Zacznijmy od wydarzenia, wydawałoby się, najmniej istotnego, czyli Miasteczka Gniewu. Przy całym szacunku, jaki żywić należy dla ludzi tam obecnych, ich odwagi oraz poświęcenia, trudno nie zauważyć, że relatywnie niewielka, nawet zdeterminowana grupka protestujących nie jest czymś, czego jakakolwiek władza powinna się obawiać. Zresztą podobne formy protestu miały miejsce także za rządów PiS i to nie one doprowadziły do upadku tego rządu.
Ferment w twardym elektoracie KO
Oczywiście dla Tuska największe zagrożenie związane z Miasteczkiem Gniewu nie polega na tym, że jego uczestnicy dostaną się do gabinetu premiera i wywiozą go i jego współpracowników na taczkach. Protest ten wywołał jednak, zwłaszcza na początku, zadziwiająco ostrą reakcję władzy. Mieliśmy do czynienia z nocną akcją znacznych sił policji, które nie tylko odgrodziły teren protestu barierkami, lecz także zablokowały możliwość relacjonowania tego wydarzenia dziennikarzom, a także uniemożliwiły przekazywanie protestującym żywności czy środków higieny. Wyglądało to na oczywisty wstęp do rozbicia tego protestu, z którego zrezygnowano, zapewne uznając to jednak za zbyt ryzykowne.
Dlaczego tego typu wydarzenie, w polskiej polityce rzecz przecież nienowa, wywołało taki spazm u władzy? Żeby to zrozumieć, trzeba spojrzeć na emocje betonowego elektoratu Tuska. Zaznaczmy tu, że właśnie ta część wyborców jest dla niego z każdym miesiącem coraz ważniejsza, wraz z kolejnymi aferami i porażkami, które dotykają ten rząd, staje się dla niego najważniejszym oparciem. Tymczasem Miasteczko Gniewu wywołało wśród tej grupy społecznej prawdziwą furię. Z perspektywy wspomnianego betonu jest ono wręcz zaprzeczeniem sensu istnienia uśmiechniętej władzy.
Dowodem na jej słabość, nieudolność, na to, że nie realizuje ona pokładanych w niej nadziei. Tusk i sprzedane mu media mają tu problem, na który same zapracowały. W końcu to oni napompowali tę grupę takim hejtem, głupotą i paranoją, że jedynymi elementami jej tożsamości są dziś nienawiść i chęć zemsty na politycznym wrogu i zgnębienia go. Niby więc Tusk jest postrzegany jako byt quasi-boski, niemniej musi tego dowodzić – chociażby potrafiąc „złapać za mordę”, „ukrócić warcholstwo”, „walcząc z anarchią” – tymczasem nic takiego się nie dzieje. Wywołuje to oczywisty ferment w twardym elektoracie KO, albowiem nie ma w Polsce bardziej antydemokratycznej, nienawidzącej pluralizmu w obrębie debaty publicznej grupy niż on. Z jego perspektywy nawet mała grupka protestujących, za to w tak widocznym miejscu, urasta do rangi potężnego kryzysu, który świadczy o słabości wodza, któremu przecież zawierzyli wszystko.
Milczenie uśmiechniętej infosfery
W konsekwencji Tusk rozegrał sprawę Miasteczka Gniewu w sposób zaskakująco dla niego nieudolny. Najpierw urządził pokaz siły, by potem się z tego kroku nagle wycofać, jakby sprawy właściwie nie było – nawet barierki odgradzające protestujących nagle zniknęły. Tę nieumiejętność poradzenia sobie z tym problemem widać też w radykalnej zmianie narracji w sprawie Miasteczka Gniewu. Atak i hejt zniknęły, zamiast tego zdecydowano się po prostu przemilczeć sprawę.
Tak samo Tusk rozegrał marsz Solidarności. Okazało się, że wydarzenie, które zgromadziło w stolicy kilkaset tysięcy uczestników, może po prostu nie istnieć w uśmiechniętej infosferze. Dochodziło przy tym do naprawdę kuriozalnych, a jednocześnie wyjątkowo ponuro zabawnych sytuacji. Na przykład na portalu Onet ważniejszą informacją okazał się nieudany zakup mieszkania w Hiszpanii przez Polaka. Na Wp.pl to, jak wygląda dziś 80-letnia gwiazda serialu „Dynastia”. Na Gazeta.pl doniesienia o tym, ile można zarobić na złomie, na portalu TVN24 to, jak poseł udawał lokomotywę, zaś „Polityka” analizowała ceny psów. O dziwo w nielegalnej TVP w programie „19:30” znalazło się miejsce na 54-sekundową relację z marszu Solidarności, z której jednak dowiedzieliśmy się głównie o tym, że w proteście tym palce maczała zła prawica, bo… nie lubi zagranicy.
Jednocześnie sam fakt, że ten marsz się odbył, wywołał analogiczne do Miasteczka Gniewu reakcje twardego elektoratu Tuska. Najbardziej wymowny w tej materii był płaczliwo-furiacki wpis Mazguły. Podstawowe emocje, jakie z niego przebijały, to niezrozumienie i rozczarowanie, że za tej władzy, dla której nasz PRL-owski trep od urządzania ścieżek zdrowia tyle poświęcił i tak się zaangażował, wolno w ogóle Solidarności demonstrować. Strach władzy przed tą demonstracją był zrozumiały. Był to bowiem protest wyrywający się z logiki partyjnej, odwołujący się do problemów, które dotykają zwyczajnych ludzi, niezależnie od ich poglądów politycznych, z drożyzną na czele (dlatego nielegalna TVP usiłowała go sprowadzić do „sprzeciwu wobec UE”). Zauważmy jednak, jak zmieniła się reakcja władzy na tego typu wydarzenia, co widać szczególnie wtedy, gdy porównamy to z marszem rolników, który odbył się w marcu 2024 roku w Warszawie.
Śmieszność – konsekwencja słabości władzy
Jeszcze dwa lata temu władza była gotowa na bezpośrednie starcie. Na prowokacje, umieszczanie agentów wśród demonstrujących, inicjowanie przemocy. Temu wszystkiemu towarzyszył niesamowity wręcz ostrzał medialny. Wyśmiewanie i upokarzanie przeciwników rządu było standardem. Trwające całą dobę kampanie nienawiści wymierzone w uczestników protestów robiły z nich najgorszych prymitywów i troglodytów oraz, co jeszcze istotniejsze, w myśl komunistycznych wzorców – niebezpiecznych „dywersantów”, którzy są zagrożeniem dla dobrostanu reszty Polaków, tej lepszej, postępowej części. Niczego takiego nie zobaczyliśmy w przypadku marszu Solidarności czy Miasteczka Gniewu – zdecydowano się udawać, że tych wydarzeń po prostu nie ma.
Dlaczego władza przyjmuje taką taktykę? Słabość systemu, strach przed reakcją, brak poparcia dla tak radykalnych ruchów w obrębie samego układu władzy – to nasuwające się odpowiedzi, niemniej na tę chwilę pozostają one spekulacją. Jedno jest pewne. Rząd zrezygnował z radykalnej przemocy i nienawiści nie dlatego, że ich „nie chciał”, tylko uznał, że są one na ten moment zbyt ryzykowne oraz nie trafią już w emocje społeczne. To pokazuje jednak jakąś formę wycofania się i słabości władzy oraz naraża ją na śmieszność, bowiem jeszcze bardziej pogłębia rozdźwięk między groteskowymi, buńczucznymi odezwami, jakie wygłasza, oraz pozami, jakie przybiera, a rzeczywistością, nad którą traci kontrolę.
I tutaj dochodzimy do Tomasza Sakiewicza. W jego wypadku porażka władzy jest najdotkliwsza. W końcu miał być „zastępczym Ziobrą”, jak to określił Rafał Ziemkiewicz, dowodem na siłę i triumf władzy, której może główny „zły” się wymknął, ale za to pokaże stanowczość wobec jego „wspólników”.
Początek był z perspektywy uśmiechniętej władzy udany. Kampania nienawiści, oparta na dotyczących życia prywatnego fejkach, skucie asystentki, kpina i szydera, uderzenie w rodzinę – wszystko to, co uśmiechnięta Polska lubi najbardziej. Aż do momentu odwiedzin Sakiewicza w prokuraturze. Prokuratorzy i podległe im służby okazali się bezradni wobec demonstracji poparcia dla prezesa Republiki. Pokazali się jako śmieszni, nieudolni, bojący się podjąć jakąkolwiek decyzję, absolutnie pogubieni lokaje władzy. Początkowy zachwyt mediów Tuska i Silnych Razem prysł jak bańka mydlana. Wprawiło to w osłupienie twardy elektorat Tuska, a także sprzedane mu media. Niektóre cyngle z TVN-u czy „GW” wprost pisały, jakim prawem uśmiechnięty rząd pozwala na takie „cyrki” i dlaczego nie reaguje. Ta śmieszność, będąca konsekwencją słabości władzy, to coś, czego ekipa 13 grudnia boi się najbardziej. Albowiem populizm Tuska oparty jest tylko na demonizacji wroga oraz przedstawianiu siebie jako jedynej siły zdolnej go powstrzymać. Ten prymitywny, zdziecinniały manicheizm może trwać, tylko póki jego wyznawcy wierzą w siłę swojego wodza. Ten zaś ma coraz większe problemy z jej pokazywaniem. I jest to chyba też wskazówka dla demokratycznej i propaństwowej opozycji, w którym kierunku powinna iść ze swoim przekazem...
🔴 Elbląski #KlubGazetyPolskiej zaprasza na otwarte spotkanie z Adamem Borowskim
— Kluby "Gazety Polskiej" (@KlubyGP) June 5, 2026
🗓️ 9 czerwca (wtorek) 🕔 godz. 17:00
📍 Szkoła Wyższa im. Bogdana Jańskiego filia w Elblągu, ul. Stoczniowa 10#BudujemySpołeczeństwoObywatelskie pic.twitter.com/Q0s3nXnuqa