Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

AfD u bram. "Gazeta Polska": Dziś Saksonia-Anhalt, jutro całe Niemcy?

AfD jest partią, której program może budzić w Polsce obawy. Nie wolno nam jednak popadać w histeryczny fatalizm. Na razie Niemcom grozi raczej polityczna destabilizacja niż jakiś nowy totalitaryzm. Dla nas, Polaków, w starciu z imperialną Rosją groźniejsza niż siła AfD jest nasza własna słabość i niedostatek regionalnej współpracy - pisze "Gazeta Polska".

Autor:

Czy będzie większość? To pytanie zadają sobie dziś wszyscy. Arytmetyka po wyborach landowych przyprawia politologów o palpitację serca. W parlamencie Saksonii-Anhalt zasiada obecnie 83 deputowanych, większość bezwzględna to, jak łatwo policzyć, 42 głosy. Prawicowo-nacjonalistyczna Alternatywa dla Niemiec (AfD), zdobywszy 43,8 proc. głosów, ma – zgodnie ze stosowaną w landzie metodą przeliczania głosów (proporcjonalną Hare’a-Niemeyera) – 39 miejsc, Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna (CDU) 15, socjaldemokraci (SPD), Zieloni i Lewica po 8, zaś debiutujący lewicowo-populistyczny Ruch Sahry Wagenknecht (BSW) 5. W takiej sytuacji Ulrich Siegmund, charyzmatyczny przywódca AfD, będzie w pierwszym ruchu naturalnym kandydatem na premiera. Wszystkie partie poza BSW zapowiedziały jednak zgodnie, że nie poprą jego kandydatury.

Większość za wszelką cenę?

Jeśli zaś premiera nie uda się wybrać kwalifikowaną większością w dwóch głosowaniach, to w trzecim kroku decyduje zwykła większość obecnych na sali. Tymczasem jedyną partią, jaka zapowiedziała, że będzie rozmawiać z AfD o potencjalnym rządzie mniejszościowym (bez koalicji), jest BSW. Równocześnie jednak liderzy tej formacji, Thomas Schulze i Claudia Witting, ogłosili, że choć nie będą się wpisywać w bezmyślną, ich zdaniem, politykę tzw. zapory ogniowej przeciwko AfD, to nie zamierzają też brać pełnej odpowiedzialności za powołanie premiera z tej partii. W efekcie, jeśli dojdzie do ich absencji, w trzecim kroku, przy pełnej mobilizacji, dojdzie do remisu 39 do 39. Sam Siegmund zapowiedział, że nie chce jednorazowych „gierek” i szuka „stabilnej większości”.  

Nie ma w tym nic dziwnego. Saksonia-Anhalt nie jest ani największym, ani najzamożniejszym landem. Rządząc przy braku stabilnej większości, AfD może zmarnować cenny kapitał wyborczy i przekreślić szanse na kolejne zwycięstwa. Tymczasem ich ambicje są niemałe. Jedyną alternatywą dla rządów mniejszościowych przy cichym przyzwoleniu BSW są natomiast rozłamowcy z CDU. Z 15 deputowanych na razie tylko jeden, Tobias Krull, zadeklarował, że nie będzie głosował przeciwko AfD. Potem jednak wycofał się ze swojej obietnicy. Inny deputowany, Lars-Jörn Zimmer, na pytania dziennikarzy o ten temat odpowiadał wymijająco, ostatecznie jednak powiedział, że także nie poprze Siegmunda. Jednak Krzysztof Rak z Instytutu Zachodniego twierdzi na platformie X, że jego informatorzy donoszą mu, że rozłam jest nadal możliwy, a chadeckich posłów do niego gotowych jest co najmniej kilku.

Byłby to ciekawy prognostyk na wybory do Bundestagu. Choć te zaplanowane są dopiero na 2029 rok, to coraz częściej powtarzają się sondaże wskazujące, że zasadniczo możliwe są dwie koalicje: albo prawicowa CDU z AfD, względnie z rozłamową częścią CDU, albo wszystkich przeciwko AfD.

Chadecja cierpi tymczasem na dotkliwy kryzys przywództwa – Friedrich Merz ma obecnie poparcie jedynie rzędu kilkunastu procent. Nie widać zbyt wielu jego następców. Hendrik Wüst, premier Nadrenii Północnej-Westfalii, najbardziej prawdopodobny następca Merza, na razie pręży muskuły i namawia do debaty nad delegalizacją AfD. Wiadomo jednak, że jest to długa i żmudna procedura prawna, która nawet w wypadku uznawanej za neonazistowską NPD nie zakończyła się przecież sukcesem. Samo straszenie radykałami to zaś stanowczo za mało, by skonsolidować wyborców.

Partia antyimigrancka

Największą pretensję do establishmentu wyborcy mają w związku z jego polityką migracyjną. Ogółem postulatów antyimigranckich w programie wyborczym AfD w Saksonii-Anhalt jest ponad 50. Zdaniem ekspertów lwiej części z nich na szczeblu landowym nie pozwoli zrealizować konstytucja. Nie zapominajmy jednak, że premier landu zasiada w Bundesracie i może wykorzystywać ten fakt do debaty o pewnych politycznych rozwiązaniach na etapie krajowym. Niektóre z tych haseł są zaś nawet jak na AfD dość radykalne. Mowa jest na przykład o utworzeniu specjalnej formacji ds. deportacji; powołana zostałaby też specjalna ochotnicza straż obywatelska „Bürgerwacht”, która jakoby „pomagałaby” przeciążonej policji. Islam zostaje zaś wprost w programie wyborczym określony jako religia, dla której „nie ma miejsca w Niemczech”. 10 września Ulrich Siegmund posunął się do tego, że powiązał produkcję zbrojeniową z polityką migracyjną swojej partii. Zapytany na konferencji prasowej o planowany zakład izraelskiego koncernu Elbit Systems w Sangerhausen, odpowiedział:

„Nie potępiamy w czambuł produkcji sprzętu zbrojeniowego, bo przy nadchodzącej ofensywie remigracyjnej i deportacyjnej będziemy oczywiście potrzebować odpowiednich środków pomocniczych”.

Oczywiście saksońsko-anhalcka AfD chce też zniesienia prawa do azylu czy błyskawicznych wydaleń. Dzieci bez trwałego pobytu miałyby być w szkołach, którymi faktycznie kieruje akurat land, wykluczone ze wspólnych lekcji i uczęszczać do osobnych klas. Równocześnie środki przeznaczone na integrację miałyby zostać radykalnie obcięte; nie miałyby też powstawać żadne nowe ośrodki dla imigrantów. Imigranci z Ukrainy mieliby zaś być brani hurtowo w kamasze, to znaczy odsyłani do Ukrainy z zamiarem przekazania ich władzom w celu wcielenia do wojska.  

Partia prorosyjska

Nastroje antyimigranckie są naturalnie odczuwalne w całej Europie Zachodniej. To, co odróżnia AfD w landach należących do byłego NRD od innych partii nowej prawicy i co musi być dla Warszawy bardzo niepokojące, to żarliwa prorosyjskość tej formacji. Nie chodzi tu tylko o, również coraz częściej spotykany w Europie, krytyczny stosunek do polityki Wołodymyra Zełenskiego. AfD w Saksonii-Anhalt idzie znacznie dalej i wpisuje do programu rzeczy sugerujące wręcz rodzaj niemiecko-rosyjskiego patriotyzmu i braterstwa. Chęć odbudowy Nord Stream 1 i 2 czy zniesienie sankcji to już coś, do czego u AfD przywykliśmy. Partia w Saksonii-Anhalt idzie jednak jeszcze dalej i demonstruje rodzaj quasipostsowieckiej tożsamości narodowej. Mowa jest na przykład o współpracy szkół i zwiększeniu nauki rosyjskiego, wraz z kuriozalnym uzasadnieniem i zapowiedzią zatrudniania w szkołach bliżej nieokreślonych „wykształconych ludzi”, dla których język rosyjski jest „językiem ojczystym”, a którzy nie są zawodowymi nauczycielami.

Jak bowiem głosi program wyborczy partii:

„Język rosyjski to język o zasięgu światowym i język nauki – mówi nim ponad 250 milionów ludzi, w tym 150 milionów jako językiem ojczystym. Daje on dostęp do dorobku kulturowego najwyższej próby i otwiera cenne możliwości porozumiewania się. Zarówno Niemcom, jak i szczególnie Saksonii-Anhalt zależy, ze względów gospodarczych i kulturowych, na dobrych relacjach z Rosją. Prowadzona przez stare partie polityka wymierzona przeciwko Rosji stoi natomiast w sprzeczności z niemieckim interesem narodowym. Dzieli ona Europę, służąc interesom obcych państw”.

Partia antypolska?

Saksonia-Anhalt nie jest landem granicznym, niewiele w jej programie jest o Polsce. AfD jako całość z – delikatnie mówiąc – lekceważeniem odnosi się do naszych roszczeń odszkodowawczych. Fabian Keubel, aktywista AfD, określił nas przy tej okazji „Afroamerykanami Europy”. Kay Gottschalk, typowany na ministra finansów w gabinecie cieni AfD, napisał zaś w styczniu tego roku na X: „1,3 biliona euro powinno pokryć reparacje za udział Polski w wysadzeniu Nord Stream. Moim pierwszym krokiem jako ministra finansów będzie dochodzenie tych roszczeń”. Innymi słowy Gottschalk wezwał do kontrreparacji.

Na ile powinniśmy się więc bać? Na pewno musimy sytuację potraktować poważnie. Ewentualne rządy AfD w Saksonii-Anhalt już teraz mogą negatywnie wpłynąć na rozbudowę infrastruktury NATO, w tym systemu przesyłu paliwa lotniczego. Równocześnie jednak niewskazana jest również histeria. Niemcy nie mają już takiego jak dawniej potencjału gospodarczego i demograficznego. Ledwie dwa lata temu Boris Pistorius zastanawiał się nad stworzeniem niemieckiego odpowiednika Legii Cudzoziemskiej, by łatać luki kadrowe. Polska armia już jest nieznacznie liczniejsza od Bundeswehry. Eksperci podnoszą też, że gospodarczy program AfD opiera się raczej na nostalgii za starymi dobrymi Niemcami i ich doskonałym przemysłem niż na realnej wizji technologicznej modernizacji. W Niemczech spada również gwałtownie poziom edukacji i osiągnięć naukowych, podczas gdy w Polsce wyraźnie rośnie.

Równocześnie Niemcy, które, jak zapowiada AfD, wyszłyby ze strefy euro i mocno ograniczyły dotacje swoich think tanków za granicą, miałyby znacznie mniej środków wpływania na inne kraje i popierania w nich przychylnych im polityków. Oczywiście obóz liberalny w Polsce może zarzucać polskiej prawicy, że niemądrze solidaryzuje się z AfD. Sympatie czy antypatie polskiej prawicy mają jednak mały realny wpływ na wyniki wyborcze AfD. Za to sympatie i antypatie niemieckich partii rządzących mają nieporównywalnie większe znaczenie dla polityki w Polsce. Nawet jeśli AfD nieprędko będzie rządzić, samo rosnące poparcie dla tej formacji może wywołać ostry skręt w prawo i quasiizolacjonistyczne nastroje całej niemieckiej klasy politycznej.

To zaś realne straty polityczne raczej dla takich polityków, jak Donald Tusk niż Krzysztof Bosak.

Również afdowska prorosyjskość nie przełoży się na nowy pakt Ribbentrop-Mołotow, choć może kiedyś doprowadzić do głębokiego kryzysu w ramach NATO. Bardziej prawdopodobny jest pogłębiający się wewnętrzny chaos w Niemczech i w związku z tym ich bierna postawa nawet w razie jawnego napadu Rosji na kraj ościenny. Sytuacja zresztą dobrze nam znana z historii z czasów wojny bolszewickiej 1919–1921 i świetnie opisana w książce Andrzeja Nowaka „Pierwsza zdrada Zachodu”. Polską odpowiedzią na tę sytuację powinno natomiast być wzmacnianie sojuszy regionalnych, zwłaszcza korytarza północno-wschodniego, czyli współpracy z krajami nordyckimi i bałtyckimi. Będzie to o tyle łatwe, że nie tylko my zaczynamy teraz dostrzegać niestabilność Niemiec. Pytanie, czy wystarczy nam czasu, zanim w nasz osłabiony region uderzy Rosja. Niezależnie od tego, co się stanie, tak czy inaczej wiemy już, że polityka ślepego podczepiania się pod Berlin zbankrutowała.

Autor:

Źródło: Gazeta Polska

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Świat