Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Sędzia Monika Smusz-Kulesza o tzw. “prawyborach” do KRS: były de facto ustawione pod konkretne osoby

Zwróciliśmy się do posłów o wybór na nową kadencję KRS takich członków, którzy są sędziami niezależnymi, o uznanym dorobku zawodowym i zdolnymi do reprezentowania całego środowiska sędziowskiego, a nie wyłącznie osób zrzeszonych w stowarzyszeniach “Iustitia” i “Themis” - mówi w wywiadzie dla portalu Niezależna.pl dr Monika Smusz-Kulesza, sędzia Sądu Okręgowego w Łodzi, prezes Ogólnopolskiego Zrzeszenia Sędziów "Aequitas". Zdaniem naszej rozmówczyni, procedura tzw. “prawyborów” podczas zgromadzeń sędziowskich odbyła się poza zakresem ich kompetencji i bez podstawy ustawowej. Podkreśla też, że sędziowie, którzy wzięli w nich udział, “w żadnym razie nie stanowią reprezentatywnej części tego środowiska”.

Przemysław Obłuski: Jak ocenia pani prawne skutki środka zabezpieczającego ETPCz z 5 maja w sprawie nowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego? Czy prezes TK oraz prezydent są zobowiązani wykonać to zabezpieczenie, a jeśli nie – jakie mogą być tego konsekwencje? 

Sędzia Monika Smusz-Kulesza: Na tym tle szczególnie problematyczny jest przekaz medialny, który w istotny sposób zniekształca znaczenie środka zabezpieczającego. Z komunikatu prasowego ETPCz nie wynika ani stwierdzenie, że nowo wybrane osoby są sędziami Trybunału Konstytucyjnego, ani nakaz dopuszczenia ich do orzekania. Trybunał zobowiązał jedynie Polskę, na podstawie art. 39 Regulaminu, do zapewnienia, by jej władze powstrzymały się od utrudniania wykonywania czynności przez osoby wyłonione przez Sejm.  

Obserwuj Niezalezna.pl w Google! Wejdź na nasz profil, a następnie kliknij „Obserwuj w Google”

W konsekwencji nie można uznać, że prezes Trybunału Konstytucyjnego czy prezydent zostali zobowiązani do podjęcia konkretnych działań o charakterze ustrojowym lub personalnym. Środek zabezpieczający ma charakter negatywny – obowiązek nieutrudniania – i jego ewentualne niewykonanie może rodzić wyłącznie konsekwencje na płaszczyźnie odpowiedzialności międzynarodowej państwa, bez automatycznego skutku w krajowym porządku konstytucyjnym i bez rozstrzygnięcia sporu dotyczącego statusu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. 

Ocena prawnych skutków środka zabezpieczającego ETPCz z 5 maja wymaga uporządkowania zarówno jego treści, jak i kompetencyjnych podstaw działania Trybunału. Przede wszystkim należy podkreślić brak wyraźnej kompetencji traktatowej ETPCz do ingerowania w organizację sądownictwa konstytucyjnego. Europejska Konwencja Praw Człowieka nie reguluje ustroju trybunałów konstytucyjnych ani trybu powoływania ich sędziów, a art. 6 EKPC nie ma zastosowania do trybunałów konstytucyjnych sensu stricto. Konwencja opiera się na zasadzie subsydiarności i uznaje szeroki margines oceny państw w sprawach ustrojowych, które należą do rdzenia konstytucyjnej tożsamości państwa; w konsekwencji ETPCz nie posiada kompetencji do abstrakcyjnej kontroli ustrojowej ani do rozstrzygania sporów personalnych dotyczących obsady organów konstytucyjnych. 

Wspomniała pani o medialnych zniekształceniach i uproszczeniach wokół tego orzeczonego przez ETPCz środka zabezpieczającego. Mówi pani także - jak rozumiem - o pewnej uzurpacji kompetencji i jakiejś dziwnej, ingerującej w porządek prawny państw członkowskich interpretacji obowiązujących przepisów. Mieliśmy z tym zjawiskiem do czynienia wielokrotnie ze strony TSUE, a obecnie także ETPCz. Z czego to wynika? 

Rzeczywiście obserwujemy dziś tendencję, która budzi poważne wątpliwości co do tego, czy orzecznictwo trybunałów europejskich w sprawach ustrojowych mieści się w granicach ich kompetencji. Choć TSUE i ETPCz są instytucjami o odmiennym charakterze i podstawach prawnych, w obu przypadkach można dostrzec skłonność do rozszerzającej wykładni uprawnień, niewynikającej wprost z aktów założycielskich.  

Takie przesunięcie akcentów można częściowo wiązać z oczekiwaniami politycznymi i społecznymi wobec trybunałów międzynarodowych jako arbitra w sporach wewnętrznych. Nie zmienia to jednak faktu, że naruszanie zasady subsydiarności i konstytucyjnej autonomii państw w dłuższej perspektywie może osłabiać autorytet tych instytucji zamiast go wzmacniać. 

Europejski Trybunał Praw Człowieka został powołany do ochrony praw i wolności jednostki gwarantowanych w Konwencji. Jego zasadniczym zadaniem jest rozpoznawanie indywidualnych skarg i ocena, czy w konkretnym przypadku doszło do naruszenia praw człowieka. Tymczasem orzeczenia, w których Trybunał de facto wypowiada się o organizacji instytucji państwowych czy rozwiązaniach ustrojowych, stanowią bardzo dalekie odejście od tej funkcji. 

Konwencja nie jest instrumentem kontroli ustroju państw ani procedur powoływania sędziów sądów konstytucyjnych. Prawo do sądu, które gwarantuje, odnosi się do rozstrzygania indywidualnych spraw jednostki, a nie do działalności organów dokonujących abstrakcyjnej kontroli prawa. Z tego punktu widzenia rozszerzanie przez ETPCz swojej jurysdykcji na sferę ustrojową musi budzić zdziwienie i pytania o granice jego mandatu. 

Czy w obecnej sytuacji prawnej - mam na myśli niezłożenie ślubowania przez czterech wybranych przez Sejm sędziów TK i niedopuszczenie ich w związku z tym do orzekania przez prezesa TK - można wyobrazić sobie powstanie dwóch równoległych składów Trybunału? Z publicznych wystąpień wielu polityków i niektórych dziennikarzy wynika, że taka ewentualność może być na serio brana pod uwagę. Jakie miałoby to znaczenie dla mocy prawnej wydawanych przez nie orzeczeń? 

Z punktu widzenia prawa taki scenariusz jest całkowicie niedopuszczalny. Konstytucja przewiduje istnienie jednego Trybunału Konstytucyjnego, działającego w określonym składzie i nie pozostawia żadnej przestrzeni dla funkcjonowania równoległych „trybunałów” czy alternatywnych składów orzekających. Powstanie dwóch Trybunałów oznaczałoby całkowite zerwanie z porządkiem konstytucyjnym i podważenie samej zasady państwa prawa. 

Jednocześnie obecna sytuacja pokazuje, że normy prawne nie zawsze stanowią realną barierę dla działań podejmowanych w imię bieżących interesów politycznych. Już dziś widać głębokie pęknięcie w postrzeganiu różnych instytucji prawnych – funkcjonują de facto dwie grupy sędziów. Z jednej strony są sędziowie powołani po 2017 roku, którzy normalnie orzekają i wydają wyroki, z drugiej zaś część środowiska prawniczego, w szczególności aktywiści związani ze stowarzyszeniami “Iustitia” i “Themis”, kwestionuje ich status, uznając ich za “nie-sędziów”, a wydawane przez nich orzeczenia za pozbawione mocy prawnej. 

Ta praktyka delegitymizowania obowiązujących instytucji i ich rozstrzygnięć tworzy bardzo niebezpieczny precedens. Skoro już dziś akceptuje się narrację, w której wyroki jednych sędziów uznaje się, a innych z góry odrzuca, to nie można wykluczyć eskalacji w postaci prób tworzenia równoległych struktur. Byłby to jednak scenariusz skrajnie sprzeczny z Konstytucją, prowadzący do chaosu prawnego i całkowitego podważenia pewności prawa, a co za tym idzie – autorytetu państwa i jego instytucji. 

Minister Bodnar, a następnie Żurek zapewniali, że przywrócą praworządność. Ich dotychczasowe propozycje w tym zakresie nie znajdują jednak akceptacji prezydenta. Czy możliwe jest przywrócenie “starego porządku” w odniesieniu do TK, KRS, nominacji sędziów bez zmiany konstytucji? Jakie ryzyko rodziłoby takie rozwiązanie z punktu widzenia zasady pewności prawa i ochrony zaufania do państwa? 

W mojej ocenie nie jest możliwe “przywrócenie starego porządku” tzn. powrót do stanu sprzed 2016 roku w odniesieniu do Trybunału Konstytucyjnego, KRS czy nominacji sędziowskich wyłącznie mocą ustawy, bez zmiany Konstytucji. Obowiązujący stan faktyczny i prawny nie może zostać zniesiony aktem ustawowym, nawet jeśli ustawa jest przedstawiana jako środek naprawy praworządności. Propozycje zmierzające do cofnięcia sędziów powołanych po 2017 roku na wcześniej zajmowane stanowiska, a w przypadku części z nich – do całkowitego pozbawienia urzędu, pozostają w oczywistej sprzeczności z Konstytucją. Zasada nieusuwalności sędziów ma charakter fundamentalny i nie może zostać uchylona zwykłą ustawą. 

Warto przy tym podkreślić skalę problemu – mówimy o kilku tysiącach sędziów, których status miałby zostać zakwestionowany w drodze aktu ustawowego. Nawet organy i trybunały często przywoływane jako punkt odniesienia w debacie – w tym Komisja Wenecka, TSUE czy ETPCz – nie postulują rozwiązań polegających na masowym usuwaniu sędziów z urzędu z pominięciem konstytucyjnych gwarancji. Oznacza to, że brak podstaw prawnych dla takich działań jest powszechnie dostrzegany. 

W jaki sposób długotrwały paraliż Trybunału Konstytucyjnego wpływa na funkcjonowanie całego systemu kontroli konstytucyjności prawa w Polsce, zwłaszcza w kontekście rozbieżności orzecznictwa TK z TSUE i ETPCz? 

Przedłużający się paraliż Trybunału Konstytucyjnego ma bardzo poważne konsekwencje dla całego systemu kontroli konstytucyjności prawa. W praktyce prowadzi on do głębokiego chaosu w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości i systemu ochrony praw jednostki, ponieważ spór polityczny przeniósł się bezpośrednio na działanie kluczowych instytucji państwa. Mamy dziś do czynienia z sytuacją, w której te same normy prawne są radykalnie różnie interpretowane, a skutkiem jest funkcjonowanie różnych grup społecznych w odmiennych "rzeczywistościach prawnych”. Przekłada się to na dezorientację obywateli, brak poczucia stabilnej i skutecznej ochrony sądowej oraz narastający bałagan w praktyce orzeczniczej sądów powszechnych. 

Każdy kolejny spór wokół statusu Trybunału lub ważności jego orzeczeń dodatkowo ten stan pogłębia. Brak sprawnie działającego organu konstytucyjnego osłabia mechanizmy kontroli władzy ustawodawczej i wykonawczej, a jednocześnie powoduje, że obywatel traci punkt odniesienia co do tego, jakie prawo faktycznie obowiązuje i jakie orzecznictwo należy uznawać za wiążące. 

Sam spór kompetencyjny pomiędzy polskim Trybunałem Konstytucyjnym a trybunałami ponadnarodowymi nie jest zjawiskiem nowym. Od lat w doktrynie konstytucyjnej przeważa pogląd o prymacie konstytucji i Trybunału Konstytucyjnego w sprawach ustrojowych, podczas gdy część przedstawicieli nauki prawa europejskiego akcentuje nadrzędność prawa unijnego. Ten konflikt mógłby jednak pozostać sporem teoretycznym, gdyby poszczególne organy konsekwentnie trzymały się granic swoich kompetencji. Traktaty unijne wyraźnie bowiem stanowią, że organizacja wymiaru sprawiedliwości pozostaje w wyłącznej kompetencji państw członkowskich. 

Na tym tle szczególnie problematyczne są działania i orzeczenia, które wkraczają w tę sferę w sposób bezpośredni i doraźny, jak w przypadku środków zabezpieczających ETPCz. W połączeniu z osłabioną pozycją Trybunału Konstytucyjnego prowadzi to do systemowego rozchwiania, w którym brak jasnej hierarchii norm i organów władzy skutkuje erozją pewności prawa i realnym osłabieniem ochrony konstytucyjnej w Polsce. 

Należałoby dodać, że obydwa te trybunały nie maja nic wspólnego z niezawisłością, ponieważ składają się z politycznych nominatów reprezentujących poszczególne państwa członkowskie. 

Rzeczywiście, wynika to wprost ze sposobu powoływania sędziów zarówno do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, jak i do Trybunału Sprawiedliwości UE. Kandydaci są wskazywani przez państwa członkowskie, a w praktyce przez aktualne większości rządzące, co oznacza, że procedura ta jest nierozerwalnie związana z procesem politycznym. Nie jest to więc model oparty na apolitycznym wyłanianiu sędziów w znaczeniu znanym z krajowych standardów niezawisłości. 

Jednocześnie należy podkreślić, że taki sposób powoływania sędziów jest zgodny z obowiązującymi przepisami regulującymi funkcjonowanie obu trybunałów i został przez państwa członkowskie świadomie przyjęty. Problem pojawia się jednak wówczas, gdy trybunały te zaczynają formułować daleko idące oceny dotyczące standardów niezależności i funkcjonowania organów konstytucyjnych państw, pomijając fakt, że same są obsadzane w drodze decyzji o wyraźnym podłożu politycznym. Ta asymetria rodzi pytania o zakres ich legitymacji do ingerowania w ustrojową przestrzeń państw członkowskich. 

Na najbliższym posiedzeniu Sejm prawdopodobnie dokona wyboru 15 nowych sędziów - członków KRS na podstawie ustawy z 2017 r. Wcześniej miała jednak miejsce nieznana tej ustawie procedura tzw. prawyborów, czyli opiniowania kandydatów podczas Zgromadzeń Sędziów zainicjowana przez - jak pani ich określiła - “aktywistów” ze stowarzyszeń “Iustitia” i “Themis”. Jak pani ocenia przebieg tej procedury? Jaki będzie jej finał i skutki? 

Podstawą tej procedury jest ustawa z 2011 roku w brzmieniu nadanym nowelizacją z grudnia 2017 r. Są to więc dokładnie te same regulacje prawne i ten sam tryb, na podstawie których Krajowa Rada Sądownictwa była konstytuowana w dwóch poprzednich kadencjach. Co istotne, procedura ta była przez środowiska, które obecnie zamierzają się nią posłużyć, określana jako niekonstytucyjna i niepozwalająca na wyłonienie organu niezależnego. Mimo to dziś, bez jakichkolwiek zmian legislacyjnych, dokonuje się wyboru właśnie w oparciu o te same przepisy. 

Tak, ale aktywiści z “Iustitii” i “Themis” wymyślili sobie prawybory.  

Regulamin tych prawyborów został wypracowany przez wskazane przez pana środowiska w porozumieniu z Ministrem Sprawiedliwości, co już na wstępie pokazuje bardzo wyraźną, a przy tym absolutnie niedopuszczalną ingerencję władzy wykonawczej w procedurę wyborczą. Następnie regulamin ten został arbitralnie narzucony sędziom. W wielu sądach zgłaszano wnioski o jego zmianę oraz o przeprowadzenie prawyborów w inny sposób, jednak niekiedy nawet nie dopuszczano do głosowania nad takimi wnioskami, mechanicznie forsując przyjęte rozwiązania. 

Co szczególnie istotne, regulamin przewidywał zupełnie nieznany innym przepisom prawa sposób głosowania, polegający na możliwości oddania przez każdego sędziego aż 15 głosów. Konstrukcja ta w oczywisty sposób miała zagwarantować wybór dokładnie piętnastu kandydatów wskazanych przez stowarzyszenia sędziowskie “Iustitia” i “Themis”. W przestrzeni medialnej pojawiły się już informacje i zdjęcia wiadomości SMS kierowanych do sędziów, w których wskazywano, którzy kandydaci są “nasi” oraz jakie mają numery na listach wyborczych. Ostatecznie właśnie tych piętnastu kandydatów uzyskało najwyższą liczbę głosów, a wynik ten przedstawiany jest w mediach jako sukces sędziów nominowanych przed 2018 rokiem oraz porażka innych środowisk. 

Jest to jednak kolejny przykład fałszu w przekazie medialnym, operowania półprawdami i pomijania faktów. Należy bowiem wyraźnie zaznaczyć, że frekwencja w tych prawyborach była bardzo niska i oscylowała wokół 50 procent. Połowa sędziów, w tym sędziowie niezwiązani z “Iustitią” i “Themis”, uznała tę procedurę za niezgodną z prawem i w związku z tym nie wzięła w niej udziału. Część sędziów opuszczała zgromadzenia jeszcze przed głosowaniem, gdy okazywało się, że nie ma możliwości przegłosowania wniosków formalnych. Dla zobrazowania absurdu tej sytuacji można zadać pytanie, co by było, gdyby w wyborach parlamentarnych każdy wyborca dysponował 460 głosami. Wówczas dominująca w danym momencie grupa obsadziłaby cały parlament, eliminując jakąkolwiek reprezentatywność mniejszości, co oznaczałoby faktyczny koniec demokracji. Z analogiczną sytuacją mieliśmy do czynienia w tych prawyborach – były one de facto ustawione pod konkretne osoby wskazane przez “Iustitię” i “Themis”. 

Warto również podkreślić, że kompetencje zgromadzeń ogólnych sądów powszechnych są precyzyjnie określone w ustawie. W przeciwieństwie do kolegiów sądów są to organy, które mają realizować wyraźnie wskazane zadania i nie pełnią roli ciał opiniodawczych w sprawach przedstawianych przez prezesów sądów. Organizacja prawyborów odbyła się więc poza zakresem kompetencji tych zgromadzeń i bez podstawy ustawowej. Zwraca uwagę fakt, że w sądach administracyjnych prawybory w ogóle się nie odbyły, ponieważ uznano brak podstawy prawnej do ich przeprowadzenia. Dodatkowo w trakcie tych prawyborów mogło dojść do naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych. Przygotowując karty do głosowania, udostępniając je członkom zgromadzeń, ustalając wyniki i przekazując je Marszałkowi Sejmu, prezesi sądów dokonywali przetwarzania danych, do której to czynności nie posiadają ustawowego upoważnienia. Nasze stowarzyszenie wystąpiło w tej sprawie z zapytaniem w trybie dostępu do informacji publicznej, pytając o podstawę prawną i ewentualne upoważnienie do przetwarzania tych danych, jednak odmówiono nam udzielenia tej informacji, wskazując, że nie jest ona niezbędna.   

Nasza redakcja też w sprawie tych prawyborów wysłała pytania do kilku dużych sądów. Odpowiedzi były podobne i generalnie zmierzały do tego, żeby nic konkretnego z nich nie wynikało. 

No właśnie. Dodam jeszcze, że w kilkunastu sądach rejonowych wybory te w ogóle się nie odbyły. Nie przeprowadzono ich także w żadnym z wojewódzkich sądów administracyjnych, w Naczelnym Sądzie Administracyjnym ani w Sądzie Najwyższym. W tej sytuacji mówienie przez aktywistów stowarzyszeń “Iustitia” i “Themis” o legitymizacji ze strony całego środowiska sędziowskiego stanowi nadużycie. Sędziowie, którzy wzięli udział w tych prawyborach, w żadnym razie nie stanowią reprezentatywnej części tego środowiska. 

Powtórzę część pytania, które padło wcześniej: jaki będzie finał i skutki tej procedury? Mam na myśli także jej część parlamentarną. 

Trzy dni temu nasze stowarzyszenie skierowało apel do posłów na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, w którym wskazaliśmy wszystkie nieprawidłowości związane z organizacją tych prawyborów, w szczególności brak podstawy prawnej do ich przeprowadzenia oraz wątpliwości, o których mówiłam wcześniej. Apel ten zamieszczony jest również na stronie internetowej naszego stowarzyszenia OZS “AEQUITAS”. Zwróciliśmy się do posłów o wybór na nową kadencję KRS takich członków, którzy są sędziami niezależnymi, o uznanym dorobku zawodowym i zdolnymi do reprezentowania całego środowiska sędziowskiego, a nie wyłącznie osób zrzeszonych w stowarzyszeniach “Iustitia” i “Themis”. 

Apel dotyczył także samego trybu wyboru. Podkreśliliśmy, że powinien on zostać przeprowadzony wyłącznie na podstawie obowiązującej ustawy, bez uwzględniania elementów nieznanych prawu, takich jak wspomniane prawybory. Wskazywaliśmy, że wybór powinien być rzetelny i oparty na kompetencjach kandydatów. Tylko wybór dokonany w zgodzie z ustawą i Konstytucją może doprowadzić do prawidłowego ukonstytuowania nowej Krajowej Rady Sądownictwa i jej skutecznego zastąpienia obecnie funkcjonującej Rady. 

Czy jest pani zdaniem możliwe prawne “uzdrowienie” KRS bez zmiany konstytucji, np. poprzez powrót do wyboru sędziowskich członków Rady przez środowisko sędziowskie? Jakie mechanizmy przejściowe należałoby wówczas zastosować wobec tysięcy tzw. neo-sędziów już nominowanych? 

Uzdrowienie Krajowej Rady Sądownictwa polega na powołaniu tego organu na nową kadencję zgodnie z obowiązującymi przepisami ustawy. Należy stosować zasady wynikające z prawa, a nie rozwiązania tworzone ad hoc przez środowiska zainteresowane przeforsowaniem własnych kandydatów. 

Jeżeli chodzi o sędziów nominowanych po 2017 roku, jedyna właściwa odpowiedź brzmi: nic. Są to sędziowie, którzy zostali skutecznie powołani. Powołanie sędziego należy do wyłącznej prerogatywy Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Prezydent skorzystał z tej kompetencji wobec kandydatów wskazanych przez KRS dwóch poprzednich kadencji, a osoby te uzyskały status sędziów. I na tym sprawa się kończy. Nie istnieją zgodne z prawem środki, które pozwalałyby na jakiekolwiek wzruszenie tych powołań. 

Problem polega na tym, że mamy do czynienia ze sporem politycznym i całkowicie sprzecznymi opiniami w kwestiach, o których pani sędzia mówi. Nie wchodząc już w to, kto ma rację, to z punktu widzenia obywatela gołym okiem widać ogromne zagrożenia, bo wyroki sądów są coraz częściej podważane. Czy istnieje jakieś rozsądne wyjście z tej systemowej pułapki? 

Rozwiązanie zostało w istocie zasugerowane zarówno przez Komisję Wenecką, jak i przez Trybunały europejskie, choć ten przekaz został w debacie publicznej wyraźnie zniekształcony. Rozsądnym wyjściem z obecnej sytuacji jest uregulowanie statusu sędziów powołanych po 2017 roku w sposób zgodny z Konstytucją oraz standardami europejskimi, czyli de facto potwierdzenie ich statusu, choć – moim zdaniem – nie jest to w ogóle konieczne, ponieważ są to sędziowie prawidłowo powołani, niezawiśli i nieprzerwanie wykonujący swój urząd. 

Jeżeli jednak celem jest przecięcie chaosu, który obecnie obserwujemy, zakończenie jałowego sporu i uniemożliwienie środowiskowym aktywistom związanym z “Iustitią” i “Themis” dalszych działań szkodzących obywatelom, to jedyną drogą jest jednoznaczne potwierdzenie statusu wszystkich sędziów powołanych po 2017 roku. Tylko takie rozwiązanie jest zgodne z Konstytucją i tylko ono może realnie zakończyć stan niepewności oraz podważania wyroków sądowych, który dziś stanowi największe zagrożenie dla obywatela. 

Ale czy biorąc pod uwagę głęboką polaryzację polityczną możliwe? 

Jest to rozwiązanie, którego obecna koalicja rządząca nie chce ani zaproponować, ani przeprowadzić, a któremu wyraźnie nie sprzyjają stowarzyszenia “Iustitia” i “Themis”, niewątpliwie powiązane z obecnym Ministrem Sprawiedliwości. Warto przypomnieć, że przed objęciem urzędu minister był prezesem stowarzyszenia “Themis”. Środowiska te dyskwalifikują takie rozwiązanie, ponieważ oznaczałoby ono, że stanowiska – w szczególności w sądach okręgowych i apelacyjnych, a także w Sądzie Najwyższym i Naczelnym Sądzie Administracyjnym – nie zostałyby zwolnione i nie mogłyby być ponownie obsadzone przez osoby wskazywane lub popierane przez te kręgi sędziowskie. W istocie mamy tu do czynienia z klasyczną walką o stanowiska i realny wpływ, i to właśnie o to w tej sytuacji chodzi. 

Poproszę panią o odniesienie się do dwóch króciutkich cytatów. Pierwszy: “Sędziowie stworzyli państwo w państwie”. I drugi: “Neo-KRS to wydmuszka”. Do którego z tych stwierdzeń jest pani bliżej i dlaczego? 

Bliższe jest mi pierwsze z tych stwierdzeń, choć mówię to z dużą dozą ostrożności. Niestety oddaje ono w pewnym stopniu to, co miało miejsce w wymiarze sprawiedliwości przed 2017 rokiem. W tamtym okresie nominacje sędziowskie, zwłaszcza awansowe, czyli do sądów wyższych instancji, w praktyce nie miały charakteru realnych konkursów opartych na kryteriach merytorycznych. Mogę odwołać się do doświadczeń środowiska łódzkiego, które znam bardzo dobrze. Przed 2017 rokiem nie funkcjonowały konkursy wieloosobowe – wbrew temu, co często pojawia się w przekazie medialnym, mechanizm ten zaczął być stosowany dopiero później. To właśnie po 2017 roku pojawiła się realna możliwość awansu dla sędziów, którzy nie byli powiązani towarzysko, prywatnie czy środowiskowo z wąską grupą najbardziej wpływowych aktywistów związanych ze stowarzyszeniami “Iustitia” i “Themis”. Dopiero wtedy zaczęto rzeczywiście analizować kompetencje kandydatów. 

Jeśli natomiast chodzi o drugie stwierdzenie, to nie istnieje pojęcie “neo-KRS”, podobnie jak nie ma czegoś takiego jak “neo-sędziowie”. Są to określenia o charakterze publicystycznym, tworzone przez aktywistów “Iustitii” i “Themis” oraz środowiska z nimi powiązane, których celem jest zdyskredytowanie instytucji oraz nowo powołanych sędziów. W porządku prawnym mamy sędziów oraz Krajową Radę Sądownictwa, która nie jest żadną “wydmuszką”. Zmiana ustawy i trybu działania KRS po 2017 roku umożliwiła rzeczywiste konkursy, w których znaczenie miały kwalifikacje i dorobek zawodowy, a nie powiązania czy przynależność do określonych koterii. Oceniano życiorysy i kompetencje, a nie układy. W związku z tym nie sposób twierdzić, że KRS nie spełniała swojej roli. Pomimo ogromnej presji i klimatu permanentnego hejtu instytucja ta wykonywała swoje konstytucyjne zadania. 

O sędziach, którzy “stworzyli państwo w państwie” mówił były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, a o KRS jako “wydmuszce” Waldemar Żurek. 

Nie znałam autorów tych stwierdzeń. 

Jest pani sędzią, ale też wykładowcą, uczy pani przyszłych prawników. Chciałbym spytać jak w sytuacji, w której kwestionowane są ustrojowe fundamenty państwa prawa i zapewne różni wykładowcy reprezentują w tym konflikcie różne strony barykady przebiega proces dydaktyczny. Jak rozumieją to ci młodzi ludzie? 

Mam w tej sytuacji pewne szczęście, bo wykładam przedmioty, które nie wymagają bezpośredniego odnoszenia się do bieżących sporów ustrojowych czy analizy najbardziej konfliktogennych zagadnień politycznych. Zajmuję się głównie prawem antydyskryminacyjnym i prawem pracy. Dlatego stosuję zasadę, którą – mam nadzieję – kieruje się także większość znanych mi koleżanek i kolegów: nie mieszamy polityki do nauczania prawa. Uczymy przepisów. I właśnie tego najbardziej brakuje dziś w debacie publicznej, nie tylko medialnej. 

Kilka miesięcy temu miałam jednak nieprzyjemne doświadczenie udziału w szkoleniu, a właściwie w debacie sędziów polskich i niemieckich poświęconej praworządności w Polsce. Wydarzenie zostało zorganizowane przez Krajową Szkołę Sądownictwa i Prokuratury oraz jej niemiecki odpowiednik. Początkowo powierzono mi wygłoszenie referatu – podobnie jak dwóm innym sędziom powołanym po 2017 roku. Gdy jednak zorientowano się, że jesteśmy sędziami powołanymi po 2017 roku, a ja dodatkowo pełnię funkcję prezesa stowarzyszenia “Aequitas”, dwa dni przed wyjazdem odebrano nam referaty i przekazano je sędziom związanym z “Iustitią” i “Themis”. Była to raczej farsa niż szkolenie dla sędziów i prokuratorów. 

Nikt nie odwoływał się do przepisów ani do treści orzeczeń, operowano wyłącznie opiniami. Co szczególnie zaskakujące, było to w pełni akceptowane przez środowisko sędziów niemieckich. Padały na przykład twierdzenia, że zmiana przepisów ustawy o KRS nastąpiła w sposób niezgodny z konstytucją. Był to przekaz całkowicie fałszywy, a gdy apelowałam o sięgnięcie do samej konstytucji i merytoryczną analizę jej przepisów, ten głos w ogóle nie był dopuszczany do dyskusji. W ten sposób buduje się dziś określoną narrację – częściowo medialną, a niestety także kierowaną do środowisk prawniczych. 

Tymczasem ja oraz osoby, które znam – a wśród sędziów powołanych po 2017 roku jest wielu wykładowców akademickich – trzymamy się zasady nauczania opartego na przepisach. Nie narzucamy interpretacji, a tym bardziej interpretacji uwikłanych politycznie. Na zajęciach czytamy tekst prawny i analizujemy go wspólnie. Student ma uczyć się samodzielnej, krytycznej analizy przepisów. Polityka nie powinna przenikać do życia uczelnianego. Czy wszyscy tak postępują? Niestety obawiam się, że nie. 

 

Źródło: niezalezna.pl

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej