Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

"Niedasizm" niebezpieczny w groźnych czasach. Dziś Tusk mógłby wziąć przykład z Berlina

Niemcy dmuchają na zimne i przygotowują swoją ochronę zdrowia na czas wojny. W tym samym czasie rządzona przez liberalno-postkomunistyczną władzę Polska psuje i tak kiepski system. I to pomimo ostrzeżeń ekspertów, którzy jasno wskazują, że wraz z narastaniem kinetycznych zagrożeń ochrona zdrowia będzie nieodzownym elementem zachowania spójności społecznej i obrony militarnej.

Analizy eksperckie, choć chłodniejsze od krzykliwych gazetowych nagłówków, jasno pokazują, że wschodnia rubież NATO/Europy sielankowy czas pokoju ma już za sobą. Nawet jeśli nie dojdzie w krótko- lub średnioterminowym czasie do wybuchu pełnoskalowej wojny, to ewidentnie wracają czasy nowej zimnej wojny. W takim świecie powinny pierzchnąć wszelkie mrzonki dotyczące taniego państwa minimum, niewidzialnej ręki rynku, samoregulujących, wolnorynkowych mechanizmów. Na naszych oczach rynkowe mechanizmy podporządkowywane są interesom geopolitycznym i geoekonomicznym. Dla doktrynerskich neoliberałów będzie to równało się powrotowi socjalizmu. Prawda jest jednak bardziej skomplikowana – mechanizmy rynkowe wciąż decydują o licznych elementach globalnej ekonomii, lecz gospodarki narodowe coraz mocniej przestawiają się w tryby politycznych priorytetów państwowego kapitalizmu. I to niezależnie od tego, czy mówimy o USA, Chinach, Rosji, Japonii, Niemczech lub Francji. W niemal każdym liczącym się na świecie kraju ustrój społeczno-gospodarczy stopniowo ewoluuje w stronę rynkowego etatyzmu. Nie jest to sprzeczność sama w sobie, lecz nowy, specyficzny rodzaj partnerstwa między państwem a kapitałem, w którym sektor prywatny musi zintensyfikować działania na rzecz wymuszonej przez okoliczności obronności lub świadomie podsycanego agresywnego militaryzmu. 

Po dobrej stronie nowej żelaznej kurtyny

W Polsce debata o obronności toczy się przede wszystkim w kontekście rozbudowy potencjału wojskowego. Eksperci mówią o modernizacji armii defiladowej w armię czasów wojny. Dla naszej opinii publicznej, po upadku Sowietów przyzwyczajonej do ułudy wiecznego pokoju, to sygnał, że „zaraz się zacznie”. Tak naprawdę jednak zaczęłoby się i skończyło źle dla nas wszystkich, gdyby Wojsko Polskie przechodziło odwrotną metamorfozę. Nigdy nie można zapominać, że przed 2015 rokiem największą ambicją cywilnych nadzorców naszych sił zbrojnych był stopniowy demontaż oddziałów na wschodzie kraju. Stopniowa odbudowa polskiego potencjału odstraszania, podjęta za rządów Zjednoczonej Prawicy, nie równa się konieczności wybuchu wojny. Ma nam pomóc pozostać po dobrej stronie nowej żelaznej kurtyny, gdyby doszło do kolejnych geopolitycznych tąpnięć.

Rzecz w tym, że nasza obronność nie kończy się na militarnym zabezpieczeniu wschodniej flanki NATO, nasyceniu jej odpowiednią ilością wojsk dostosowanych do dynamicznie zmieniającego się współczesnego pola walki. Jednym z największych wyzwań – teraz, nie w przyszłości – jest odbudowa i rozbudowa cywilnego i wojskowego zaplecza medycznego, czyli struktur zdolnych sobie radzić w najróżniejszych sytuacjach. I nie chodzi o zero-jedynkową logikę pokoju i wojny, która właściwie już się nie sprawdza jako sposób opisu naszej rzeczywistości. Chodzi raczej o pewnego rodzaju skalę, szerokie spektrum możliwych zagrożeń, którym trzeba sprostać. Między 0 oznaczającym bezwzględny pokój a 10 oznaczającym najkrwawszą wojnę jest mnóstwo stanów pośrednich, które na różne sposoby mogą zagrażać bezpieczeństwu psychicznemu i fizycznemu cywilów i wojskowych. Czy polska ochrona zdrowia jest do tego przygotowywana? Czy widzimy raczej jej przyspieszony demontaż, wymuszony krótkowzroczną polityką rządu Donalda Tuska, desperacko szukającego oszczędności?

Niemcy reformują ochronę zdrowia

Kilkanaście dni temu renomowana agencja medialna Bloomberg opublikowała duży tekst poświęcony przebudowie niemieckiej ochrony zdrowia pod kątem zagrożenia aktami terrorystycznymi, atakami z użyciem dronów i wybuchem pełnowymiarowej wojny. Materiał przygotowano na podstawie raportu Bundeswehry. W polskich środkach przekazu nie zabrakło informacji na ten temat, zwyczajowo podanych w mocno alarmistyczny sposób.

Klikbajtowy przekaz miał pobudzić zainteresowanie znerwicowanego odbiorcy. Jak zwykle jednak zabrakło najważniejszego pytania, skierowanego wprost do rządzących: czy zdajecie sobie sprawę z niemieckiej strategii reformy publicznej ochrony zdrowia? I dlaczego postępujecie zupełnie inaczej?

Co robią dziś Niemcy? Przede wszystkim – planują rozbudowę sieci szpitali wojskowych. Dzisiaj na terenie całej republiki federalnej znajduje się kilka takich jednostek, ulokowanych w Berlinie, Hamburgu, Koblencji, Ulm i Westerstede. Z raportu przygotowanego przez niemieckie siły zbrojne wynika, że w razie wybuchu konfliktu zbrojnego „pięć szpitali wojskowych w kraju szybko się przepełni, a ponieważ w czasie wojny szpitale cywilne mają obowiązek udzielać pomocy, system opieki zdrowotnej stanie w obliczu bezprecedensowego obciążenia”. Zbrojny konflikt między Rosją a NATO oznacza, że potrzebne będą łóżka chirurgiczne, oddziały intensywnej terapii, sale do opatrywania ran wybuchowych, oparzeń i amputacji. Niemcy nie czekają na najgorsze: przygotowują także cywilnych lekarzy do realiów medycyny pola walki – na przykład chirurdzy przechodzą szkolenia z zakresu leczenia urazów wojennych. To wspólny projekt Bundeswehry i Niemieckiego Towarzystwa Traumatologicznego. Bardzo ważna jest również infrastruktura technologiczna i instytucjonalna. Federalny resort zdrowia pracuje nad lepszą kooperacją struktur cywilnych i wojskowych, zabezpieczeniem dostaw leków i innych środków medycznych oraz nowymi, kryzysowymi procedurami.  

Symbolem przygotowań technologicznych jest renowacja zaniedbanych i opuszczonych placówek z czasów wojny. Mowa choćby o podziemnym gmachu szpitalnym w Ulm (dawne Niemcy Zachodnie), zbudowanym w 1979 roku na wypadek sowieckiego ataku nuklearnego, zdolnym pomieścić 2 tys. osób.

Placówka z czasów zimnej wojny to nie tylko sale operacyjne, lecz także śluzy dekontaminacyjne, agregaty prądotwórcze, odpowiednie zbiorniki na zapasy wody. Renowacja budynku pochłonie miliardy euro, jeśli dojdzie do skutku. Na tym nie koniec. Bundeswehra zamówiła w Rheinmetall 149 mobilnych stacji medycznych, zdolnych zapewnić pomoc medyczną bliżej pola walki i zagwarantować szybkie przemieszczanie w sytuacji zagrożenia i konieczności udzielenia pomocy. To jednostki kontenerowe, umieszczane na ciężarówkach, z narzędziami diagnostycznymi i chirurgicznymi. Większe jednostki, czyli szpitale polowe z rozszerzonymi funkcjami (tomograf, badania laboratoryjne), będą służyć także jako mobilne oddziały do intensywnej terapii. Pięć tego typu „zbrojnych karetek pogotowia”, służących na rozproszonym polu walki, zamówiła od Niemców Dania. Z materiału Bloomberga wynika jasno, że nasi sąsiedzi zza Odry nie spodziewają się, że zostaną krajem frontowym, prognozują raczej, że przejmą rolę europejskiego szpitala wojennego krajów NATO. My zaś możemy zadać sobie jeszcze jedno pytanie: co z sytuacją, gdy władze w Berlinie przejmą jawnie prorosyjskie siły?

Czy wtedy niemiecki system rzeczywiście weźmie na siebie koszty ratowania życia żołnierzy z Europy Środkowo-Wschodniej?

A co z polską ochroną zdrowia?

To ostatnie pytanie to nie jątrzenie. To pytanie o odpowiedzialność obecnej władzy za nasz system zdrowia w sytuacji, gdyby bezpieczeństwo w regionie uległo radykalnemu załamaniu. Donald Tusk chętnie ostrzega przed rosyjskim zagrożeniem. W tym samym czasie jego ministrowie demolują publiczną ochronę zdrowia. Nikt nie otwiera nowych szpitali – stopniowo likwidowane są te, które jeszcze działają. Wojskowi lekarze w branżowych mediach apelują o opamiętanie, wołają o dużą reformę ochrony zdrowia na styku: system cywilny – siły zbrojne. Ale debata toczy się tylko w branżowych mediach, dość daleko od uszu opinii publicznej. Nikt nie dyskutuje głośno, jak przygotowywani są do służby wojskowej cywilni lekarze. Nie chcą o tym mówić organizacje zrzeszające medyków. 

Jedyny lekarz, o którym wciąż głośno, to Dawid Kacprzyk, nad którym Koalicja Obywatelska po cichu rozłożyła parasol ochronny. Ale on ma w d... nawet aferę, w której odegrał niebagatelną rolę. Co więcej, okazuje się, że limity zarobków będą obowiązywać tylko w publicznej ochronie zdrowia. To oznacza, że medycy jeszcze szybciej zaczną odpływać z publicznych placówek do jednostek prywatnych, które i tak mają kontrakty z NFZ. Czy ktoś w TVN, Polsacie lub TVP będzie miał odwagę zapytać Donalda Tuska, z czego wynikają różnice między przygotowaniami niemieckiej ochrony zdrowia do ewentualnego konfliktu zbrojnego a kompletną rozwałką polskiej ochrony zdrowia za jego rządów? Kto i gdzie będzie leczył w Polsce żołnierzy i cywilów, skoro system ochrony zdrowia jest sukcesywnie demontowany, komercjalizowany i prywatyzowany? 

Władza demontuje ochronę zdrowia

Publicystyczna przesada? Nic z tych rzeczy. Z najnowszego raportu Wojskowego Instytutu Medycznego, zatytułowanego „Bezpieczni w czasie kryzysu. Jak zadbać o zdrowie obywateli i żołnierzy, kiedy świat się chwieje?”, wynika, że mniej niż co dziesiąty polski szpital jest przygotowany do pracy w warunkach zagrożeń. W Polsce funkcjonują dziś 1193 szpitale, około 300 z nich ma znaczenie strategiczne, ale jedynie 8 proc. z nich ma pełne zaplecze do działania w warunkach zagrożeń chemicznych, biologicznych, radiacyjnych, nuklearnych. Co więcej, tylko pięć województw posiada szpitale z realnie funkcjonującym systemem dekontaminacji i izolacji epidemiologicznej. Nielepiej wygląda sytuacja personelu: polska armia ma niecałe 2 tys. żołnierzy służb medycznych, w tym poniżej 500 lekarzy z przygotowaniem do działań w warunkach kryzysu militarnego lub sanitarnego. Braki kadrowe są „szczególnie dotkliwe” w obszarach medycyny ratunkowej i chorób zakaźnych. I na tym nie koniec – w znacznej mierze jesteśmy uzależnieni od azjatyckich substancji wchodzących w skład leków. Ponad 70 proc. leków refundowanych w Polsce zawiera substancje czynne importowane z Azji. O wiele lepiej od nas radzą sobie w tym względzie Niemcy, Francja czy Włochy. Eksperci narzekają również na brak jednolitych procedur na wypadek wojny, spójnego planu operacyjnego. Trudno się jednak temu dziwić – resort zdrowia, kierowany przez Jolantę Sobierańską-Grendę, zajmuje się zupełnie innym rodzajem „optymalizacji i konsolidacji” publicznej ochrony zdrowia.

Problemem nie jest wyłącznie to, że skala wyzwań jest duża. Nie ma również sensu straszyć opinię publiczną wybuchem pełnoskalowej wojny. Zamiast podsycania niepokoju, władza powinna dobrze rządzić. Na to nie ma jednak co liczyć. Trzynastogrudniowa ekipa rok w rok podkopuje system ochrony zdrowia, nadwątla jego siły i uszczupla potencjał, gdy bogatsi i bezpieczniejsi Niemcy już wolą przygotowywać się na najgorsze. Liberalno-lewicowe „elity” III RP od zawsze uwielbiały powoływać się na naszego sąsiada zza Odry i inne zachodnie państwa jako przykłady krajów cywilizowanych.

Niewiele jednak zrozumiały z tego, jak dużą rolę w budowie dobrobytu i bezpieczeństwa odgrywa w krajach starej Unii państwo, jego instytucje i biznes ściśle współpracujący z rządami. Tuskowy bezwład instytucjonalny i programowy niedasizm przed ponad dekadą mógł uchodzić za kłopotliwą przypadłość, z którą da się jakoś żyć dzięki unijnym kroplówkom. W czasach niespokojnych niewydolne państwo i władza z dwiema lewymi rękami to proszenie się o naprawdę duże kłopoty, zagrożenie utratą spójności społecznej i ryzyko nieustannego podsycania strachu przez tych, którzy chcieliby nam narzucić nową Jałtę.

Źródło: Gazeta Polska

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Polska