Śmierć niewygodnego świadka pilota Remigiusza Musia. Szokująca informacja o tym, że w grobie prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego leży inna osoba. Zakrawająca na kpinę informacja prokuratury, że o tym, czy w Tu-154M był trotyl, dowiemy się za pół roku. Wyciek do internetu adresów i telefonów świadków w śledztwie w sprawie tragedii.
Wydarzenia związane z poszukiwaniem prawdy o Smoleńsku nabrały w ostatnich dniach niespodziewanego tempa. Zgodne ustalenia ekspertów w czasie konferencji smoleńskiej, że przyczyną tragedii były wybuchy, nie pozostawiają wątpliwości, że był to zamach.
Nawet rosyjska gazeta „Sobiesiednik” napisała wczoraj, na wieść o trotylu na pokładzie samolotu: „nie można wykluczyć, iż w śmierć prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego zamieszani są terroryści”.
Trotyl był, ale z II wojny światowej
Wczoraj przed południem reakcje prorządowych mediów robiły wrażenie chaotycznych, jak nigdy dotąd. Zanim pojawiła się wersja prokuratury, że substancje odkryte w tupolewie niekoniecznie muszą być trotylem, wersja kolportowana przez media brzmiała: „Trotyl pewnie był, ale nawet jeśli tak, to nic się nie stało”.
W mediach pojawiły się sugestie, że trotyl pochodzi z czasów II wojny światowej i samolot dotarł do niego, gdy zarył w ziemię. Poza podejrzeniem znaleźli się chyba tylko polscy królowie Zygmunt III Waza i Władysław IV oraz Napoleon, bo kiedy oblegali Smoleńsk, trotyl nie był jeszcze znany. Swoją drogą to teoria rusofobiczna, bo sugerująca, że uznajemy Rosjan za idiotów, którzy od 70 lat startują swoimi samolotami z lotniska będącego beczką prochu.
Pojawiła się też wersja, że trotyl mogli wnieść do samolotu na mundurach polscy żołnierze, którzy lecieli nim do Afganistanu. Należy to odebrać jako szczególne ostrzeżenie dla ich żon i dziewczyn. Czy warto zadawać się z mężczyzną, który może wybuchnąć przy romantycznej kolacji? Ta wersja to także ciężkie oskarżenie wobec wojska, w którym pozwala się żołnierzom z niedbalstwa bawić się w żywe torpedy. A co z odpowiedzialnością Biura Ochrony Rządu, które pozwoliło im pozostawić trotyl na pokładzie rządowego samolotu?
Padł oczywiście także argument mający wzbudzić w zwykłych ludziach niepokój. Sławomir Nowak powiedział wczoraj Monice Olejnik w Radiu Zet: „Bardzo bym chciał, żeby ci, którzy dzisiaj są zwolennikami spiskowych teorii, teorii zamachowych, mieli odwagę również dzisiaj Polakom powiedzieć, co na końcu oznacza wniosek z teorii zamachu”.
Apel do emigrantów
Słowa Nowaka to oczywiście brzydka socjotechniczna zagrywka, jednak odpowiedź na pytanie, co dalej, jest faktycznie kluczowa. Obóz niepodległościowy zarówno teraz, jak i – w dużo większym stopniu – po ewentualnym przejęciu władzy, czeka wielka batalia o dotarcie z prawdą o zbrodni smoleńskiej do rządów państw Zachodu oraz opinii międzynarodowej. Już teraz, przed przejęciem władzy, musi mieć gotowy plan, jak to zrobimy.
Politycy obozu niepodległościowego muszą mieć listę międzynarodowych instytucji, zagranicznych polityków i mediów, do których chcemy dotrzeć ze sprawą. Wiedzieć, jak możemy walczyć o nią w NATO, a jak w UE.
Ale tak jak dotychczas wielką rolę w walce o prawdę o Smoleńsku odegrał oddolny ruch przejętych sprawą Polaków, skupionych wokół klubów „Gazety Polskiej” i Solidarnych 2010, tak może być również w tej kolejnej czekającej nas batalii.
Szczególna rola przypaść musi w niej Polakom rozsianym po świecie. Na Zachodzie mieszkają dziś potomkowie wygnańców z Polski, którzy nie mogli wrócić do okupowanego kraju po 1945 r. Jest późniejsza emigracja z okresu stanu wojennego. Są wreszcie ci, którzy wyemigrowali za chlebem po 1989 r.
Wielu z nich dzięki swojej pracowitości osiągnęło wysoką pozycję i autorytet. W Polsce okupowanej przez komunistów, a potem opanowanej przez posowiecką oligarchię nie mieli na to szans. Dziś czas zaapelować do nich: walka o prawdę o Smoleńsku to walka o to, czy dzieci i wnuki ich pokolenia dostaną szansę, by żyć w kraju normalniejszym. Czy też zapadać się będziemy w bagno coraz głębiej.
Bliżej wariantu Czeczena, który się przyzna?
Nagłaśnianie sprawy to jedno, drugie to uświadamianie Zachodowi, jaka jest taktyka Moskwy. Także tego, że mongolskie okrucieństwo – publikacje zdjęć ofiar, skrytobójstwo, ostentacyjne lekceważenie reguł cywilizowanego świata – mają na celu wzbudzenie w nim strachu. Polska pisarka Herminia Naglerowa, która przeżyła łagry, postawiła szokującą tezę, że okrucieństwo Moskwy przynosi jej korzyści także na Zachodzie. „Drwiny z pisanego i boskiego prawa” świadczyć mają o potędze wroga. To strategia obliczona na „przenikanie psychiczne” do zachodnich społeczeństw. Ten strach, to milczenie mają je deprawować, obezwładniać, przyzwyczajać, że Moskwie wolno.
Wobec tych, którzy jak Ronald Reagan mają niewzruszone zasady i reprezentują zdrowy organizm państwowy, ta taktyka przestaje działać. Ci, którzy dają się przestraszyć, muszą się liczyć z tym, że plany odbudowy przez Władimira Putina imperialnej pozycji nie ograniczają się do Polski.
18 kwietnia 2012 r., po ujawnieniu przez naukowca faktu, że samolot rozerwały dwa wybuchy, napisałem, że skoro dowodów na zamach jest coraz więcej, to nie należy wykluczać wariantu, że „Rosja znajdzie Czeczena, który się przyzna”. „Dzielni rosyjscy milicjanci ujmą terrorystę, Komorowski i Tusk padną przed nimi na kolana z wdzięczności. A nasze media przypomną, że to prezydent Kaczyński i PiS wspierali Czeczenów, więc są moralnie współwinni zamachu” – napisałem. Wczorajsze publikacje w Rosji każą brać pod uwagę także ten wariant.
