Prokuratura musi natychmiast oddać sędziemu Jakubowi Iwańcowi telefon bez zapoznawania się z jego treścią. Sąd Rejonowy w Krasnymstawie podkreślił, że "oświadczenie obrońcy, że dokument zawiera wiadomości objęte tajemnicą obrończą, jest bezwzględnie wiążące dla organu procesowego".
Decyzję sądu komentował na antenie TV Republika mec. Skwarzyński.
- To jest przejaw tego, że władza wykonawcza stosuje przemoc. Telefon sędziego Iwańca został mu przemocą wyjęty z kieszeni. Władza rękoma policjantów bezprawnie przeszukiwała sędziego. My czekamy na rozstrzygnięcie jeszcze w tym przedmiocie. Celem przeszukania był jego telefon, by w sposób nielegalny zapoznać się z jego treścią. Dziś sąd to potwierdził, że każda próba dostania się wewnątrz telefonu sędziego Iwańca miała charakter nielegalny, że nie wolno było się z tą treścią zapoznawać. My, gdy tylko ten telefon odzyskamy, zlecimy jego odpowiednie badania i ustalimy, czy nasza władza połasiła się na taki kąsek i próbowała coś z tym telefonem zrobić
- zadeklarował adwokat.
Jego zdaniem, obrazki z Krajowej Rady Sądownictwa, gdy prokuratorzy przeszukiwali sejfy sędziego Przemysława Radzika, to ten sam obrazek, gdy policjanci "grzebali w kieszeniach sędziego".
- W cywilizowanym państwie spory o wydanie rzeczy rozstrzyga się na drodze sądowej. Oddaje się sprawę sporną do rozstrzygnięcia sędziemu, a nie bierze się prokuratora z łomem, a nie bierze się kilkunastu policjantów, którzy otaczają jednego człowieka i wyjmują mu siłowo z kieszeni telefon. Tak nie działa cywilizowane państwo. Tak działa państwo totalitarne i dzisiaj Waldemar Żurek, prokuratura i policja zderzyły się z tym bezprawnym działaniem
- ocenił Michał Skwarzyński.
- Prokurator [Grzegorz] Kryk z Zamościa, doskonale wiedział, że jest tam tajemnica, mimo to nie zwrócił tego telefonu niezwłocznie. Miał tego świadomość, bo ja mu tę informację osobiście przekazałem, przekazałem też tę informację podczas interwencji policyjnej na głośnomówiącym, tak, że to jest nagrane na kamerach policyjnych. Wszyscy to zignorowali, uważali, że skoro pan sędzia identyfikowany z Łukaszem Piebiakiem, z poprzednią ekipą rządzącą, to można łamać jego prawa człowieka, łamać oczywiste wręcz przepisy i procedury. Okazało się, że tak nie jest. (...) Naszej władzy chodziło to, by dostać ten konkretny telefon i uzyskać z niego treść. Dlaczego? Bo afera hejterska sypie się w Sądzie Najwyższym, nie ma na to żadnych dowodów i próbowano ratować tę sytuację, licząc, że coś uda się znaleźć na telefonie pana sędziego - dodał.