Dokładnie cztery lata temu, 24 lutego 2022 r., Rosja dokonała pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Ukraińcy stawili bohaterski opór i to, co w rojeniach kremlowskiego reżimu miało być błyskawiczną operacją, przerodziło się w najbardziej krwawą wojnę w Europie od czasów II wojny światowej. Dziś jej końca nadal nie widać, a efekty są odczuwalne na całym świecie.
Rosyjski plan opanowania Ukrainy
Pod koniec 2021 r. Rosja zaczęła koncentrować siły na granicy Ukrainy. Władimir Putin obiecywał, że nie zaatakuje, ale równocześnie wystosowywał kolejne żądania. 24 lutego 2022 r. rosyjskie wojska przekroczyły granicę i rozpoczęły „specjalną operację wojskową”. Zdaniem zachodnich wywiadów plan Rosjan był prosty. Chcieli jak najszybciej zdobyć Kijów, zabić lub pojmać rząd Ukrainy, zainstalować na jego miejsce swoje marionetki i postawić Zachód przed faktem dokonanym. Tak się jednak nie stało. Ukraińcy stawili bohaterski opór, a Rosjanom we wczesnym okresie wojny nie udało się zrealizować żadnego z możliwych celów.
Ten opór był możliwy dzięki nowoczesnej broni, którą przekazał Ukrainie Zachód. Polska była jednym z pierwszych państw, które ruszyły z pomocą – pierwszy transport amunicji z Polski dotarł na Ukrainę już w dniu inwazji. Kiedy Niemcy nie tylko nie chcieli przekazać własnej broni, ale blokowali jej dostawy przez inne państwa – nawet gdy chodziło o sowieckie haubice, które Estonia kupiła od likwidowanej armii NRD – rząd PiS nie tylko przekazywał Ukrainie nowoczesną broń, ignorując groźby Kremla, ale prowadził też zmasowaną kampanię dyplomatyczną, której celem było przekonanie do tego innych państw. Ówczesny premier Mateusz Morawiecki i prezes PiS Jarosław Kaczyński już w marcu 2022 r., kiedy było to bardzo niebezpieczne, odwiedzili Kijów. Razem z premierem Czech i Słowenii byli pierwszymi zachodnimi politykami, którzy się na to odważyli.
Na wysokości zadania stanęło także polskie społeczeństwo. Skala pomocy, jakiej udzieliło napadniętemu państwu, była ogromna, a zachodnie media zaczęły szybko nazywać nasz kraj „mocarstwem humanitarnym”. Polacy nie tylko wysyłali na Ukrainę tony potrzebnego zaopatrzenia, jak jedzenie czy leki, ale też przyjęli do kraju miliony uchodźców, z których wiele zamieszkało w domach polskich rodzin. Ten wysiłek był możliwy, bo ówczesny rząd – mimo wysiłków opozycji – dał radę obronić wcześniej granicę przed operacją „Śluza” – akcją rosyjskich i białoruskich służb, która z wykorzystaniem nielegalnych imigrantów miała sparaliżować polską zdolność do niesienia pomocy Ukrainie.
Po tym, jak plan Putina spalił na panewce, żołnierze rosyjscy szybko pokazali swoje prawdziwe oblicze. Niemal od początku zaczęli dokonywać zbrodni wojennych. Masakra w Buczy i zbombardowanie teatru w Mariupolu, w którym przed bombami ukrywały się dzieci, wstrząsnęły całym światem. W marcu 2023 r. Międzynarodowy Trybunał Karny wystawił też nakaz aresztowania Putina za to, że jego żołdacy porwali na Ukrainie tysiące dzieci, które później były poddawane rusyfikacji. Terrorystyczne ataki na ukraińskie miasta czy infrastrukturę stały się ponurą codziennością. Rosjanie znacznie wzmogli też wymierzone w Europę działania hybrydowe. Jak przypomina dr Jan Matkowski, mijający rok charakteryzuje się większą liczbą uderzeń dronowo-rakietowych. – Rosjanie niszczyli infrastrukturę krytyczną Ukrainy skuteczniej niż w poprzednich latach, wykorzystując tysiące bezzałogowców i rakiet – wskazuje ekspert.
Rosjanie sięgają po wojnę na wycieńczenie
Ukrainie udało się odbić część terytorium zdobytego przez Rosjan. W połowie 2024 r. dokonali też własnej ofensywy, zdobywając część obwodu kurskiego, okupowali go do marca zeszłego roku. Sama wojna przybrała jednak statyczny charakter, który niewiele różni się od frontu zachodniego podczas I wojny światowej. Linia frontu przesuwa się powoli, a każda zmiana okupiona jest morzem wylanej krwi. Jak przypomina dr Jan Matkowski, wojna Rosji z Ukrainą trwa już dłużej niż tzw. wielka wojna ojczyźniana, czyli starcia pomiędzy Związkiem Sowieckim a niemiecką III Rzeszą. Z kolei intensywność walk i straty, które poniosły obydwie strony, plasują ten konflikt zbrojny jako największe starcie po zakończeniu II wojny światowej.
Jak zauważył w rozmowie z „Codzienną” Michał Dworczyk, „Federacja Rosyjska postanowiła prowadzić wojnę na wyniszczenie, licząc na to, że sama dysponuje większymi rezerwami ludzkimi i zasobami materiałowymi, chce doprowadzić do maksymalnego wycieńczenia Ukrainy bądź załamania się frontu, lub zgody na niekorzystne dla Kijowa negocjacje”.
– Do tej pory ta strategia nie przyniosła pożądanego efektu pomimo ciężkich strat po obu stronach. Front jest w miarę stabilny, ostatnio zaś Ukraińcy podjęli próbę miejscowych kontrataków na południu. Trudno jednak prognozować dalszy rozwój sytuacji na froncie, ponieważ nie mamy dokładnych danych na temat sytuacji obu stron. Bez tych danych jakiekolwiek prognozy są bardzo trudne
– powiedział „GPC” europoseł PiS.
Końca wojny jeszcze nie widać
Walcząc o drugą kadencję, prezydent USA Donald Trump obiecywał, że szybko doprowadzi do zawieszenia broni i podpisania traktatu pokojowego. To okazało się jednak dużo trudniejsze, niż się spodziewał, czego sam nie ukrywa. Ukraińcy od początku przestrzegali, że Rosjanie tylko udają, że chcą negocjować, a w rzeczywistości grają na czas. Przebieg dotychczasowych negocjacji potwierdza, że mieli rację – kremlowski reżim nie tylko stawia nierealistyczne warunki, ale też nie poszedł na razie na najmniejszy nawet kompromis.
Wbrew narracji kremlowskiej propagandy ta wojna miała jednak także negatywny wpływ na Rosję. Sankcje nie były tak niszczące, jak obiecywano, a rosyjska wojenna gospodarka jeszcze nie upadła, ale eksperci są zgodni, że nie jest z nią dobrze. Rosję w dużym stopniu ratuje jej sojusz z Chinami, ale ten mniej przypomina partnerstwo, a bardziej kolonizację ekonomiczną. Mimo gigantycznej liczby ofiar i pogarszających się warunków życia niezależne sondaże pokazują jednak, że większość zwykłych Rosjan nadal popiera tę agresję.
Doktor Matkowski wskazuje, że rosyjskie wojsko, pomimo dużych strat, staje się coraz silniejsze. Żołnierze rosyjscy zdobyli duże doświadczenie bojowe, przyczyniając się do zwiększenia skuteczności. Jeszcze kilka lat temu nikt nie mówił poważnie o tym, że Rosjanie są w stanie zaatakować kraje NATO. Obecnie taki scenariusz, który może zostać zrealizowany w ciągu najbliższych dwóch, trzech lat, przedstawiany jest przez wielu ekspertów jako realne zagrożenie. Zdaniem Matkowskiego pozytywną wiadomością jest to, że Rosja nie osiągnęła celu, którym było unicestwienie państwa ukraińskiego.
„Nie udało się Rosjanom skłócenie Zachodu, który zapewnia pomoc walczącej Ukrainie” – ocenił ekspert.
– W rozmowie z ukraińskimi politykami dominuje przekonanie, że do jakiejś formy zawieszenia broni lub zamrożenia konfliktu w roku 2026 zapewne dojdzie. Jaką formę przybierze to zamrożenie – tego oczywiście nikt precyzyjnie nie mówi. Takie przekonanie pokazuje rosnące zmęczenie konfliktem – powiedział „GPC” Dworczyk, były wiceszef MON. Z kolei dr Matkowski uważa, że nic nie zapowiada, żeby konflikt mógł zostać zakończony jeszcze w tym roku.