Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Tusk na wojnie z USA. Piotr Grochmalski o uderzeniu w transatlantyckie relacje

Przywódca USA zadecydował o radykalnym zwiększeniu o ponad 5 tys. liczby amerykańskich żołnierzy w Polsce, podkreślając, iż jest to wyłączna zasługa prezydenta Karola Nawrockiego – było to ostatnie ostrzeżenie dla Tuska. Rząd koalicji 13 grudnia bowiem coraz bardziej otwarcie przypomina reżim Jaruzelskiego, także w swojej wrogości wobec USA. Premier Donald Tusk i czerwony marszałek Sejmu, Włodzimierz Czarzasty, masakrują relacje z Waszyngtonem i niszczą polskie bezpieczeństwo - pisze Piotr Grochmalski w "Gazecie Polskiej".

Podczas dramatycznej rozmowy prezydenta Karola Nawrockiego z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem okazało się, jak wiele destrukcyjnych działań rządu w relacjach z USA ukrywanych było przed głową państwa polskiego. Na szaleństwa owej ekipy reakcja Stanów Zjednoczonych była do przewidzenia. Być może jesteśmy świadkami zasadniczej zmiany polityki USA wobec Polski.

Kuglarstwo Kosiniaka-Kamysza

Jak stwierdził Jacek Czaputowicz, były minister spraw zagranicznych, w stacji RMF:

„Administracja amerykańska uznała, że polski rząd, polskie władze są niewiarygodne, nie są w stanie zabezpieczyć sprawiedliwego procesu ministrowi Zbigniewowi Ziobro, udzielili mu gościny. Tak, to pokazuje też stan naszych relacji… To są kwestie relacji polsko-amerykańskich. Dlatego ta sprawa jest tak bardzo poważna, bo to jest takie wotum nieufności dla rządu, ten fakt udzielenia gościny. (…) bo przecież Stany Zjednoczone w międzyczasie wstrzymały relokację wojsk, 4 tys. żołnierzy. To jest bardzo poważny problem teraz. Jesteśmy pogubieni w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi zupełnie, nie ma tutaj koordynacji. Przecież Stany Zjednoczone zrobiły to świadomie… Musimy zrozumieć ten gest”. 

Najgorszy od początku III RP minister obrony, skrajnie uległy wobec szaleństw Tuska, Władysław Kosiniak-Kamysz, po spotkaniu z szefem Pentagonu, Pete’em Hegsethem, napisał na platformie X: „Zakończyłem rozmowę z Pete’em Hegsethem. Sekretarz obrony USA potwierdził, że nie zmienia się zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w obronę i bezpieczeństwo Polski. Nasze relacje wojskowe są silne i zostały dziś jednoznacznie potwierdzone. Wielokrotnie w trakcie rozmowy usłyszałem, że Polska jest modelowym sojusznikiem i w pełni może liczyć na Stany Zjednoczone. Trwa proces przegrupowania sił i środków armii USA w Europie, ale żadna decyzja o zmniejszeniu zdolności wojsk amerykańskich w Polsce nie zapadła. Decyzje, które są podejmowane, nie są w żaden sposób wymierzone w nasze strategiczne partnerstwo. Pentagon przygotowuje właśnie nowy plan rozmieszczenia swoich wojsk w całej Europie. Umówiliśmy się na dalszą współpracę nad wzmacnianiem bezpieczeństwa Polski i docelowym modelem obecności wojsk amerykańskich w Polsce”. A więc coś na kształt propagandy rządowej TV – „lanie wody”.

Czaputowicz ocenił drastycznie owo kuglarstwo Kosiniaka-Kamysza:

„Bardzo mnie niepokoi ten komunikat. On oznacza, że nie ma decyzji na przykład takiej, że były nadzieje, że te 4 tys. żołnierzy nie przyjedzie, ale na przykład w zamian tego będą przesunięte jakieś siły z Niemiec. Nic takiego nie ma. Czyli to jest takie przykrycie tego – mówię kolokwialne – tego poważnego faktu, tej klęski dyplomatycznej – ograniczenia o 40 proc. liczby żołnierzy amerykańskich w naszym kraju. (…) Ja myślę, że jest to takie pęknięcie balonu, taka jakościowa zmiana, przelanie czary goryczy. (…) to jest reakcja na naszą politykę, naszego rządu. Po prostu w każdym momencie staramy się [wsadzać – przyp. red.] ten kij w szprychy polityki amerykańskiej, krytykujemy. Są głosy, że to jest reakcja na słowa premiera Donalda Tuska, który ostatnio pouczał Stany Zjednoczone, że mają prowadzić rozważną politykę wobec Iranu. No to i Stany Zjednoczone do tej pory, moim zdaniem, jakby chroniły Polskę, krytykowały raczej Niemcy. (…) Też ze względu na dobre stosunki na przykład z prezydentem. A teraz już stwierdziły, że nie będą tego robić. A teraz te stosunki są takie, jakie są naprawdę, a nie takie, jak ten balon o bliskim sojuszu polsko-amerykańskim nadmuchany w Polsce, bo to jest nieprawda. (…) Wydaje mi się, że z perspektywy Stanów Zjednoczonych nie jesteśmy, bo my odpowiadamy negatywnie na różne oczekiwania i prośby, na przykład o wstąpienie do Rady Pokoju w sprawie Strefy Gazy. Myśmy to obśmiali, rozmieszczenie baterii Patriot w jednym z państw arabskich dla obrony przed atakami –  odpowiedzieliśmy negatywnie. Te słowa krytyki, że nie będziemy podbierać żołnierzy… i to nasze ciągłe mówienie, że Bóg wie ile płacimy tym żołnierzom, żeby oni tu byli. To jest wręcz obrażające dla Stanów Zjednoczonych, tak jakby oni tu byli dla jakichś pieniędzy. (…) Stany Zjednoczone oczekują sojuszu czy też wspólnej polityki, wspólnych interesów”.

Miał być pokazowy proces Ziobry, a jest ośmieszony Tusk

Frustracja Tuska, że nie udało mu się zakuć w kajdany Zbigniewa Ziobry, aby wzbudzić entuzjazm wśród sputinizowanych wyznawców koalicji 13 grudnia, eksplodowała. Sam sprawca katastrofy w naszych relacjach z USA, z trudnym do ukrycia zdenerwowaniem, tak wypowiedział się do mediów w trakcie posiedzenia rządu (dokładny zapis, zgodny z relacją reżimowej TVP):

„Relacje polsko-amerykańskie są także w centrum zainteresowania w związku z bulwersującą sprawą, jaką jest udzielenie wizy, zgody na pobyt ściganemu przez państwo polskie Zbigniewowi Ziobrze. Bardzo bym chciał, aby zarówno minister spraw zagranicznych, pan premier Sikorski, minister sprawiedliwości Waldemar Żurek, aby przedstawili naszym amerykańskim partnerom komplet informacji, ale także, mówię nie tylko o waszych odpowiednikach, ale także amerykańskiej opinii publicznej i tych politykach i liderach opinii publicznej, którzy mogą mieć znaczenie w wyjaśnieniu, dlaczego tak ważne jest dla nas, abyśmy mogli liczyć również wtedy, kiedy ścigamy przestępców lub osoby, na których ciążą tak poważne zarzuty, jak na ministrze Ziobrze”.

Według Agencji Reutera decyzję o wizie dla Zbigniewa Ziobry miał podjąć człowiek numer dwa w amerykańskim Departamencie Stanu, zastępca Marco Rubio, Christopher Landau. 

Owe wotum nieufności USA wobec ekipy Tuska wywołało tylko jeszcze większą furię szefa ekipy 13 grudnia. Oskarżenia skierowane zostały wobec TV Republika, która miała rzekomo tak ogromne wpływy w Waszyngtonie, że pomogła Ziobrze w uzyskaniu amerykańskiej ochrony przed tuskowym wymiarem sprawiedliwości. 

A prawda jest oczywista. Coraz więcej przesłanek wskazuje na to, że sposób prowadzenia polityki przez rząd Donalda Tuska – zarówno w warstwie komunikacyjnej, jak i w konkretnych decyzjach – musiał realnie obniżyć gotowość USA do wzmacniania wojskowej obecności w Polsce, a w skrajnym ujęciu nawet zniechęcić do relokacji części sił wycofywanych z Niemiec.

W wypowiedziach przedstawicieli administracji amerykańskiej widać wyraźnie zmianę tonu: wiceprezydent J.D. Vance podkreślał, że „to nie redukcja, to po prostu standardowe opóźnienie rotacji”, a jednocześnie akcentował potrzebę „wzięcia większej odpowiedzialności przez Europę”. Tego typu komunikaty są charakterystyczne dla sytuacji, w której państwo gospodarz przestaje być postrzegane jako kluczowy punkt ciężkości strategii, a staje się jedynie elementem szerszej układanki, który nie wymaga dodatkowego uprzywilejowania. 

Innymi słowy, nie ma tu sygnału woli wzmacniania Polski kosztem innych lokalizacji, mimo że pojawiła się ku temu okazja w związku z redukcją sił USA w Niemczech. Kluczowy problem polega na tym, że – jak wynika z twardych faktów – strona polska nie tylko nie podjęła intensywnych działań, aby przyciągnąć część tych sił, lecz wręcz wysyłała sygnały odwrotne. 

Amerykanie odczytują konfrontacyjną politykę Polski

Deklaracja premiera, że Polska „nie będzie podbierać żołnierzy amerykańskich”, została w Waszyngtonie odczytana nie jako przejaw elegancji dyplomatycznej, lecz jako brak zainteresowania zwiększeniem obecności USA. W logice polityki amerykańskiej – co wielokrotnie podkreślano m.in. w analizach Hudson Institute czy „Foreign Policy” – obecność wojskowa jest funkcją interesu, a nie deklaracji sojuszniczych. Jeśli partner nie artykułuje potrzeby zwiększenia obecności, trudno oczekiwać, by USA działały wbrew tej postawie. 

To ten aspekt podnosił także Jacek Czaputowicz, wskazując, że anulowanie planów wysłania brygady było „odpowiedzią Stanów Zjednoczonych na konfrontacyjną politykę Polski”. Niezależnie od oceny tej tezy wpisuje się ona w szerszy konsensus analityczny: relacje sojusznicze wymagają nie tylko formalnej lojalności, lecz także aktywnego podtrzymywania percepcji wspólnoty interesów.

W analizach brytyjskiego Royal United Services Institute (RUSI) podkreśla się, że „military posture follows political trust” – rozmieszczenie wojsk podąża za zaufaniem politycznym. Na ten brak spójności wskazują także inne elementy. Z jednej strony polskie władze zapewniają – jak minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz – że „Polska jest modelowym sojusznikiem”, z drugiej jednak – Biuro Bezpieczeństwa Narodowego sygnalizuje brak przygotowania negocjacyjnego i niedostateczny przepływ informacji z MON, co „utrudnia zaangażowanie” w rozmowy z USA. Tego typu rozbieżności wpisują się w problem, który regularnie opisują analitycy Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia – brak spójności między komunikatem politycznym a działaniem operacyjnym obniża wiarygodność państwa jako partnera.

Tuskizm jako doktryna miłującej nienawiści

Dochodzi szerszy kontekst polityczny. W analizach „Foreign Affairs” oraz Institute for the Study of War podkreśla się, że USA coraz częściej oczekują od sojuszników nie tylko wydatków na obronność, lecz także politycznego „alignmentu” – zgodności w kluczowych kwestiach strategicznych. Tymczasem wskazywane przez krytyków działania rządu – brak aktywnej odpowiedzi na amerykańskie inicjatywy (na przykład w kontekście Bliskiego Wschodu), forsowanie europejskich instrumentów postrzeganych w Waszyngtonie jako konkurencyjne (jak SAFE) czy publiczne podważanie wiarygodności art. 5 NATO – musiały zostać odebrane jako sygnały dystansowania się od USA. 

W tym sensie decyzja o wstrzymaniu rotacji brygady – niezależnie od jej formalnego uzasadnienia – wpisuje się w logikę „strategicznej selektywności”: USA utrzymują obecność w Polsce, ale nie widzą powodu, by ją rozszerzać w sytuacji niejednoznacznych sygnałów politycznych. Co więcej, brak inicjatywy ze strony Warszawy sprawia, że potencjalne przesunięcia sił mogą trafić do innych państw, które aktywniej zabiegają o ich obecność. 

Na to nakłada się jeszcze jeden element: percepcja stabilności wewnętrznej państwa. W literaturze Atlantic Council podkreśla się, że „wiarygodność wśród sojuszników buduje się poprzez konsekwentne sygnalizowanie i niezawodność instytucjonalną”. Doniesienia o sporach wewnętrznych, napięciach politycznych czy prześladowaniu na wielką skalę mediów opozycyjnych i dziennikarzy antyreżimowych, w tym wielka operacja z użyciem służb i policji wymierzonej w TV Republika i wPolsce24, muszą osłabiać obraz Polski jako przewidywalnego partnera, a przedstawiać nasz kraj jako rodzący się nowy reżim autorytarny, gdzie wola Tuska staje się knajackim prawem. Dla USA, które planują rozmieszczenie sił w perspektywie wieloletniej, stabilność polityczna i instytucjonalna ma znaczenie równie duże jak położenie geograficzne. 

W rezultacie powstaje obraz, w którym decyzje Waszyngtonu nie są wyłącznie funkcją globalnej strategii, lecz także odpowiedzią na szokujące sygnały płynące od rządu koalicji 13 grudnia. Jeśli państwo frontowe NATO nie tylko nie zabiega o zwiększenie obecności wojskowej, ale momentami wysyła jednoznaczne komunikaty podważające sens tej obecności, to naturalną konsekwencją jest ograniczenie ambicji USA wobec tego kierunku. Nie musi to oznaczać zerwania sojuszu – ale oznacza utratę statusu priorytetowego partnera w regionie.

Dekalog kłamstw Tuska w sprawie USA

Skala zakulisowej gry Tuska w celu zniszczenia wiarygodności Polski wobec USA jest porażająca. Ale równocześnie z pełnym tupetem stwierdził on na konferencji prasowej w styczniu 2026 roku:

„Jestem chyba najbardziej proamerykańskim politykiem w Europie. Trudno sobie bardziej proamerykańskiego wyobrazić. (...) Nie jestem entuzjastą wielu działań [Donalda Trumpa – przyp. P.G.], ale w niczym nie zmienia to mojego przekonania, że USA, Europa i NATO to jedyna szansa na przetrwanie naszego świata”. 

Teza ta stoi w jaskrawej sprzeczności z jego działaniami, a także antyamerykańskimi szaleństwami ekipy 13 grudnia, które – w świetle analiz ośrodków takich jak „Foreign Affairs”, RUSI czy Hudson Institute – winny być interpretowane jako osłabiające spójność relacji transatlantyckich. 

Po pierwsze, publiczne kwestionowanie wiarygodności art. 5 NATO przez Tuska – w duchu pytania, czy USA „są gotowe być tak lojalne, jak opisano to w naszych traktatach” – stoi w oczywistej sprzeczności z podstawową zasadą odstraszania, którą RUSI definiuje jako konieczność „spójnego i jednoznacznego sygnalizowania determinacji sojuszniczej”. 

Po drugie, deklaracja premiera, że Polska „nie będzie podbierać żołnierzy amerykańskich” wycofywanych z Niemiec, została odebrana jako brak politycznej woli zwiększania obecności USA w RP, co koliduje z praktyką państw najbardziej proamerykańskich, które – jak wskazuje Hudson Institute – aktywnie zabiegają o stałą obecność wojskową jako narzędzie odstraszania. 

Po trzecie, dystans Tuska wobec wszelkich inicjatyw amerykańskich w innych teatrach działań (na przykład brak zaangażowania w projekty bezpieczeństwa poza Europą) wpisuje się w to, co „Foreign Policy” opisuje jako „selective alignment”, czyli wybiórcze wspieranie USA, które drastycznie osłabia zaufanie strategiczne Stanów Zjednoczonych do Polski. 

Po czwarte, równoczesne egzaltowane akcentowanie przez Tuska autonomii europejskiej – w tym odwoływanie się do art. 42 ust. 7 Traktatu o Unii Europejskiej jako potencjalnego, kluczowego filaru bezpieczeństwa RP – musi być odczytywane w Waszyngtonie jako próba osłabiania NATO, co w analizach Institute for the Study of War bywa interpretowane jako czynnik rozmywający jednoznaczność architektury bezpieczeństwa. 

Po piąte, brak jakichkolwiek wyprzedzających działań dyplomatycznych ekipy Tuska wobec relokacji wojsk USA z Niemiec – przy jednoczesnych sygnałach o braku zainteresowania ich przyjęciem – stoi w sprzeczności z logiką aktywnych działań danego państwa, którą Atlantic Council uznaje za standard w relacjach sojuszniczych. 

Po szóste, niespójność komunikacyjna między deklaracjami politycznymi a działaniami instytucjonalnymi – wskazywana choćby przez rządowy Ośrodek Studiów Wschodnich – podważa wiarygodność państwa jako partnera operacyjnego, co bezpośrednio wpływa na decyzje o rozmieszczeniu amerykańskich sił. 

Po siódme, radykalnie krytyczne wypowiedzi wobec wybranych elementów polityki administracji Donalda Trumpa – w zestawieniu z innymi antyamerykańskimi działaniami – tworzą obraz mocnego, politycznego dystansu, który według „Foreign Affairs” „ma znaczenie nie tyle w treści, co w kumulacji sygnałów”. 

Po ósme, brak jakichkolwiek widocznych działań wzmacniających bilateralny wymiar relacji wojskowych w momencie przeglądu amerykańskiej obecności w Europie rozbija tezę o priorytetowym traktowaniu USA przez rząd Tuska. 

Po dziewiąte, sygnały dotyczące brutalnych działań wewnętrznych wobec politycznej opozycji i niszczenie instytucjonalnych filarów państwa – niezależnie od ich przyczyn – wpływają na ocenę stabilności Polski jako partnera, co w analizach RUSI jest wskazywane jako jeden z czynników determinujących decyzje o rozmieszczeniu amerykańskich sił. 

Po dziesiąte, brak konsekwentnej narracji koalicji 13 grudnia, podkreślającej wspólnotę interesów strategicznych z USA – zastępowanej komunikatami alarmistycznymi, antyamerykańskimi – stoi w jaskrawej sprzeczności z tym, co Hudson Institute określa jako warunek „utrzymywanego sygnalizowania sojuszu”. 

W efekcie powstaje wyraźna dychotomia między deklaracją o rzekomo „najbardziej proamerykańskiej” postawie Tuska a praktyką polityczną, która generuje w Waszyngtonie wątpliwości co do przewidywalności i użyteczności Polski rządzonej przez reżim koalicji 13 grudnia jako kluczowego partnera strategicznego.

To szaleństwo prowadzi naród ku katastrofie

Ten chorobliwy antyamerykanizm Tuska jest groźny dla Polski, bowiem prowadzi do radykalnego osłabienia naszych zdolności do odstraszania. Nikt nie oczekuje od niego, aby lubił USA, ale jako premier musi uznać oczywisty fakt, iż Stany Zjednoczone są największą potęgą militarną świata i silne sojusznicze relacje z Waszyngtonem potężnie wzmacniają nasze bezpieczeństwo i naszą pozycję w Europie. Utopią są natomiast wszelkie absurdalne wypowiedzi Tuska, który sądzi, że europejska armia skutecznie zastąpi USA w Europie i zapewni nam bezpieczeństwo.

Colin Freeman w obszernej analizie opublikowanej w „The Telegraph” pokazuje utopijność takich pomysłów. Jego tekst stanowi mocny argument przeciwko wizji bezpieczeństwa europejskiego, którą coraz wyraźniej promuje Donald Tusk, zakładającej stopniowe uniezależnienie Europy od Stanów Zjednoczonych i budowę europejskich struktur wojskowych zdolnych zastąpić NATO jako główny gwarant bezpieczeństwa Polski. Autor pokazuje bowiem, że idea „euroarmii” od dziesięcioleci pozostaje jedynie politycznym symbolem bezsilności Europy, a nie realnym projektem strategicznym. 

Już samo to, że koncepcję wspierali wcześniej zarówno Jacques Chirac, jak i Angela Merkel, a mimo to nie wyszła poza poziom deklaracji, świadczy o strukturalnej słabości tego pomysłu. Freeman przypomina, że kolejne „momenty Europy” kończyły się fiaskiem, a wezwanie Emmanuela Macrona do budowy „prawdziwej europejskiej armii” poprzedziło rosyjską inwazję na Ukrainę, która brutalnie obnażyła militarną zależność Europy od USA. 

W tym sensie polityka Tuska wydaje się opierać bardziej na politycznych osobistych aspiracjach niż na strategicznym realizmie. Freeman podkreśla, że nawet państwa najbardziej zagrożone przez Rosję nie uwierzyły w skuteczność unijnych gwarancji bezpieczeństwa. Najbardziej wymownym przykładem jest fakt, iż po agresji rosyjskiej na Ukrainę Finlandia i Szwecja nie próbowały wzmacniać unijnych struktur obronnych, lecz natychmiast weszły do NATO.

Jak zauważa Ed Arnold z RUSI, „nikt tak naprawdę w to nie wierzy”, skoro nawet członkowie UE szukali ochrony właśnie pod amerykańskim parasolem nuklearnym. To zdanie uderza w sam rdzeń koncepcji lansowanej dziś przez część europejskich elit politycznych, w tym przez środowisko Tuska: jeśli państwa frontowe nie uznają UE za wiarygodny blok wojskowy, trudno oczekiwać, by Polska mogła bezpiecznie oprzeć na nim swoją strategię bezpieczeństwa. 

Zależni od amerykańskiej potęgi

Problem nie sprowadza się wyłącznie do liczby żołnierzy czy wydatków wojskowych. Europa nie posiada podstawowych narzędzi prowadzenia nowoczesnej wojny: „bezpiecznego systemu łączności wojskowej” ani niezależnego wywiadu strategicznego. Arnold przypomina, że przed rosyjską inwazją to „Stany Zjednoczone i Wielka Brytania ostrzegały”, podczas gdy Francja i Niemcy nie wierzyły w możliwość wojny. To niezwykle istotny argument przeciwko wizji strategicznej autonomii Europy. 

Państwo może posiadać setki tysięcy żołnierzy, ale bez skutecznego rozpoznania, satelitów, systemów dowodzenia i odstraszania nuklearnego pozostaje zależne od potęgi amerykańskiej. Tymczasem retoryka Tuska często sugeruje, że Europa jest niemal gotowa przejąć pełną odpowiedzialność za bezpieczeństwo kontynentu, choć Freeman pokazuje, iż luka technologiczna i organizacyjna wobec USA pozostaje ogromna i się powiększa. Trafnie zwraca też uwagę na polityczny problem europejskiej armii: brak wspólnej tożsamości strategicznej.

Z kolei Paul Taylor zauważa, że Europejczycy „niechętnie służą pod dowództwem innych Europejczyków”, a pytanie, czy Polacy zgodziliby się na niemieckiego naczelnego dowódcę, pozostaje bez odpowiedzi. Dla Polski jest to kwestia szczególnie drażliwa historycznie i politycznie. Wizja armii europejskiej oznaczałaby w praktyce podporządkowanie polskiej polityki bezpieczeństwa arbitralnym decyzjom Berlina, Paryża lub brukselskich instytucji. 

Kurs, który Tusk próbuje narzucić Rzeczypospolitej, prowadzi do ograniczenia polskiej suwerenności strategicznej pod pozorem emancypacji od USA. Freeman pokazuje paradoks całego projektu: sama dyskusja o europejskiej armii może „przyspieszyć wycofanie się Ameryki z Europy”, osłabiając NATO, jeszcze zanim Europa będzie gotowa przejąć odpowiedzialność za własną obronę. To szczególnie groźne dla Polski, której bezpieczeństwo od 1989 roku opiera się przede wszystkim na obecności militarnej USA. 

Wniosek jest oczywisty – Tusk, próbując wzmacniać europejski filar bezpieczeństwa kosztem relacji transatlantyckich, przyczynia się do erozji jedynego systemu odstraszania, który Rosja traktuje poważnie. Jak mówi Arnold: „Rosjanie zawsze będą się martwić o to, co zrobi Ameryka, ale znacznie mniej martwią się o Europejczyków”. Ta analiza obnaża fundamentalny problem europejskiej autonomii strategicznej: odstraszanie działa tylko wtedy, gdy przeciwnik wierzy w gotowość użycia siły. A jedynie USA ma taką determinację. 

Tusk, niszcząc nasze relacje ze Stanami Zjednoczonymi, zachowuje się jak wróg narodu polskiego, bo prowadzi nas do kolejnej, wielkiej katastrofy.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Polityka