Zachowanie prezydenta Karola Nawrockiego podczas poniedziałkowej konferencji z prezydentem Węgier poruszyło w posadach część mediów i opinii publicznej. Polityk stanowczo zwrócił się do dziennikarza TVN24, co władza i bliskie jej środowiska zaczęły interpretować jako zachowanie - tutaj cytaty - „rodem z ustawek kibolskich”, „przemocowe” czy „żulerskie”.
Głos zabrał też główny kontrkandydat prezydenta w ostatnich wyborach, Rafał Trzaskowski.
- „Wyjadę ci z czachy” - mniej więcej w ten sposób rozmawia z dziennikarzami. To dosyć ciekawe podejście do dziennikarstwa. […] Panu prezydentowi chyba powoli odbija woda sodowa do głowy - mówi prezydent Warszawy.
Trzaskowski zapędził się w krytyce, zapominając najwyraźniej o zajściu z kampanii wyborczej. To przypomniał mu główny poszkodowany tamtych wydarzeń, Janusz Życzkowski, dziennikarz Telewizji Republika.
„Dziękuję Rafałowi Trzaskowskiemu za to nagranie, pomogło przygotować wartościowy materiał. Pozostaje przeprosić, zapłacić za okulary i będziemy kwita”
- zwrócił się do prezydenta Warszawy.
Chodzi o zajście z kwietnia ubiegłego roku. Trzaskowski odwiedził Wieluń, gdzie po spotkaniu z sympatykami usłyszał serię niewygodnych pytań od Życzkowskiego. Dziennikarz nie usłyszał odpowiedzi - zamiast tego ochroniarze polityka go zaatakowali.
- Zostałem uderzony w korpus, popchnięty. Mój sprzęt wylądował na ziemi i został zniszczony. Straciłem też okulary
- relacjonował Życzkowski.
Dzień po tym pojawiła się informacja, że stan zdrowia Życzkowskiego uległ pogorszeniu i mężczyzna wymagał opieki lekarskiej. Jak dowiodła później obdukcja, Życzkowski doświadczył rozstroju zdrowia powyżej siedmiu dni, co według przepisów prawa oznacza, że czyn kwalifikowany jest jako przestępstwo i sprawa powinna być ścigana z urzędu. Rzecz jasna - nic takiego nie miało miejsca.