Afera Szpitala Południowego i jej kolejne, odsłaniane przez media wątki, mroziły nieraz krew w żyłach. Szokujące przypadki z tamtejszego SOR czy prosektorium obiegały opinię publiczną lotem błyskawicy.
Jednocześnie na niwie organów ścigania nie dzieje się zbyt wiele. Wciąż nie został przesłuchany lekarz Dawid Kacprzyk, od którego zaczęła się cała afera. Tymczasem zdążył sobie już znaleźć bezpieczną przystać w ośrodku zdrowia w Jaktorowie pod Warszawą. Przesłuchany był za to sygnalista, który zgłaszał nieprawidłowości w warszawskim Szpitalu Południowym.
Dziś onet.pl opisuje jeszcze jedną wstrząsającą sprawę z lecznicy na Ursynowie.
Jest to wywiad z kobietą, która ciężarna, w poważnym stanie, czekała przez ponad trzy godziny na SOR w Szpitalu Południowym na lekarza ginekologa. Do zdarzenia doszło w czerwcu 2026 r.
Kobieta przyjechała do szpitala karetką z ogromnym bólem brzucha. Przyczyną było - jak się potem okazało - pęknięcie macicy, które doprowadziło do wewnętrznego krwotoku.
- Czekałam z umierającym dzieckiem w brzuchu kompletnie sama. Gdy mówiłam, że boli mnie przeraźliwie, nikt nie reagował, a z mojego stanu grożącego śmiercią zrobili w papierach stan "dobry"
- powiedziała kobieta.
Tamtego dnia źle się czuła, uskarżała się na silne bóle brzucha, doszło do omdlenia. Ratownicy z pogotowia ratunkowego poinformowali ją, że "musi być koniecznie zbadana przez ginekologia i musi jechać do szpitala". Po przewiezieniu jej karetką do szpitala, zostawili pacjentkę na sali SOR. Kobiecie pobrano krew, wykonano EKG, jednak bez badań dotyczących samego dziecka jak np. KTG.
"Co pół godziny przywoływałam machaniem ręką kogoś z personelu i pytałam, kiedy przyjdzie lekarz, bo bardzo boli mnie brzuch, a czekam już bardzo długo. Za każdym razem słyszałam, że czekają na moje wyniki krwi, jakby to w tej sytuacji było najważniejsze. Widziałam, że moje prośby i pytania irytowały pielęgniarki i sanitariuszy. Chciałam iść do łazienki, nie pozwolili. Teraz myślę, że może gdybym wstała i zemdlała, to by się mną zainteresowali, zaczęli mnie traktować poważnie. Albo zaczęłabym krzyczeć, płakać… Tymczasem ja posłusznie leżałam i czekałam. Teraz, gdyby mnie to spotkało, to bym się darła"
- powiedziała kobieta w rozmowie z onet.pl.
Dodała, że w dokumentach opisano jej stan jako dobry, choć jednocześnie znalazła się adnotacja, że "nie jest w stanie o własnych siłach dojść do gabinetu USG".
Ginekolog przyszedł po ponad trzech godzinach od przybycia pacjentki na SOR. Gdy w badaniu okazało się wówczas, że doszło do pęknięcia macicy, kobieta relacjonuje, że "nagle zrobił się ruch".
"Położna chciała ode mnie dokumenty, zaczęła w panice kartkować skoroszyt z moimi badaniami, pytać o grupę krwi. I wtedy nie wytrzymałam, zapytałam: "Gdzie byliście przez te trzy godziny?" Nikt nic nie odpowiedział. Pani doktor tylko spuściła wzrok. (…) Usłyszałam od pani ginekolog, że trzeba będzie terminować ciążę. Zapytałam, czy dziecko przeżyje. Pokręciła przecząco głową, mówiąc: "22. tydzień... Nie...". Byłam w szoku"
- relacjonowała.
Dziecka nie udało się uratować mimo dwugodzinnej reanimacji.
Kobieta zapowiedziała zgłoszenie sprawy do Rzecznika Praw Pacjenta. Nie jest jeszcze zdecydowana "czy ma siłę" na zawiadomienie do prokuratury.