Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Złamane procedury i fatalny system. Ujawniamy kulisy tragedii w Puszczy Solskiej

Pilot Dromadera, który rozbił się po zmroku, prowadząc akcję gaśniczą nad Puszczą Solską, wykonywał pierwszą albo jedną z pierwszych tego typu operacji w swoim życiu. Na początku roku został zatrudniony w Mieleckich Zakładach Lotniczych, które wykonują operacje dla Lasów Państwowych. Dopiero wosną ukończył odpowiednie przeszkolenie pożarnicze. Lot ponad 30 minut po zachodzie słońca był złamaniem instrukcji operacyjnej Lasów Państwowych. To one, za zgodą firmy, wydawały pilotowi dyspozycje.

Z informacji, do których dotarliśmy, wyłania się fatalny obraz: brak samolotów, którymi dysponowałyby służby, patologiczny system dowodzenia pożarnictwa samolotowego i fatalny system łączności. Do tego dochodzą braki kadrowe i finansowe.

Spóźniony lot

Jak informował w czwartek portal Niezalezna.pl, PZL M-18 Dromader będący w dyspozycji Lasów Państwowych, rozbił się podczas gaszenia pożaru lubelskiej puszczy. Nie powinien brać udziału w akcji po zmroku. Maszyna runęła wraz z pilotem na ziemię o godz. 20.41, czyli 45 min, po zachodzie słońca, tuż po zmroku.  

Jak stwierdzono w mediach, za sterami maszyny siedział niezwykle doświadczony pilot. Był kapitanem LOT.  „Po przejściu na emeryturę zajął się lotnictwem cywilnym. Trudno o bardziej wykwalifikowaną osobę” – twierdził w rozmowie z mediami Grzegorz Walczak, dyrektor operacyjny Mieleckich Zakładów Lotniczych. 

Zapomniał wspomnieć o jednym. Według informacji Niezależna.pl, pilot Dromadera pracował w spółce od niedawna, od początku roku. Dopiero co skończył w Mielcu przeszkolenie na typ M18 Dromader oraz odbył szkolenie do wykonywanie lotów przeciwpożarowych.

To jego jedna z pierwszych akcji gaśniczych w których brał udział. Moim zdaniem pierwsza. Miał pecha, że miał dyżur w Warszawie i podjął się akcji. Był doświadczonym pilotem, ale nie na tych maszynach, a są wyjątkowo specyficzne

 – twierdzą nasi informatorzy.

Polecenia od Lasów Państwowych. Lublin bez samolotów

Jakim cudem został tak późno wysłany? Przez kogo? Pilotowany przez niego samolot PZL M18 Dromader o znakach SP-ZUT wystartował z Warszawy w okolicach godz. 19.00, by gasić płonące lasy w okolicach miejscowości Osuchy (woj. lubelskie). Na miejsce dotarł po zachodzie słońca. 

Kilkanaście samolotów typu Dromader, należących do państwowych Mieleckich Zakładów Lotniczych, na zasadzie precyzyjnej, długoterminowej umowy są w pełnej dyspozycji Lasów Państwowych, w tym konkretnym przypadku Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Warszawie. 

Pilot wysłany na misję otrzymuje dyspozycję od Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych, kiedy i gdzie ma lecieć, łącznie z koordynatami. W tym przypadku chodziło o warszawską delegaturę.

Gdy misja przekracza obszar objętym umową z konkretną Regionalną Dyrekcją Lasów Państwowych, a tak było w tym wypadku, ponieważ pilot został skierowany ze stolicy na teren podlegający centrali w Lublinie, pełną informację otrzymuje dyrekcja operacyjna Mieleckich Zakładów Lotniczych. 

Prawdopodobnie pierwotnie zapadła jedynie decyzja o przebazowaniu samolotu na lotnisko w pobliżu strefy pożarów, aby pilot podjął akcję z rana. Jednak w ostatniej chwili zdecydowano, że może jeszcze „po drodze” dokonać zrzutu wody, aby zapoznać się z miejscem operacji.  

Dlaczego Lublin „na gwałt” poprosił o wsparcie w gaszeniu pożarów na swoim terenie ośrodki w Warszawie, Łodzi i Radomiu? Bo od dwóch lat Regionalna Dyrekcja z tego miasta nie zakontraktowała żadnego samolotu gaśniczego. Na całym, gęsto zalesionym obszarze Lubelszczyzny postanowiono wdrożyć oszczędności. 

Praktyka i procedury

Pilot, który zginał, wezwany późnym wieczorem przez warszawskie Lasy Państwowe do lotu, podjął się misji. Zdarza się, że piloci odmawiają. Jeżeli uznają, że nie są wstanie wykonać operacji. Pilot następnie układa plan lotu. W tym wypadku – jak nas poinformowała mielecka spółka  - wyglądał on tak, że samolot miał lecieć nad pożar, zrzucić wodę i wylądować w lotnisku w Turbi koło Stalowej Woli lub w Mielcu. 

Tu pojawia się problem. Stalowa Wola nie była tego dnia przygotowana technicznie na przyjęcie tego samolotu po zmroku. Mielec - tak. Jednak to lotnisko nie było poinformowane o planie lotu Dromadera w tym dniu. Lotnisko dostało późnym wieczorem ustną informację od przedstawicieli spółki, że jednostka może wylądować po zmroku, 

Pilot wyleciał – jeszcze zgodnie z procedurą, która jest opisana m.in. w przetargu Mieleckich Zakładów Lotniczych z Lasami Państwowymi – przed zachodem słońca. Jednak 30 minut po zachodzie słońca nie może wykonywać operacji gaśniczej. Następuje koniec dyżuru. Wynika to wprost z instrukcji operacyjnej Lasów Państwowych. 

TVN 24 po naszej pierwszej publikacji zaczął udowadniać, że Dromadery są dopuszczone do "dziennych i nocnych operacji w warunkach VFR", czyli z określoną widocznością – 5 km i na ustalonej wysokości. Tego typu późny lot gaśniczy, jak we wtorek nad Puszczą Solską  jest ewenementem, który się nie zdarzył do tej pory.  Nieprzypadkowo. 

Zapytaliśmy o to wieloletniego pilota Dromaderów, który ma za sobą lata akcji gaśniczych na tych maszynach.

W dokumentach samolot ma wpisane latanie w dzień i nocy w warunkach z określoną widocznością. Ale zapis w certyfikacie typu ( w kontekście lotów VFR- red. ) nijak ma się do realiów użytkowania. Nigdy historycznie ten samolot nie był wykorzystywany w nocy. Nikt nim nie wysłał nikogo do gaszenia pożarów o tej porze. To jest samobójstwo. W Dromaderze jest bardzo podstawowe wyposażenia z podstawowymi przyrządami pilotażowymi i silnikowymi

 – stwierdził. 

Piloci gaśniczych Dromaderów mają w powietrzu tylko dwa osobne rodzaje komunikacji – radiostację lotniczą i Lasów Państwowych. Bezpośrednia łączność ze Strażą Pożarną? Zapomnijcie. To wielka wada utrudniająca działania, ponieważ na przykład w Niemczech na jednej częstotliwości rozmawiają ze sobą: pilot, straż pożarna, służby leśne itp. 

W Mieleckich Zakładach Lotniczych w ostatnich dwóch latach miała miejsce olbrzymia fluktuacja personelu, także jeżeli chodzi o pilotów. Duża część skarży się na pieniądze, jakie otrzymują za wykonane zadania. Pojawiły się także zgłoszenia do Państwowej Inspekcji pracy o łamaniu standardów, jeżeli chodzi o czas pracy pilotów i ich dyżury. Pojawiły się kontrole. Powstał raport PIP na ten temat. Część spraw jest w Sądzie Pracy. Toczy się także spór byłych pilotów współpracujących z firmą o zwrot kosztów szkolenia Dromaderach w związku z podpisanymi przez nich umowami lojalnościowymi.  

Źródło: Niezależna.pl