Niby powinniśmy się cieszyć jako sojusznicy z NATO. Oznacza to bowiem znaczące wzmocnienie wschodniej flanki, której bronią także Amerykanie, Francuzi, Kanadyjczycy i inne narody. Także my – warto tu przypomnieć o 200 polskich żołnierzach na Łotwie. Obecność wojsk NATO na tych terenach wyraźnie obniża ryzyko pełnoskalowej inwazji Rosji na państwa bałtyckie, zwiększając prawdopodobieństwo uruchomienia artykułu 5 i przyspieszając reakcję sojuszu.
Nasza radość nie powinna być jednak ani pełna, ani przedwczesna. Na naszych oczach zmienia się bowiem bieg historii, a chwilami – jak w tym wypadku – wpada w koleiny dobrze znane z poprzednich wieków. Państwa bałtyckie były tradycyjnie terenem niemieckiej ekspansji i budowy wpływów.
Kilka dekad przerwy w tej obecności jest niczym w porównaniu z wiekami jej trwania. Możemy więc powiedzieć wprost: Niemcy patrzą znowu tam, gdzie zawsze patrzyły.
Znów mowa o szabelkach
Mój oponent w tym momencie powie: i co z tego, skoro bezpieczeństwo Litwy jest także naszym bezpieczeństwem, a razem z Niemcami mamy jednego wroga i jesteśmy w jednym sojuszu? To wszystko prawda. Ale bądźmy dorośli i miejmy świadomość, jaka jest – i jaka powinna być – rola Polski w tym regionie. Niemcy wracają do gry o dominację w regionie, a Polska wprawdzie nie jest już tym, czym była w swoim złotym wieku, ale nie jest też niewielkim, pozbawionym znaczenia krajem bez potencjału, który z radością oczekuje niemieckiego protektoratu.
Dla nas zatem obecność Bundeswehry za wschodnią granicą powinna oznaczać początek gry, w której nie może nas zabraknąć – i jest to w interesie zarówno naszym, jak i państw bałtyckich. Bo obecność Niemiec tutaj jest tylko wypełnieniem braku po nas – po naszej nieobecności, po braku inicjatywy, po strachu i niezdolności do strategicznego działania. Wciąż jest ono zbyt nieśmiałe i zakompleksione. Wciąż myśli się, że rozmowa o obecności Polski w państwach bałtyckich jest jakimś bólem fantomowym po imperium, po mocarstwowych marzeniach czy – jak wmawiali nam komuniści – po ułańskiej fantazji i rzucaniu się z szabelką na czołgi. Nic bardziej błędnego.
Nikt rozsądny w Polsce nie mówi przecież o ekspansji państwowej wobec krajów bałtyckich. Przeciwnie – wierność idei jagiellońskiej sprawia, że, zgodnie z tradycją Pawła Włodkowica, naturalne jest dla Polaków poszanowanie podmiotowości kulturowej i politycznej tych państw. Ale ta sama tradycja – wcale nie tak łatwa do przyjęcia – podpowiada również, że nie da się zbudować struktury bezpieczeństwa w naszym regionie bez realnej obecności Polski, bez jej inicjatywy i bez gotowości do ponoszenia odpowiedzialności.
Żeby uzmysłowić sobie skalę tego zaangażowania, porównajmy liczby: dziś około 2 tys. niemieckich żołnierzy jest rozmieszczonych w Estonii, na Łotwie i na Litwie – wkrótce ma ich być nawet prawie 5 tys. Francja utrzymuje około 350 żołnierzy w ramach wysuniętej obecności NATO w Estonii, Kanada i Wielka Brytania znacząco uzupełniają te siły, a Stany Zjednoczone – w zależności od dyżurów – zwiększają ten liczebnik o kolejne 2–3 tys. osób w regionie. Obecność naszych żołnierzy w ramach misji bałtyckiej to około 200 Polaków na Łotwie – symbol zaangażowania mniejszego, ale politycznie znaczącego.
Dla kontekstu dodajmy, że estońskie siły zbrojne liczą około 6 tys. aktywnych żołnierzy, litewskie niespełna 14 tys., a łotewskie około 7 tys. – co oznacza, że sojusznicze kontyngenty są znaczącą częścią całości sił zdolnych odpowiedzieć w pierwszych dniach kryzysu. W liczbach bezwzględnych niemieckie i amerykańskie kontyngenty często przewyższają lokalne armie, co nie tylko zwiększa potencjał odstraszania, lecz także jednocześnie stawia pytanie o równowagę sił i o to, kto naprawdę dyktuje ton bezpieczeństwa na wschodniej flance.
I teraz ktoś może powiedzieć, że 200 polskich żołnierzy – głównie z wojsk pancernych – to znaczące wzmocnienie obrony Rygi i maksimum tego, co możemy zrobić, skoro głównym zadaniem polskiej armii jest obrona własnego terytorium. I wiele w tym prawdy. Ale dla równowagi powinniśmy oszacować także ryzyka związane z niezwiększaniem naszej obecności – a jest ich znacznie więcej.
Brak pola kompromisu
Przede wszystkim Polskę z państwami bałtyckimi łączy przekonanie, że nie widzimy możliwości kompromisu z Rosją ani układów zawieranych poza naszymi głowami. Dziś ryzyko pełnoskalowej inwazji na państwa bałtyckie istnieje, ale znacznie bardziej prawdopodobne jest zintensyfikowanie przez Rosję działań hybrydowych, destabilizujących czy nawet ograniczone zajęcie części terytorium, by pogłębić chaos, sprawdzić spójność i gotowość do reakcji NATO, a przede wszystkim zbudować pretekst do negocjacji z Zachodem. Rosja zachowuje się bowiem jak klasyczne państwo mafijne: najpierw dokonuje najazdu, a potem negocjuje warunki, korzystając z potencjału dalszego zastraszania.
Jak w takim wypadku zachowają się nasi zachodni sąsiedzi? Czy będą chcieli bronić na przykład estońskiej Narwy? A może zrealizuje się pesymistyczny scenariusz, w którym obecność własnych wojsk dla Niemiec będzie oznaczać właśnie bycie przy stole negocjacyjnym – i w zamian za odstąpienie części nieswojego terytorium uzyskają upragnione, a dziś wydające się niemożliwe kontrakty gospodarcze?
Integralność terytorialna
W takim wypadku obecność polskich wojsk oraz polityczna obecność Polski w regionie staje się dla tych państw realną gwarancją. W naszym wspólnym interesie leży bowiem polityka bezwzględnego uznawania integralności terytorialnej naszych państw.
Dlatego Polska powinna być bardziej obecna. Ale powinna także zabiegać o zwiększenie obecności USA na tym terenie. Po pierwsze – dla strategicznej równowagi. Po drugie – dlatego, że Stany Zjednoczone myślą obszarowo i ekonomicznie, a znacznie cenniejszym partnerem będzie dla nich cały region niż pojedyncze, rozproszone państwa. Taki był właśnie zamysł Trójmorza: jednoczyć nasze kraje i jednocześnie wzmacniać je jako blok w strukturach transatlantyckich.
Zarzucanie tamtego projektu, ośmieszanie go bądź zwykłe ignorowanie służy na pewno wzmocnieniu Niemiec, ale nie nam. Ani naszej pozycji wobec Stanów Zjednoczonych.
Wyobraźmy sobie zatem scenariusz mniej efektowny niż pełnoskalowa inwazja, ale znacznie bardziej prawdopodobny. W Narwie dochodzi do „niejasnych incydentów”. Pojawiają się prowokacje, akty sabotażu, napięcia etniczne. Nagle w przestrzeni informacyjnej zaczyna dominować narracja o „ochronie rosyjskiej ludności”. Granica zostaje naruszona w sposób niejednoznaczny – bez oficjalnego wypowiedzenia wojny, bez spektakularnych kolumn pancernych. NATO zbiera się na pilne konsultacje. Berlin mówi o konieczności deeskalacji. Paryż apeluje o kanały komunikacji. Moskwa sygnalizuje gotowość do rozmów.
I wtedy pada pytanie: czy warto ryzykować eskalację o miasto, które jeszcze wczoraj dla większości Europejczyków było tylko nazwą na mapie? Czy artykuł 5 uruchamia się automatycznie w sytuacji, która nie przypomina klasycznej wojny? Czy w obliczu niejednoznaczności politycznej i medialnej wszyscy będą gotowi ponieść koszty?
W takim momencie obecność Polski przestaje być symbolem solidarności, a staje się czynnikiem politycznym zmieniającym kalkulację. Bo dla nas Narwa nie jest abstrakcją. Jest testem. Tak jak dla Litwy testem byłaby Kłajpeda, a dla Łotwy Dyneburg.
Polska nie musi marzyć o imperium. Ale nie może też zgadzać się na rolę państwa peryferyjnego, które z niepokojem obserwuje, jak inni decydują o bezpieczeństwie jego bezpośredniego sąsiedztwa. Obecność w regionie nie jest ekspansją. Jest odpowiedzialnością.
Albo będziemy współgospodarzem przestrzeni między Bałtykiem a Morzem Czarnym, albo pozostaniemy obserwatorem, gdy inni będą ustalać jej przyszłość.
🚨🚨🚨Polacy do prezydenta:
— GP Codziennie (@GPCodziennie) February 22, 2026
NIE dla SAFE❗️❗️❗️
Sprawdź najnowsze wydanie #GPcodziennie!
Gazeta jest również dostępna na stronie 👉 https://t.co/NGuZyAXV2W pic.twitter.com/G0Ns85CE5W