Donald Tusk po raz kolejny odniósł się do coraz głośniejszej afery KPO. Wcześniej, jak przy każdej możliwej okazji, nie przeprosił, a jedynie obrzucił winą Prawo i Sprawiedliwość. Tyle, że w formie wpisu w mediach społecznościowych:
Dziś jednak poruszył temat podczas konferencji prasowej. I podzielił się dość interesującą teorią, przepuszczając kolejny raz atak pod adresem rządu Zjednoczonej Prawicy.
Tusk: "musieliśmy zdążyć je wydać"
Jak przypominamy, w ramach afery KPO wyszło na jaw, na co były wydatkowane pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy. Środki, które teoretycznie miały ożywić branżę hotelarsko-restauracyjną były wydawane na dość absurdalne cele. Solarium w pizzerii, jachty, noclegi w "kebabowniach" czy drogie samochody - to tylko kilka przykładów.
Jednak, w myśl tezy Donalda Tuska: "odziedziczyliśmy także bardzo poważny problem. Czyli dwuletnie opóźnienie. Inaczej niż inne państwa europejskie, mój rząd musiał nie tylko odblokować te środki, ale też stanąć - dosłownie na głowie - żeby zdążyć je wydać".
Problem z całym KPO, nie tylko z tym procentem wydanych środków na branże hotelarsko-restauracyjną, polegał na tym, że Polska - przez PiS-owskie zablokowanie - mogła nie zdążyć wydać tych środków.
– grzmiał podczas konferencji prasowej.
Tyle, że w tym miejscu warto przypomnieć, że to właśnie ekipa Tuska, będąc wówczas w opozycji, dołożyła wszelkich starań, aby Polska nie otrzymała pieniędzy we właściwym terminie. Bruksela zasłaniała się wtedy "brakiem praworządności w Polsce".
W związku z tym, szukano różnych sposób, żeby możliwe szybko, jak najwięcej pieniędzy trafiło do polskich beneficjentów, bo inaczej te środki by przepadły. 100% odpowiedzialności za ten wieloletni bałagan spada na poprzedników, którzy to zablokowali, a tym samym dali nam bardzo mało czasu, żeby móc te środki dobrze wydać. I żeby te środki trafiły do polskich firm.
– mówił dalej Tusk.
Więc co zrobiono? O tym Tusk również powiedział, kolejny raz "pogrążając" swoją minister funduszy i rozwoju regionalnego - Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz.
Po to, żeby zdążyć wydać te środki, ministerstwo funduszy i rozwoju regionalnego zdecydowało o takim rozluźnieniu procedur - po to, żeby pieniądze mogły trafić do ludzi. Z tego niektórzy skorzystali, biorąc pieniądze... Na razie nie mówimy o korupcji czy kradzieży tych środków, a raczej powiedziałbym - beztroskie wydawanie na rzeczy, które słusznie ludzi co najmniej zastanawiają, jeśli nie wkurzają. Każdy przypadek zbadamy. Zresztą, w tych przypadkach, gdzie nadużycie jest oczywiste - unieważnianie są te umowy.
– przyznał.