Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Urzędowanie po bolszewicku. Porządki „samogonnych Mefistów w leninowskich kurtkach”

Od 13 grudnia 2023 roku trwa systematyczne demolowanie instytucji uznanych za „pisowskie”. Mało kto przygląda się faktycznym zasługom i użyteczności tych jednostek i zamiast mścić się na pisowcach, władza po prostu szkodzi polskiej literaturze, sztuce, historii czy relacjom z innymi krajami. I to w bolszewickim stylu - pisze Jakub Maciejewski w "Gazecie Polskiej".

W debacie publicznej prawica nader często szafuje dosadnymi określeniami na lewicę i liberałów. Jednak bolszewicki styl nie polega tu na rozstrzeliwaniu czy używaniu siły fizycznej (choć i tak rząd przejmował na przykład państwowe media), ale na dumnej arogancji – im większa demolka dorobku państwa polskiego, tym potężniejsza satysfakcja jej autorów. Przypomina to scenę, w której w okupowanym przez Sowietów Lwowie na przełomie 1939 i 1940 roku bolszewiccy rektorzy uniwersyteccy z dumą przywracali stopnie naukowe profesorom. Ich zdaniem „wroga Polska” degradowała profesorów „nadzwyczajnych” na „zwyczajnych”, choć przecież to ten ostatni tytuł był najwyższym w hierarchii. Takie porządki platformianych „samogonnych Mefistów w leninowskich kurtkach” widać w polskich instytucjach, które – owszem, powołano za czasów PiS, ale które miały szereg poważnych zasług dla państwa polskiego.

Zwijanie czujności wobec Niemiec

Taki Instytut Strat Wojennych – ten, który wyliczył straty zadane Polsce przez Niemcy w czasie II wojny światowej na ponad 6 bilionów złotych – nie został wcale rozwiązany. Profesor Konrad Wnęk, dyrektor działającego od 2021 roku Instytutu, nie został zwolniony w normalny sposób, a jego jednostki nie zlikwidowano. Historyk po prostu dostał enigmatyczne pismo, że nie jest już dyrektorem, a w jego miejsce powołano... no, nie powołano nikogo. Jednostka więc istnieje bez dyrektora, bez szefostwa, nawet bez „pełniącego obowiązki”. Profesor Wnęk próbował w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów uzyskać – choćby dla samej formalności – albo uzasadnienie tej decyzji, albo informację o dalszych losach placówki, ale odpowiedziało mu wyniosłe milczenie. Wiele wskazuje na to, że oskarżany o proniemieckość rząd Tuska boi się zlikwidować wprost strukturę obnażającą odpowiedzialność niemiecką za spustoszenie w Polsce, więc zastosował pozademokratyczny paraliż. Coś jak hasło Trockiego: „Ani pokój, ani wojna” pobrzmiewa w Instytucie Strat Wojennych – ani nie pracuje, ani nie jest zlikwidowany. A następnym wielkim zadaniem zespołu miało być liczenie strat zadanych przez stronę rosyjską...

O Instytucie Pileckiego w ostatnim czasie jest dość głośno. Już sam fakt postawienia na jego czele profesora Krzysztofa Ruchniewicza, postulującego... wycenę mienia niemieckiego przejętego przez Polskę świadczy o tym, czyje interesy będzie reprezentował nowy dyrektor. Ale demolowaniu placówki, mającej swoją reprezentację w samym Berlinie, towarzyszą absurdalne zarzuty – rodem z ww. Lwowa, gdzie awans na profesora zwyczajnego był uznawany za degradację. Według Magdaleny Gawin, byłej wiceminister kultury, kontrolerzy tropiący rzekome nadużycia poprzednich lat sformułowali zarzut, że nauczanie o niedźwiedziu brunatnym przez placówkę jest niezgodne z ustawą. Problem w tym, że chodziło tu o „Misia Wojtka”, czyli legendarnego niedźwiedzia zakupionego przez żołnierzy Andersa w Persji, który później uczestniczył w pochodzie polskich żołnierzy aż pod Monte Cassino. Ignorancja godna szeregowego członka Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). 

Zwijanie literatury

Jak na bolszewików przystało, niszczy się również polską literaturę. W ramach tzw. „optymalizacji” połączono Instytut Książki z Instytutem Literatury, zatrudniając szereg nowych ludzi – w tym młodego asystenta Bartłomieja Sienkiewicza – Jakuba Przelaskowskiego. Sama fuzja instytucji posłużyła na pewno w jednym konkretnym celu – powołanie „nowej” jednostki dało możliwość natychmiastowego zwolnienia dyrekcji obu instytutów. A dalej likwidacji inicjatyw kulturalnych. Nową jakością funkcjonowania obu instytutów za czasów Zjednoczonej Prawicy było tworzenie inicjatyw, które dawały szanse zaistnienia młodym, debiutującym czy mało spektakularnym autorom. Powstawały różne czasopisma, organizowano konkursy literackie, aby dotychczas nieznane nazwiska mogły opublikować swoje opowiadania, poezje, dramaty, bez konieczności posiadania koneksji czy znajomości na salonach Warszawy czy Krakowa. I właśnie te czasopisma czy konkursy zlikwidowano w pierwszej kolejności – w kwietniu ukazał się ostatni numer „Twórczości”.

Takim publikacjom trudno było zarzucić „pisowskość”, bo publikowali tam także autorzy sympatyzujący z obecnym rządem – nawet jeśli więc rugowanie prawicy miałoby być z założenia słuszne, to i tak wylano tu dziecko z kąpielą. – Instytut Literatury organizował po kilka konkursów literackich rocznie, z głównymi nagrodami na poziomie 5 tys. zł – mówi nam człowiek z wnętrza Instytutu. – To nie były jakieś wielki kwoty, ale zadaniem, jakie wzięła na siebie nasza jednostka, było właśnie dawanie szansy początkującym. A przecież poza nagrodą pieniężną była – co dla twórców jest jeszcze ważniejsze – oficjalna publikacja – dodaje.

W Instytucie Literatury o powstrzymywanie koneksji dbano aż do przesady – nie ujawniano nawet nazwisk jurorów, by nikt nie wywierał presji i nie forsował swoich protegowanych. Jedna z wyróżnionych – dla jej dobra nie ujawniamy nazwiska – otrzymawszy nagrodę, zdumiona wyznała:

„Jestem zaskoczona, ja przecież nie znam nikogo wysoko postawionego”. 

Jak wynikało z państwowych szacunków, w Polsce pisze około 5 tysięcy  ludzi – tyle osób tworzy teksty nadające się do druku. Tymczasem duże wydawnictwa i literackie autorytety promują wąskie grono ludzi zajmujących się ich ulubionymi treściami. Instytut Literatury wydawał także szereg zapomnianych, wielkich dzieł polskiego pisarstwa. Na półkach księgarń znowu ukazała się „Sól ziemi” Józefa Wittlina czy trylogia ukraińska Józefa Łobodowskiego. Do tej pory te arcydzieła prozy były dostępne dla wybrańców, wydawane na emigracji w mikroskopijnym nakładzie. Czy Wittlin lub Łobodowski byli pisowcami, że ukarano za publikowanie ich powieści?

Skutecznie rozprawiono się także z Instytutem De Republica. Jednostka miała zajmować się wspieraniem polskiej nauki i promowaniem w kraju i za granicą. Istniała trzy lata, bo 30 czerwca 2024 roku ją ostatecznie zlikwidowano. Profesor Andrzej Przyłębski, wcześniej ambasador RP w Berlinie, a prywatnie mąż znienawidzonej przez establishment prezes Trybunału Konstytucyjnego, sam zaproponował swoją rezygnację, byle tylko ocalić instytut.

To nie pomogło. 

Zwijanie nauki

Jak przekonują byli pracownicy, Instytut i tak pracował w skromnych warunkach, bo dysponując 15 mln rocznie ich działania miały ograniczony zasięg.

Ale zajmowano się rzeczami ważnymi – przypominano poprzez konferencje, publikacje i wystawę postać ostatniego premiera RP na uchodźctwie – Tomasza Arciszewskiego. Inicjatywa ważna w kontekście bolszewickiego demolowania kultury, bo istniejąca wystawa nie trafiła nawet do polskiej szkoły w Londynie, mającej Arciszewskiego za patrona. Podkreślmy: władze nie przekazały wystawy już istniejącej, nie wymagało to ani pracy, ani ponoszenia kosztów, wymagało jedynie dobrej woli. 

Gdy jeden z uniwersytetów odmówił badaczom Słowiańszczyzny sfinansowania konferencji naukowej, z pomocą przyszedł właśnie instytut – i temu drobnemu gestowi warto się przyjrzeć bliżej. Jedną z koncepcji Zjednoczonej Prawicy było bowiem stworzenie niejako konkurencji czy też uzupełnienia dla działających uniwersytetów, często kostycznych, obsadzonych feudalnymi układami i ospale realizującymi pozadydaktyczne zadania. Kto funkcjonuje w świecie nauki, ten wie, że przed habilitacją uczony w strukturze średniowiecznej znaczy niewiele – a Instytut De Republica potrafił uhonorować młodych naukowców, którzy po prostu mieli osiągnięcia – a nie stopnie naukowe. Poprzednia władza stworzyła więc nowe, dynamiczne środowiska, wspierające tych, którzy na uniwersytetach natrafili na ścianę. Wraz z likwidacją takich instytucji monopol na wszelkie inicjatywy wraca znów do rektorów w gronostajach. 

Zwijanie państwa

To tylko kilka przykładów, które zostały umiejętnie sparaliżowane lub zlikwidowane. Instytut Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka niby istnieje, ale na jego stronie internetowej najnowszą aktualnością są... Bożonarodzeniowe życzenia. Tymczasem jest to placówka współpracująca z podobnymi sobie partnerami na Węgrzech – i tak oto zagraniczni współpracownicy patrzą na państwo polskie jak na twór pozbawiony ciągłości instytucjonalnych. Tak jest zresztą w innych dziedzinach – o swoje kontrakty zbrojeniowe z Polską boją się południowi Koreańczycy, a inwestorzy Centralnego Portu Komunikacyjnego mogą jedynie przewracać oczami. 

Najłatwiej było sparaliżować jednostki utworzone poza parlamentem, na przykład zarządzeniem prezesa Rady Ministrów trudniej się paraliżuje instytucje działające z mocy ustawy, choć i je nęka się kontrolami i dymisjami. Można też łamać prawo i egzekwować decyzje innymi sposobami.

Bezprawnie odwołano dyrektora Muzeum Historii Polski Roberta Kostro, podobnie postąpiono z dyrektorem Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, z dyrektor Instytutu „POLONIKA” czy z dyrektorem Narodowego Muzeum Morskiego. Bez rzeczowego uzasadnienia, bez koncepcji na kontynuację czy podejmowanie podobnych misji. Państwo przestaje wykonywać niektóre zadania i nic nam do tego.

Wielki wyjątek

Ale jest jeden wyjątek, którego zniszczyć – jak na razie – nie sposób. Powołany dwie i pół dekady temu Instytut Pamięci Narodowej to rozległa instytucja mająca umocowanie nie wśród politycznych protektorów, ale wśród weteranów Solidarności – obecnych także wśród zwolenników rządu, wśród ludowców odwołujących się do tradycji Mikołajczykowskiej, wśród sieci archiwalnych na całym świecie, które z IPN współpracują. W tym instytucjonalnym gigancie są też środowiska prawnicze – zwłaszcza w pionie lustracyjnym i w Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, których usieciowienie wykracza dalece poza którąkolwiek z partii. A przecież na IPN zakusy miały rządy lewicowe i koalicje PO-PSL. Ostatecznie z IPN wyszedł czarny koń tych wyborów – prezes Instytutu, dr Karol Nawrocki, a jak wynika z dawnych publikacji prezesa Jarosława Kaczyńskiego („Polska moich marzeń”) także Janusz Kurtyka miał być rozważany jako polityczny lider. Jeśli więc to duże jednostki są w stanie oprzeć się fanatycznie destrukcyjnej władzy, a nawet wyłonić przywódców dających nadzieję na powstrzymanie demokratury przed wtargnięciem do Pałacu Prezydenckiego – może więc receptą na niezależność są duże jednostki, zdolne do pełnienia roli oblężonych twierdz i dysponujące tysiącami pracowników, setkami milionów złotych i decydujące się na zadania o największej skali? W dobie szalonych sił demolujących Polskę tylko giganci są w stanie walczyć – duże instytucje, duże partie, duże media.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE Polityka