Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

MAK: polski raport powtarza nasze uwagi

- Nie zobaczyliśmy nic nowego w raporcie polskiej komisji w stosunku do naszego.

Autor:

- Nie zobaczyliśmy nic nowego w raporcie polskiej komisji w stosunku do naszego. Strona polska praktyczne powtórzyła nasze uwagi techniczne - powiedział przewodniczący Komisji Technicznej MAK Aleksiej Morozow na rosyjskiej konferencji prasowej, poświęconej raportowi Jerzego Millera ws. katastrofy smoleńskiej. 

Zarazem MAK podtrzymał ustalenia swego raportu, że po stronie rosyjskiej także były uchybienia, ale żadne z nich nie stanowiło bezpośredniej przyczyny katastrofy smoleńskiej. Przyznano, że dane o kursie i ścieżce przekazywane załodze przez kontrolerów nie były ścisłe, jednak według MAK odchylenia mieściły się w normach. Według MAK także informacja, że kontroler na wieży utwierdzał załogę, że leci prawidłowo, nie znalazła potwierdzenia w faktach.

Polski raport Komitet uznaje za "wewnętrzny dokument" strony polskiej, a raport MAK - jak podkreślano na konferencji prasowej - jest jedynym prawnym dokumentem z badania katastrofy, bo to MAK działał na podstawie 13 załącznika Konwencji Chicagowskiej, a Polska wyraziła na to zgodę.

Co do głównej przyczyny katastrofy - zejścia poniżej minimalnej wysokości oraz niepodjęcia na czas przez załogę decyzji o odejściu - oba raporty są zgodne - zauważył Morozow. Jego zdaniem, strona polska "nie potrafi albo nie chce" przyznać, że lot do Smoleńska według rosyjskich reguł miał status lotu "międzynarodowego nieregularnego", co w kontekście tej sprawy oznacza, że nie było możliwości zamknięcia lotniska 10 kwietnia, zaś samo lotnisko Smoleńsk Siewiernyj było "otwarte i działające", a nie "czasowe otwarte" - jak podawał polski raport.

Morozow poinformował też, że MAK nie przesłał raportu z badania katastrofy smoleńskiej międzynarodowej organizacji lotnictwa cywilnego ICAO, bo - według MAK - polski samolot i lot do Smoleńska nie miały charakteru lotu cywilnego, co nakładałoby taki obowiązek.

Rosyjscy eksperci uznali też, że nie ma "obiektywnego dowodu", by załoga wcisnęła przycisk "uchod", który powoduje włączenie automatu ciągu i automatyczne odejście samolotu na drugi krąg, bo rejestratory samolotu tego nie zapisują. Za taki dowód polska komisja uznaje przeprowadzone na polskim TU-154M nr boczny 102 eksperymentalne odejście automatyczne. Dla MAK - jak mówił Morozow - to tylko hipoteza, a nie twardy dowód.

Jak powiedział Morozow, obecność na wieży w Smoleńsku zastępcy dowódcy bazy - płk. Nikołaja Krasnokutskiego - była obowiązkowa, a analiza jego rozmów nie wykazała, by wywierał jakąś presję na kontrolerów. Odpowiadając na pytanie, kim był "generał", z którym kontaktował się płk Nikołaj Krasnokutski, Morozow oświadczył, że był to przełożony pułkownika, któremu miał on obowiązek składać meldunki o sytuacji. Podtrzymał, że z opinii psychologicznej nie wynika, by była to jakakolwiek presja na kontrolerów ze Smoleńska.

Podczas konferencji w Moskwie potwierdzono, że nie ma żadnego zapisu tego, co było na ekranach sprzętu radiolokacyjnego na wieży w Smoleńsku. Według MAK, na kasecie wideo, która obecnie jest w dyspozycji rosyjskiej prokuratury prowadzącej śledztwo ws. katastrofy smoleńskiej, nic się nie nagrało.

Morozow dodał, że nie wie, skąd się wziął wniosek strony polskiej, że sprzęt na lotnisku działał nieprawidłowo. Wady lotniska przedstawione w polskim raporcie były opisane w raporcie MAK - dodał Morozow. Wyjaśnił, że strona polska nie uczestniczyła 15 kwietnia 2010 r. w tzw. oblocie lotniska, bo dokonywał go rosyjski samolot wojskowy - dlatego polscy eksperci nie mogli być do niego dopuszczeni. 

Najbliższy numer „Gazety Polskiej” będzie poświęcony sprawie Smoleńska.

Autor:

Źródło:

NAJNOWSZE Świat