Zmiana władzy jesienią 2023 roku okazałą się również znaczącą zmianą polityki historycznej. Jak grzyby po deszczu w polskich muzeach zaczęły być realizowane wystawy stojące w całkowitej sprzeczności z narracjami tożsamościowymi, kultywowanymi w ostatnich latach. Wystawy takie, jak bydgoska, pod hasłem „Dziadek z Wehrmachtu. Doświadczenie zapisane w pamięci” czy "Nasi chłopcy", udostępniona przez Muzeum Gdańska, spowodowały w Polsce oburzenie jako te, które rozmywają odpowiedzialność Niemców okupujących Polskę, a także podważają status naszego kraju jako ofiary II wojny światowej.
Ten niepokojący trend sięga jednak o wiele dalej i głębiej, czego przejawem jest właśnie wystawa Muzeum Etnograficznego w Warszawie, zorganizowana pod hasłem "Wybielanie" i oswajająca zwiedzających z tym, że i Polsce można przypisać pewne aspekty kolonializmu nawet wobec faktu, że nigdy nie miała żadnych kolonii. Redakcja portalu niezalezna.pl postanowiła zgłębić temat oraz przyjrzeć się treściom oraz eksponatom, prezentowanym na wystawie. By lepiej zrozumieć koncept kuratorów ekspozycji, czyli dr Magdaleny Wróblewskiej, będącej równocześnie dyrektor Muzeum Etnograficznego, jak i Witka Orskiego, artysty - fotografa, wzięliśmy udział w oprowadzaniu kuratorskim, realizowanym przez dr Wróblewską.
O co chodzi z "wybielaniem"?
Magdalena Wróblewska, kurator wystawy, zaznacza że jej nazwa dotyczy dwóch aspektów: pierwszy, który spowodował powszechne oburzenie i który związany jest z powszechnym rozumieniem czasownika "wybielać się", dotyczy według niej "wybielania i uniewinniania się w kontekście praktyk muzealnych".
Charakterystyczne nie tylko dla Polski, ale dla muzeów regionu Europy Środkowo - Wschodniej jest takie przekonanie, że ponieważ nie mieliśmy kolonii i nie kolonizowaliśmy w XIX wieku, gdyż nie mieliśmy takich możliwości i de facto sami byliśmy kolonizowani przez sąsiednie imperia, to w związku z tym nie mamy sobie nic do zarzucenia i jesteśmy wolni od jakichkolwiek kolonialnych obciążeń
– wyjaśnia swój koncept dyrektor Muzeum Etnograficznego Magdalena Wróblewska.
Drugi zaś aspekt wskazywał, że Polacy, choć sami doświadczeni kolonizacją, jaką były zabory, usilnie naśladowali te naganne praktyki muzealne rodem z muzeów Europy Zachodniej - po to, by potwierdzić swoją przynależność do kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej.
Połowa XX wieku to był moment, kiedy wszyscy zrozumieli, że ta białość w Europie to nie jest sprawa zero - jedynkowa. Mówiąc tak najprościej, Polacy nie byli tak biali, jak Niemcy, Francuzi czy Brytyjczycy, że w etnografii niemieckiej przed wojną, a nawet w XIX wieku byliśmy orientalizowani
– tłumaczy Wróblewska.
Polska niesolidarna z innymi uciśnionymi
Dlatego też wystawie już na wstępie towarzyszy ubolewanie, zilustrowane poprzez fotografię artystyczną Witka Orskiego - drugiego z kuratorów - oraz wyrażone wierszem, którego autor skarży się na brak solidarności podbitych przez mocarstwa "małych narodów". Trudno pozbyć się wrażenia, że w odczuciu autorów wystawy z punktu widzenia Polski pod zaborami postrzeganie Afryki z pozycji pewnej wyższości, typowej dla imperiów, było czymś nagannym. Kuratorzy wystawy zastanawiali się przy tym, "co by było, gdyby te małe narody, w jakimś sensie, zdobyły się na solidarność"?
Bo ich losy w wielu momentach historii są zdumiewająco podobne i w wielu momentach historii ich doświadczenie jest po prostu wspólne
– stwierdza Wróblewska.
Dyrektor Muzeum Etnograficznego podkreśliła, że wystawa to "autokrytyczne spojrzenie Muzeum na swoją przeszłość". Pewnie z tego powodu nie dowiemy się z niej o takich przejawach polskiej solidarności z "małymi narodami" jak ten, który miał miejsce na Haiti w okresie rewolucji haitańskiej. Legiony Polskie we Włoszech zostały wówczas wysłane przez Napoleona na Haiti, by stłumić powstanie, jakie wybuchło w tej najbogatszej francuskiej kolonii. Polacy niechętnie brali udział w nieswojej wojnie. Mit, który przetrwał z tamtych lat, uznaje Polaków za tych, którzy zbuntowali się francuskim rozkazom i przeszli na stronę Haitańczyków. Po odzyskaniu przez Haiti niepodległości gen. Dessalines (przywódca rewolucji, po odzyskaniu niepodległości przez Haiti koronowany na cesarza) nazwał ich nawet "białymi Murzynami Europy", podkreślając solidarność pomiędzy narodami polskim i haitańskim.
Dr Wróblewska, zapytana o ten fragment historii, zastrzegła, że nie ma szczegółowej wiedzy na temat tamtych zdarzeń, ale uważa, że "to była szczególna sytuacja historyczna".
W danej sytuacji, zwłaszcza w wojsku, podejmuje się decyzje pragmatyczne - szczególnie po której stronie stanąć i kto ma szansę na zwycięstwo. Tam walczono de facto z najlepiej szkolonymi żołnierzami francuskimi. Stereotyp mówi, że wojska francuskie walczyły z jakimiś dzikimi ludźmi. No ale dlaczego to powstanie w ogóle się powiodło? Bo walczyli świetnie wyszkoleni we Francji żołnierze. Znali wszystkie techniki, broń i strategie. A wojskowi podejmują decyzję na miejscu, w oparciu o sytuację. My to romantyzujemy, że stanęli ramię w ramię z Haitańczykami, i ta narracja rzeczywiście się pojawiała, ale kiedy jechali do Afryki, to jakoś tej solidarności nie czuli
– odpowiedziała na nasze pytanie.
Refugium w Kamerunie
Sporo miejsca w narracji wystawy zajmuje wyprawa Stefana Szolc - Rogozińskiego i Leopolda Janikowskiego do Gwinei, Liberii i Kamerunu.
Celem wyprawy było założenie polskiej kolonii w Centralnej Afryce, jak pisał po latach Janikowski: "drugiej Wolnej Ojczyzny dla emigrantów z uciśnionego kraju". Podróżnicy nie widzieli analogii między losami społeczności w kolonizowanej Afryce a losem społeczeństwa podzielonej między zaborców Polski
– głosi opis.
Dezaprobata dla tej postawy wybrzmiewa dobitniej z słów kurator wystawy.
Czyli pomimo świadomości bycia podporządkowanymi i kolonizowanymi przez sąsiednie mocarstwa, Polacy postanawiają jechać do Kamerunu, kupić tam ziemię i założyć tam własną kolonię
– tłumaczy dr Wróblewska.
Ciężar przewiny Szolc - Rogozińskiego i Janikowskiego jest doprecyzowany nawet w opisie: zakupili ziemie, by ustanowić w Kamerunie swój protektorat.
Szolc - Rogoziński i Janikowski przywieźli ze sobą do okupowanej Polski wiele eksponatów.
Dr Magdalenę Wróblewską zapytaliśmy o to, czy polscy podróżnicy uciekali się do rozbojów lub jakiejkolwiek przemocy, by pozyskać ziemię czy przywiezione do Polski eksponaty. Wszak o brutalności belgijskich, niemieckich czy francuskich kolonizatorów wiele już zostało powiedziane oraz napisane. Dyrektor Muzeum Etnograficznego odwołuje się w swojej odpowiedzi do wspomnień Leopolda Janikowskiego "W dżunglach Afryki" z 1936 roku.
To dosyć specyficzne źródło. Powstało już 50 lat po powrocie. Jest w nim jednak opisane, za jakie towary Janikowski i Szolc - Rogoziński nabywają ziemię, w jaki sposób - czasami podstępnie - próbują, mówiąc wprost, zwyczajnie coś wyłudzić
– mówi.
Tu mamy drugi zarzut, jaki stawia Polsce wystawa: polscy podróżnicy w Afryce kupili ziemie, by ustanowić tam refugium, a ich działanie było niekorzystne dla zbywców tych terenów.
Lekceważące fotografie i wykropkowane opisy
Interesującymi obiektami na wystawie są nieliczne fotografie, przywiezione z Afryki przez polskich podróżników. Przedstawiają one społeczności zamieszkujące Afrykę, zazwyczaj w dość naturalnym dla nich środowisku. Fotografie eksponowane są w taki sposób, by można było zobaczyć, jak zostały opisane. Zarówno same zdjęcia, jak i ich opisy również stały się przedmiotem krytyki ze strony dyrektor Muzeum Etnograficznego.
Spodziewaliśmy się, że osoby z tej części Europy, które podróżowały, będą prezentowały inne, być może mniej stereotypowe spojrzenie. To, co nas zaskoczyło, to jednak powtarzanie pewnych schematów - schematów fotografii etnograficznej. Chodzi choćby o ustawienie: coś, o czym w pierwszej chwili można pomyśleć, że jest po prostu spontanicznie zrobionym zdjęciem, okazuje się, że było zaaranżowane: widzimy, że na hasło fotografa wszyscy odwracają głowy, by ukazać profil. Echa fotografii antropologicznej odnajdujemy także w zdjęciach, na których widzimy, że fotograf prosi napotkaną osobę, ażeby przyłożyła biały kawałek papieru do ciała celem lepszego ukazania pewnych cech fizjonomii - tutaj akurat chodzi o skaryfikację
– tłumaczy dr Wróblewska.
Kuratorzy wystawy poszli jednak jeszcze dalej. W opisach fotografii i oryginalnych opisów fotografii zdecydowali się ocenzurować powszechnie powracające na nich słowo "Murzyn". Jak wyjaśniła kurator wystawy, chodziło o to, by pokazać, jakim językiem polscy podróżnicy opisywali zrobione przez siebie fotografie lub odfotografowywane z zagranicznych publikacji. W ocenie dr Wróblewskiej, opisy były niedostatecznie informacyjne jak na prace etnograficzne, a my nie dowiadujemy się z nich, kto przedstawiony jest na zdjęciach i gdzie konkretnie fotografie te były zrobione.


Szczególną uwagę przykuwa ocenzurowane również czarną taśma na wysokości biustu zdjęcie młodej kobiety.
Mamy też wśród tych fotografii przykład takiej, która jest jednoznacznie erotyczna, co nas bardzo zaskoczyło. Dlatego zdecydowaliśmy się na tę czarną taśmę
– tłumaczyła dyrektor instytucji.

Opis zamieszczony pod zdjęciem jest jednak dosadniejszy: "Fotografia przedstawiająca młodą kobietą jest niepokojąca z kilku powodów. Po pierwsze, wyraźny jest dyskomfort i niepokój modelki, pozującej przed fotografem, a jednocześnie niepewnie patrzącej w jego stronę. Po drugie, fotografia wymyka się schematom znanym z fotografii etnograficznej. Kobieta nie pozuje w swoim codziennym otoczeniu. Meble widoczne na dalszym planie, jak i krzesło, na którym siedzi, sugerują raczej pokój w hotelu, w którym mieszkać mógł fotograf. Miejsce, poza i strój kobiety mieszczą się raczej w konwencji kolonialnej fotografii erotycznej, uprzedmiotawiającej kobiety z podporządkowanych społeczności", czytamy w obszernej interpretacji.
Dla porównania z zagranicznymi standardami "fotografii kolonialnej" prezentujemy fotografie pochodzące z muzeum niewolnictwa na Zanzibarze




Autorzy wystawy część miejsca poświęcili również aspektowi wystawienniczemu, czyli otoczeniu, w jakim prezentowano przywiezione z Afryki eksponaty i pamiątki. Podobnie jak w reszcie Europy, przed pod koniec XIX wieku zbiory przywiezione z Afryki przez Leopolda Janikowskiego zostają wystawione w ogrodzie zoologicznym.
Pokazywanie tego typu obiektów w ogrodzie zoologicznym, gdzie można oglądać zwierzęta z odległych kontynentów, między innymi z Afryki, gdzie prezentowane jest także tak zwane ludzkie zoo, to jest typowe w całej Europie miejsce prezentowania obiektów etnograficznych. W tym okresie dziedzictwo kulturowe tzw. ludów prymitywnych traktuje się jako część historii naturalnej
– wyjaśnia dr Wróblewska.
Nadmieńmy, że losy zbiorów, przywiezionych przez polskich podróżników przed II wojną światową, są smutne. Niemal wszystkie eksponaty zostają zrabowane i wywiezione z Polski podczas niemieckiej okupacji.
Wacław Korabiewicz, zupełnie niewiarygodny "hurtownik" i naciągacz
Sporo miejsca poświęcone jest na opisywanej wystawie Wacławowi Korabiewiczowi, podróżnikowi i kolekcjonerowi eksponatów etnograficznych. Po drugiej wojnie światowej wiele czasu spędził w Tanganice, skąd w skali nieomal hurtowej wywoził wszystko, co wydawało mu się cenną zdobyczą etnograficzną. Przez swoją działalność na tym polu został w końcu wydalony z tego kraju znajdującego się pod brytyjskim protektoratem. Eksponaty, które przywiózł do Polski, ale nie tylko, szły w tysiące. Jak twierdzi kurator wystawy, był przy tym całkowicie niewiarygodny, jeśli chodzi o ich precyzyjne opisy czy dbałość o to, by niepomieszane i w miarę kompletne dotarły do Polski lub muzeów, z którymi współpracował. Po latach Korabiewicz wydał wspomnienia z tamtego okresu.
On uważał, że trzeba uczynić zadość stratom wojennym. I kiedy czyta się te jego przygody, to jest takie guilty pleasure (ang. grzeszna przyjemność). Nie chcę namawiać do lektury, ale jego książki pisane są bardzo szczerze, mają więc pewien ciekawy walor. Korabiewicz się nie cenzuruje. Jest człowiekiem swoich czasów - pisze, co mu ślina na język przyniesie. Dzięki temu dzisiaj możemy bardzo dużo wyczytać z tych relacji z tego, co tam się działo
– zaczyna prezentację Korabiewicza dr Wróblewska.
Przytacza też historię, która "wstrząsnęła nią": polski podróżnik opisał we wspomnieniach napotkaną kobietę, która miała na szyi naszyjnik zrobiony ze skorup jaj strusia. Korabiewicz bardzo tego naszyjnika pożądał - takiego jeszcze nie widział i nie miał w swojej kolekcji. Przez swojego pośrednika usiłował negocjować cenę i ciągle ją podnosić. "Ta kobieta patrzyła na niego przerażona i cały czas odmawiała, zerkając gdzieś za jego ramię. Okazało się, że za nim stał jej mąż, a ten naszyjnik był prezentem ślubnym, więc gdyby ona go sprzedała, to byłoby to potraktowane przez męża jako zdrada" - tłumaczyła kurator wystawy.
Dr Wróblewska wyjaśniała, że łatwo sobie wyobrazić, że nagabywane kobiety nie miały pełnej swobody decydowania, czy chcą odsprzedać bądź nie elementy swojego stroju, biżuterii albo jakieś przedmioty osobiste. Wszystko przez to, że Korabiewicz był "białym mężczyzną" i "wywierał presję".
Uchodźca z białoruskiej granicy
Wystawę kończy współczesny portret uchodźcy autorstwa drugiego z kuratorów, Witka Orskiego. Wg słów dr Wróblewskiej uwieczniony na portrecie mężczyzna doświadczył pushbacków na polsko - białoruskiej granicy. Obecnie uzyskał on azyl w jednym z krajów Europy Zachodniej. Choć wymowa akurat takiej pracy na wystawie organizowanej pod hasłem "Wybielanie" wydaje się być dosyć jednoznaczna - jednym z argumentów często podnoszonych w kwestii polityki migracyjnej jest konieczność "zadośćuczynienia" za krzywdy kolonializmu - kuratorzy odcinają się od intencji najłatwiej odczytywanej.
Pokazujemy tą pracę nie po to, żeby prowokować polityczną dyskusję na temat polityki wobec uchodźców w Polsce czy w Europie. Raczej chcemy postawić dwa pytania, które były ważne dla Witka. Najważniejszym z nich jest pytanie o nasz stosunek do przedmiotów, które pochodzą z Afryki i do jej mieszkańców, do ludzi. Pytanie, które ja tutaj stawiam, jest raczej pytaniem o kwestie etyczne. Na pewno zgodzimy się z tym, że nasza kultura to kultura kręgu cywilizacji chrześcijańskiej. To, co mnie tutaj najbardziej interesuje, to takie pytania o nasze zobowiązania etyczne, które z tego wynikają. Tak, to chyba takie pytanie, z którym ja bym chciała państwa zostawić
– kończy oprowadzanie dr Wróblewska.
Wystawę "Wybielanie" w muzeum Etnograficznym w Warszawie można oglądać do 31 sierpnia 2025 roku.