla premiera i ministrów. W trakcie swojej kariery służył także w Estońskich Siłach Obronnych, m.in. w Centrum Wywiadu Wojskowego oraz Dowództwie Połączonym Estońskich Sił Obronnych. Brał udział w misjach zagranicznych w Iraku i Afganistanie. Jest absolwentem amerykańskiego John F. Kennedy Special Warfare Center and School, gdzie szkolił się jako oficer operacji psychologicznych.