Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Czy czekają nas pogromy Ukraińców? Dawid Wildstein o propagandzie, która sprzyja Rosji

Liczby jasno pokazują, że nadal, mimo wielu niepokojących zjawisk, sytuacja w Polsce może być wzorem współistnienia dwóch różnych grup etnokulturowych dla reszty Unii. Obie propagandowe narracje, nieważne, czy opowiadające o „strasznych Polakach”, czy o „potwornych Ukraińcach”, są takim samym kłamstwem. Więcej, są dla państwa polskiego podobnym zagrożeniem i powinny być traktowane jako awers i rewers tej samej populistycznej monety - pisze Dawid Wildstein w "Gazecie Polskiej".

Od kilku tygodni obecna władza i zaprzedane jej media liberalno-lewicowe z ledwie ukrywaną satysfakcją oświadczają, że w Polsce panuje „pogromowa” albo „przedpogromowa” atmosfera w stosunku do Ukraińców. Ktoś, kto zna Polskę tylko z artykułów „Gazety Wyborczej” albo programów TVN, musi być święcie przekonany, że w naszym kraju już strugają dzidy i ostrzą noże brunatne bojówki. Że Ukraińcy co wieczór, z narażeniem życia, przemykają ulicami, aby zasypiać, pełni strachu, w swoich zabarykadowanych mieszkaniach.

Co mówią liczby 

Łatwo byłoby temat antyukraińskich nastrojów zakończyć na powyższej propagandzie, wrzucić do worka liberalno-lewicowych kłamstw, gdyby nie kilka faktów. Po pierwsze, w tego typu alarmistyczne tony uderzają nie tylko szeroko pojęte cyngle władzy. Zwracają na to uwagę też szanowani i idealistyczni publicyści, społecznicy czy intelektualiści, w tym powiązani z opozycją. 

Po drugie, trudno nie widzieć wzrostu postaw antyukraińskich, momentami niesamowitej wręcz brutalizacji języka, który jest wymierzony właśnie w tę grupę. W przestrzeni publicznej pojawiają się komunikaty skrajnie nienawistne, które jeszcze do niedawna byłyby uznane za niedopuszczalne. 

Zanim jednak przejdziemy do analizy, z czego wynika ta „pogromowa” lub „przedpogromowa” atmosfera, sprawdźmy, co o obecnej sytuacji mówią liczby, a konkretniej statystyki policyjne. Wiadome media i politycy lubią krzyczeć o „wzroście ksenofobii” czy „eskalacji przemocy”. Podpierają się przy tym danymi Komendy Głównej Policji, z których jasno wynika, że liczba zgłoszonych przestępstw nienawiści (pod tym określeniem mieszczą się zarówno ataki werbalne, jak i przemoc fizyczna) wzrosła w ciągu tego półrocza aż o 30 proc.! Z tym, że mówimy tu o... 180 przypadkach. Są to zgłoszenia (nie wiemy więc, ile z nich zostanie faktycznie zakwalifikowanych jako tego typu przestępstwo), pamiętajmy też, że w 2026 roku zmieniono wytyczne m.in. dla policji, ułatwiające jej podpinanie rozmaitych spraw pod tę właśnie kategorię. 

Raz jeszcze: 180 spraw. Przypomnijmy teraz, że w Polsce żyje minimum 1,5 miliona Ukraińców, możemy też śmiało uznać, że większość Polaków ma z nimi regularny kontakt. Statystycznie mamy więc do czynienia z marginesem marginesu. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę tylko tych, którzy, zdaniem mediów liberalno-lewicowych, jako jedyni „nienawidzą” Ukraińców (teza skądinąd fałszywa), czyli wyborców partii prawicowych – mówimy tu o niecałych 200 przypadkach na zbiór milionów ludzi. 

Nie ma więc żadnego „masowego” przełożenia narracji antyukraińskich na bezpośrednie akty przemocy wobec Ukraińców.  

A teraz przeprowadźmy prosty eksperyment. Spójrzmy, co liczby mówią, jeśli chodzi o przestępczość, której sprawcami w Polsce są Ukraińcy. Okazuje się, że w 2022 roku liczba przestępstw dokonywanych przez nich wynosiła 12 tysięcy. Za to w obecnym półroczu mamy ich już 11 tysięcy. Mamy więc do czynienia ze wzrostem o 100 proc.! Co więcej, doszło nawet do morderstw popełnionych przez Ukraińców, których ofiarami padli Polacy. 

Europejczycy kontra motłoch

Czyli jednak Berkowicz i Braun mają rację, Ukraińcy stanowią żywotne zagrożenie dla nas i musimy bać się „ukraińskiej fali przemocy”? Oczywiście, że nie, ponieważ ponownie, w liczbach bezwzględnych wspomniana przestępczość okazuje się zjawiskiem marginalnym. 

A teraz spójrzmy, jak wygląda sytuacja np. we Francji. Otóż tylko w 2025 roku doszło tam do ponad 16 tysięcy tzw. przestępstw z nienawiści, podczas gdy w Polsce do mniej więcej tysiąca. Oczywiście mamy tu do czynienia z różnymi systemami prawnymi, a więc i różniącymi się definicjami, niemniej skala różnicy pokazuje prostą prawdę – Polska, jeśli chodzi o napięcia etniczne, nie zbliża się nawet do „standardów” większości państw UE, w których mamy do czynienia ze zjawiskiem masowej migracji. Nie mówiąc już o tym, że gdyby w przykładowej Francji doszło do zamordowania Francuza przez migranta (ewentualnie na odwrót), najprawdopodobniej doszłoby do gigantycznych zamieszek. 

Jeśli faktycznie w Polsce mamy do czynienia z sytuacją „pogromową”, to we Francji odbywa się pogrom za pogromem. Prawda jest taka, że w naszym państwie nie mamy do czynienia nawet z ułamkiem typowych dla tamtych organizmów politycznych patologii, co jest zresztą oczywiste dla każdego, kto zna największe kraje Zachodu. 

Działa to, powtórzmy, w obie strony – ani Polacy nie reagują tak agresywnie, jak okłamują nas publicyści i politycy liberalno-lewicowi, ani Ukraińcy, stanowiący największą grupę obcą etnicznie w naszym państwie, nie są w żaden sposób takim „zagrożeniem”, jak usiłują nam to opisywać ludzie powiązani np. z Konfederacją Brauna. 

Czemu Tusk i jego tuby propagandowe przyjęli taką strategię propagandową? Nietrudno się domyślić. To tysięczna odsłona narracji mającej legitymizować władzę Tuska i jego ludzi, dzielącą Polaków na „światłych i europejskich” oraz motłoch. Mobilizująca zwolenników za pomocą lęku przed „faszystami”, zagrożeniem tak wielkim, że nie czas zajmować się takimi szczegółami, jak stan państwa i „osiągnięcia” obecnej władzy. 

Tego typu narracja jest jednak tym razem dodatkowo niebezpieczna, ponieważ, po pierwsze, sprzyja Rosji, która z chęcią sama przedstawia Polskę w podobny sposób, po drugie, może być formą samospełniającej się przepowiedni. Podbija tak naprawdę negatywne nastroje w obu grupach etnicznych – zarówno strachu, jak i ze złości, co w konsekwencji może prowadzić do eskalacji konfliktu. 

Zagrożenie dla Polski

Liczby pokazują, że nadal, mimo wielu niepokojących zjawisk, sytuacja w Polsce może być wzorem współistnienia dwóch różnych grup etnokulturowych dla reszty Unii. Czy oznacza to jednak, że możemy po prostu machnąć ręką na antyukraińskie nastroje i tych, którzy je pobudzają? Nie.

Zacznijmy od sprawy odpowiedzialności za przemoc. Owszem, to, że jej ilość w liczbach bezwzględnych jest właściwie marginesem marginesu, nie oznacza, że ona znika. Są to konkretne tragedie, a współodpowiedzialnymi za nie są ci, którzy szczują na Ukraińców dzień i noc. 

Pozwolę sobie tu podać bardzo ostrą analogię, ale adekwatną. Wszyscy pamiętamy zamordowanie Marka Rosiaka przez Cybę. Nie istniała wtedy w Polsce atmosfera pogromowa wobec ludzi PiS, Polacy nie chcieli masowo mordować członków tej partii. Jednak jest oczywiste, że nienawiść, jaką wobec Kaczyńskiego rozpętali Tusk i jego media, stała za tym mordem. To, co dziś słyszymy ze strony obu Konfederacji i powiązanych z nimi publicystów oraz gwiazdeczek, niczym się nie różni od tamtego, poza jego obiektem. Może skończyć się więc tym samym. 

Gdyby jeszcze można było sprawę sprowadzić do Brauna i jemu podobnych. Niestety, tego typu wątki podchwytują też sensowne media opozycyjne czy ważni politycy PiS. Czasem puszczą piosenkę, w której Ukrainiec określany jest mianem „pasożyta”. Czasem poseł Woś spróbuje rozkręcić akcję „wyrzucić z Polski zdolnych do walki Ukraińców”, a poseł Matecki, jak ładnie wykazał to redaktor Maciejewski, powiela fejki o ambasadzie ukraińskiej mającej nakłaniać do prowokowania Polaków. 

Pamiętajmy też, że eskalowanie tego typu negatywnych emocji prowadzi do osłabiania zdolności obronnych Polski. Za każdym razem, kiedy rakiety czy drony z Rosji wkraczają w naszą przestrzeń powietrzną, moskiewskie trolle, pasożytując na negatywnych uczuciach wobec Ukraińców, skutecznie zalewają sieć fejkami, że to sprawka Ukraińców. Taki chaos informacyjny może być dla Polski wręcz śmiertelnie niebezpieczny. 

Źródło: Gazeta Polska

NAJNOWSZE Polska