Do uprowadzenia doszło 7 marca ub. roku na jednym z białostockich osiedli. Jak podawała policja, dwaj sprawcy wepchnęli 26-latkę i jej córkę Amelię do samochodu i odjechali. Kilkaset metrów dalej porzucili ciemnoniebieskiego citroena, którym uciekali, i przesiedli się do kolejnego auta.
Jeszcze tego samego dnia po południu, w związku z zaginięciem dziecka, został ogłoszony tzw. Child Alert, opublikowany był też wizerunek matki dziecka, a dzień później zdjęcia męża porwanej kobiety - ojca dziecka. Akcja poszukiwawcza trwała ponad dobę. 8 marca po południu między porywaczami doszło do kłótni w samochodzie, a uprowadzona kobieta wraz z dzieckiem opuściły pojazd. W okolicach Ostrołęki (Mazowieckie) zabrał ją z drogi przypadkowy kierowca, który przekazał obie w ręce policji.
Prokuratura postawiła Cezaremu R. dwa zarzuty: bezprawnego pozbawienia wolności żony i córki oraz uzyskanie - bez uprawnień - dostępu do informacji dla niego nieprzeznaczonej, poprzez posługiwanie się specjalistycznym urządzeniem. Chodzi o zamontowanie w samochodzie żony (bez jej wiedzy i zgody) nadajnika GPS, pozwalającego na lokalizację położenia auta.
Kobieta ma status oskarżycielki posiłkowej, w sierpniu rozpoczęły się jej przesłuchania przed sądem w obecności psychologa. W piątek odpowiadała na pytania obrońców męża (mimo trwającej od dłuższego czasu sprawy rozwodowej, formalnie nadal są małżeństwem). Dotyczyły one m.in. sytuacji, w których zostawała w samochodzie sama, gdy obaj mężczyźni wysiadali, adwokaci dopytywali np., czy nie próbowała wysiąść.
26-latka mówiła, że w momencie zabrania jej siłą do samochodu była przerażona, bała się o dziecko i choć rozpoznała męża nie wiedziała, o co chodzi. Później sama nie mogła wysiąść, bo drzwi i okna były blokowane, nie mogła ich otworzyć. Podobnie jak w sierpniu, również podczas piątkowej rozprawy na sali obecna była psycholog; swoją opinię ma przygotować na piśmie.
Po zakończeniu tych czynności, sąd rozpoczął przesłuchania świadków. W pierwszej kolejności byli to bliscy 26-latki. Babcia, która była świadkiem uprowadzenia (doszło do niego przed jej blokiem, stała wtedy w oknie czekając na wnuczkę i prawnuczkę) z powodów zdrowotnych nie stawiła się w sądzie; ma być przesłuchana na kolejnej rozprawie.
Matka dziewczyny mówiła m.in. o czasie tuż po tym, jak dowiedziała się o uprowadzeniu - to ona formalnie złożyła na komisariacie zawiadomienie o przestępstwie. "Pierwsza moja myśl była taka, że maczał w tym palce zięć, który już wcześniej nas nękał, nachodził" - powiedziała. Mówiła, że dzwoniła wtedy zarówno do niego, córki jak i rodziny zięcia (jego matki i siostry), ale nie mogła z nikim się skontaktować. Zeznała też, że wieczorem jej mąż odebrał telefon od siostry oskarżonego, która miała wtedy powiedzieć, że "dziewczyny mają się dobrze i że jadą do domu".
- Kiedy w szale i nerwach krzyczeliśmy "do jakiego domu", rozłączyła się - dodała. Jej córka zeznała wcześniej, że mąż - mówiąc o domu - miał na myśli Niemcy, gdzie małżonkowie wcześniej mieszkali. Świadek mówiła też o bardzo złym stanie psychicznym córki i wnuczki już po ich powrocie do domu. 26-latka podjęła wtedy terapię psychologiczną. - Widać było ogromną traumę - mówiła jej matka. O 4-letniej obecnie wnuczce powiedziała, że jej przeżycia do dziś skutkują tym, że boi się ciemności i śpi przy zapalonej lampce.
Sąd odroczył sprawę do pierwszej połowy grudnia, ma wtedy kontynuować przesłuchania świadków.
Proces zaczął się w czerwcu i odbywa się bez udziału oskarżonego, na stałe przebywającego w Niemczech. Mężczyzna do zarzutów nie przyznaje się; w postępowaniu przygotowawczym wyjaśniał, że chciałby, by córka wróciła do domu "z racji tego, że w 2017 roku została uprowadzona do Polski z Niemiec", gdzie małżonkowie czasowo mieszkali. Twierdził, że został "odcięty" od kontaktów z córką, obwiniał o to żonę i jej rodzinę. Dlatego, jak wyjaśniał wtedy, podjął decyzję, by "na własną rękę" zabrać dziecko do siebie.
Twierdził też wtedy, że nie było krzyków, szarpaniny, np. przy przesiadaniu się do drugiego auta. Według jego słów, po pewnym czasie żona zaczęła z nim w samochodzie "normalnie" rozmawiać, a rozmowy dotyczyły sytuacji ich córki. "Nic się nikomu nie stało, Amelia nie przeżywała tego, jako nie wiadomo jakiej traumy. Wręcz była zadowolona, że mogła się ze mną spotkać, porozmawiać, przytulić, pocałować" - mówił wtedy Cezary R. o zachowaniu córki. Podkreślał też, że nie miał zamiaru skrzywdzić ani jej, ani żony.
Pod koniec ubiegłego roku karze bez przeprowadzania rozprawy poddał się mężczyzna, który mu pomagał.