W Galerii Palowej Ratusza Głównego Miasta w Gdańsku eksponowana jest wystawa „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy”. Już sam jej tytuł sugeruje, że wcieleni do Wehrmachtu i walczący po stronie Hitlera w czasie II wojny światowej to rzekomi „nasi”.
Takie określenie wobec masy wcielonej w szeregi hitlerowskiej machiny śmierci szokuje. Owszem, każdy z nich to syn, brat, mąż i ojciec, każda z tych historii jest inna. Oczywiście poszczególne opowieści wciągniętych do Wehrmachtu mieszkańców Pomorza Gdańskiego zasługują na zbadanie i opisanie. Są zapewne intrygujące, jak choćby potencjalne zestawienie kontrastujących ze sobą postaw, na przykład dezercji, by wstąpić do polskiego podziemia versus „przyjęcia z dobrodziejstwem” niemieckiego munduru i posłuszne wykonywanie rozkazów, zdrada polskiej sprawy. Podobnie interesujące wydają się badania nad skalą represji, jakie groziły Polakom i ich rodzinom za odmowę czy dezercję z Wehrmachtu. Wszystko poznawczo ciekawe. Ale jacy oni w swej zbiorowości „nasi z Wehrmachtu”?
Dziadek Tuska na wystawie
Poza skandalicznymi „naszymi chłopcami” w tytule wystawy można tam m.in. znaleźć wyeksponowane tezy mówiące o tym, że nie brakowało ludzi cieszących się z nowych okoliczności, jakie dawała rekrutacja w szeregi okupanta. Takie przedstawienie akcentów jest nie tylko oburzające, ale też szalenie groźne, ponieważ relatywizuje postawy przyjmowane wobec Niemców i wyolbrzymia skalę zjawiska. Kto wie – może trwale wprowadzając nieprawdziwy obraz „Polaka z Wehrmachtu” do coraz bardziej zakłamanej debaty o II wojnie światowej? W Niemczech na pewno są z tego zadowoleni.
Nie bez znaczenia jest także fakt, że jednym z ważniejszych elementów wystawy jest próba „rozmydlenia” w masie różnorakich przypadków dziadka Donalda Tuska – Józefa, słynnego „dziadka z Wehrmachtu”. Przodkowi premiera i awanturze z 2005 roku poświęcona jest część ekspozycji. Wszystko ułożone tak, by opuszczający odchodził będąc myślami przy rzekomo niesprawiedliwym ataku na Tuska i z jednoczesnym wrażeniem, że „takie były czasy”, a w najgorszym razie, że „to wszystko skomplikowane” (niektórzy uznają to wręcz za pretekst wystawy).
Ta oburzająca sprawa to jednak zaledwie tylko element tego, w jaki sposób na szczeblu lokalnym, tam, gdzie rządzą liberałowie, prowadzona jest polityka, w tym ta historyczna. Nie jest tajemnicą, że zarządzany Gdańsk od wielu lat co najmniej dziwnie podchodzi do swego „niemieckiego dziedzictwa”. Ma to wyraz choćby w odwoływaniu się do okresu „Wolnego Miasta Gdańska” („Freie Stadt Danzig”). Ale sama ta formuła – „Wolne miasto” – przez całe lata służyła do podkreślania rzekomej odrębności i wyższości wybierającego liberałów Gdańska nad (polskim) pisowskim ciemnogrodem. „Gdańsk nie jest antypolski, jak sugerują ostatnio prawicowi publicyści. Gdańsk jest antypisowski. I wyrasta na stolicę polskiej opozycji” – pisała przed laty w oko.press Anna Mierzyńska (była polityk PO, obecnie „analityczka sieci”). Tyle że to nie tylko Gdańsk, bo za „stolicę antypisowskości” uważa się chyba każde z największych miast w Polsce. Oprócz Gdańska – Warszawa, Poznań, Wrocław i wreszcie Kraków. Wszędzie tam prawica od dawna przegrywa wybory samorządowe i nie widać na razie szans na zmianę tego stanu rzeczy (Zjednoczona Prawica robi niewiele, by to zmienić).
Niemcy tu byli i mają być
Gorzej, że władza liberałów wiąże się nie tylko z inną filozofią rządzenia, choćby w kwestiach środowiska czy zarządzania transportem miejskim. Gdyby tylko o to chodziło, można by uznać, że tak zdecydowali wyborcy. Tymczasem miasta zarządzane przez przedstawicieli koalicji 13 grudnia lub ich ideowych odpowiedników coraz częściej przypominają laboratoria nie tylko lewicowej ideologii, ale także miejsca, w których prowadzi się politykę idącą na przekór polskiej racji stanu.
Dla przykładu poza opisywanym Gdańskiem i „naszymi z Wehrmachtu” tylko w ostatnich dniach po raz kolejny na pierwsze strony trafił Wrocław.
Wszystko za sprawą skandalu, gdy na ścianach głównej auli na Uniwersytecie Wrocławskim zastąpiono Orła Białego portretem współodpowiadającego za I rozbiór Polski Fryderyka II, króla Prus (co ciekawe, portret podobno nie wisiał tam w oryginale). Jednocześnie, jak czytamy w serwisie niezalezna.pl, na wrocławski Most Grunwaldzki wraca herb Hohenzollernów, a przedstawiciele miasta wprost mówią, że nie zamierzają odwoływać się w swojej polityce jedynie do krótkiego okresu, gdy Wrocław jest (lub był) Polski. Cóż to znaczy, można sobie wyobrazić.
Symptomatyczna jest przy tym reakcja mediów III RP. Gdy podniosły się głosy oburzenia na te pomysły, we wrocławskiej „Gazecie Wyborczej” można było przeczytać, że ci, którym się nie podoba to, co wyprawiane jest we Wrocławiu, zapewne „wstydzą się wielonarodowej i wielokulturowej historii tego miasta, bo są ksenofobami i nacjonalistami, bliżej im do Wschodu niż do Zachodu” – proste, prawda? „Tu jest Wrocław. Tak, europejskie miasto, (...) mające ponad tysiąc lat, a nie osiemdziesiąt” – ogłasza z łamów „GW” Beata Maciejewska. Kto wie, może w związku z tym należałoby we Wrocławiu ustanowić polsko-czesko-niemiecko-austriacki zarząd komisaryczny. Trudno nie odnieść wrażenia, że takie rozwiązanie znalazłoby zwolenników nie tylko w redakcji „Wyborczej”, ale także wśród innych „europejczyków”, tak pogardliwie wyrażających się o „polskości” Wrocławia, jakby sami mieli z nią wielki problem.
Trochę inaczej ma się sprawa w Krakowie, gdzie odwoływanie się do czasów „cesarsko-królewskich” i „naszego Cesarza Franciszka Józefa” po swoim szczycie popularności w latach 90. i idącym za tym dziwacznym snobizmem oraz komercjalizacją pamięci o zaborze austriackim, zeszło na margines. I tu jednak nie brak charakterystycznego dla „wielkich miast” poczucia „europejskości” i transgranicznych więzi z „ideami europejskimi”, które często nie oznaczają nic innego ponad małpowanie dziwacznych pomysłów. Podobnie jest zresztą w Poznaniu i Warszawie. Wszędzie nie brak ideologicznych cyrków, w typie organizowanych przez miasto szkoleń z inkluzywności, po ostentacyjne adorowanie ideologii LGBT czy angażowanie miejskiej kasy w historie takie jak Campus Polska Przyszłości Rafała Trzaskowskiego. Na ten z zarządzanych przez koalicję 13 grudnia samorządów popłynęły setki tysięcy złotych. Gdańska wystawa jest tylko smutnym odpryskiem takiej agendy.
To nie tylko wizja miasta, to wizja świata
A może rzeczywiście większość mieszkańców tych miast to skrajnie liberalni wyborcy, którzy akceptują taką politykę i są gotowi w zamian za realizowanie tej agendy znosić domknięcie lokalnych układów i wszelkie samorządowe patologie? Może taka wizja rządów im pasuje? Może istotnie widzą siebie bardziej jako część wyobrażonej (i nieistniejącej) ponadnarodowej wspólnoty, gdzie mieszkańcom Wrocławia czy Gdańska jest rzekomo bliżej do Berlina i Paryża niż do Kłocka i Łomży? Byłoby to smutne, ale nie jest, niestety, niemożliwe. I jest bardzo szkodliwe dla Polski.
Gorzej, że piewcy „samorządności” wiedząc o tym, chcą iść dalej, czemu służą pojawiające się co rusz pomysły, jak reforma Senatu, który w wizji autorów miałby być izbą złożoną z przedstawicieli samorządów. W praktyce oznaczałoby to nic innego jak wprowadzenie na stałe blokującego organu złożonego z lewicowo-liberalnych polityków.
Innym pomysłem jest „przekazywanie środków unijnych bezpośrednio do samorządów, z pominięciem centrali w Warszawie i poszczególnych ministerstw”. Taką propozycję wysuwano wielokrotnie, szczególnie zaś w momencie, gdy Komisja Europejska bezprawnie blokowała wypłatę Polsce pieniędzy z KPO. Wszystko to rozpruwałoby Polskę w szwach.
Ale taka sytuacja jest możliwa również dzięki dziesiątkom lat formowania się układów lokalnych, możliwych dzięki wielokrotnym kadencjom poszczególnych włodarzy miast, by wymienić choćby byłego prezydenta Sopotu, Jacka Karnowskiego, rządzącego miastem od 1998 do 2023 roku, czy Jacka Jaśkowiaka, prezydenta Poznania od 2014 roku. Aby walczyć w patologiami w samorządach, w 2018 roku uchwalono ustawę, wprowadzającą dwukadencyjność wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Teraz cofnięcia tego przepisu domaga się PSL. Pozostaje mieć nadzieję, że jeśli ta propozycja przejdzie przez parlament, to nie zyska przychylności prezydenta Karola Nawrockiego, podobnie jak inne osłabiające Polskę „reformy samorządu”. Co jak co, ale realia „małej Sycylii” – jak mówi się przecież o Gdańsku – zna on bardzo dobrze.
W najnowszym tygodniku #GazetaPolska:
— Gazeta Polska - w każdą środę (@GPtygodnik) July 22, 2025
Temat numeru: Gangi gwałcicieli terroryzują Zachód. Skala przestępczości jest potężna.
Więcej:
» Sikorski i atak na Kościół
» Zadanie dla CBA
» Diabelska polityka Tuska
» ...
Czytaj w tygodniku oraz na https://t.co/OnIeddgtlv pic.twitter.com/qLw6rYzyi8