Wosztyl krytycznie skomentował post Platformy Obywatelskiej zawierający cytat Radosława Sikorskiego dotyczący wstrzymania Polsce środków z europejskiego Funduszu Odbudowy, na co były szef MSZ odpowiedział, nawiązując do katastrofy smoleńskiej. – „Zmieścisz się, śmiało; Może tragedii nie będzie” – napisał Sikorski.
Zmieścisz się, śmiało; Może tragedii nie będzie.
— Radosław Sikorski MEP 🇵🇱🇪🇺 (@sikorskiradek) February 8, 2022
Artur Wosztyl przypomniał więc Sikorskiemu sytuację, w której ten miał według niego naciskać na lądowanie rządowego samolotu we Lwowie, mimo iż nie było do tego warunków. – „To może porozmawiajmy o tym, jak próbował Pan wymusić lądowanie Jak-40 we Lwowie poniżej warunków minimalnych na pasie w remoncie?” – odpowiedział były pilot 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego.
- Kompletna bzdura. Nigdy nie śmiałbym kwestionować osądu kapitana – zaprzeczył Sikorski, jednak Wosztyl obstawał przy swoim, przedstawiając szczegóły zdarzenia.
1/2
— Artur Wosztyl (@WosztylArtur) February 8, 2022
Kompletna bzdura?
To dlaczego naciskał Pan na kapitana Jak-40, aby przebazował samolot z Rzeszowa do Lwowa, bo wyglądał Pan przez okno w samochodzie razem z uczestnikami swojej świty i twierdziliście, że pogoda jest ok i można lecieć?
Załoga odmówiła wykonania lotu do Lwowa
2/2
— Artur Wosztyl (@WosztylArtur) February 8, 2022
bo WA były poniżej MWA i najpierw wydzwanialiście do załogi Jak-40, a potem użyliście przełożonych (dowódcę JW-2139), aby wywierać dodatkowe naciski na załogę?
Załoga mimo to odmówiła lotu. W następstwie Pana kancelaria pisała paszkwile do 36 SPLT i atakowała dowódcę załogi!
O incydent z udziałem Radosława Sikorskiego portal Niezalezna.pl spytał autora tych słów, który - jak się okazało - pełnił wówczas funkcję kapitana samolotu.
Według Wosztyla, zdarzenie miało mieć miejsce 16 maja 2011 r. (a więc 13 miesięcy po katastrofie smoleńskiej) podczas wizyty Sikorskiego we Lwowie, gdzie dokonał on uroczystego otwarcia nowej siedziby Konsulatu Generalnego RP w tym mieście.
Rządowy samolot miał polecieć z Warszawy do Bydgoszczy po Radosława Sikorskiego, a następnie do Lwowa, skąd miał powrócić do Warszawy. Okazało się jednak, że w tym czasie we Lwowie pas startowy był w remoncie (pierwszych kilkaset metrów), ale lotnisko nie było zamknięte. - W tej sytuacji krótki JAK-40 mógł wykonać ten lot, jednak z uwagi na fakt, że ten remont odbywał się od strony podejścia według ILS [system wspomagający lądowanie w warunkach ograniczonej widzialności - red.], system ten nie działał. Był natomiast do wykorzystania system NDB [nadajnik radiowy w systemie radionawigacji lotniczej - red.] i VOR [system kątowy w nawigacji lotniczej oparty na radiolatarniach - red.] – opisuje były pilot 36 spec-pułku.
- Warunki meteorologiczne były paskudne. Podawali minimum chyba coś ok. 100 m podstawy (chmur), widzialność około kilometra, bardzo silny wiatr boczny, bodajże ok. 10 m/s i do tego silny opad deszczu. To totalnie uniemożliwiało wykonanie podejścia według VOR czy NDB. Warunki były zdecydowanie niższe niż do podejścia nieprecyzyjnego
- zaznaczył nasz rozmówca.
W tej sytuacji Artur Wosztyl podjął decyzję, „że lot do Lwowa nie może się odbyć ze względu na panujące warunki atmosferyczne”, o czym - jak twierdzi - powiadomiona została kancelaria Sikorskiego. - Decyzja była taka, że mogę wykonać lot do Rzeszowa i z Rzeszowa pan Sikorski będzie musiał jechać samochodem do Lwowa - tłumaczy pilot.
Jak twierdzi, „ludzie Sikorskiego” mieli naciskać na zmianę decyzji i mimo iż w efekcie delegacja z ministrem „pojechała z Rzeszowa do Lwowa na kołach”, nalegano, aby w drodze powrotnej samolot przebazować z Rzeszowa do Lwowa.
- Zaczęliśmy dostawać telefony. Najpierw od ludzi Sikorskiego, że mamy przylecieć do Lwowa, bo warunki są OK, mimo że w dalszym ciągu warunki nie dawały nawet cienia wątpliwości co do możliwości wykonania tego zadania. Powiedziałem więc, że nie mogę tego zrobić, a oni wciąż wydzwaniali i mówili, że warunki są OK i że mamy przylecieć
- relacjonował w rozmowie z Niezalezna.pl Artur Wosztyl, podkreślając, że sytuacja miała miejsce po tragicznych doświadczeniach związanych z katastrofą smoleńską. - Ten lot i tak by się nie odbył, bo uczono nas w tych sprawach asertywności, ale szokujące jest to, że takie naciski były po katastrofie smoleńskiej - dodał.
- Odmawiałem wykonania tego zadania, więc zaczęto wykorzystywać inne kanały - przez dowódcę sił powietrznych i dowódcę jednostki wojskowej 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Dowódca porządnie się zachował i okazał zrozumienie ale mówił, że są naciski ze strony MON, żeby wykonać ten lot. Ja powiedziałem, że w żadnym wypadku nie wykonam tego zadania, bo warunki meteorologiczne na to nie pozwalają i niestety poczekamy w Rzeszowie na powrót pana ministra. To było przez ministra Sikorskiego źle odebrane, co pokazał swym zachowaniem po powrocie
- wyjaśnia Wosztyl w rozmowie z Niezalezna.pl.
Przyznaje, że do podobnej sytuacji doszło kilka dni później, podczas wylotu do Brukseli. W efekcie jego sprzeciwu oficjele z Sikorskim na czele zmuszeni byli wtedy polecieć Embraerem wynajętym od PLL LOT, ponieważ z uwagi na warunki pogodowe i ograniczenia techniczne JAK-a-40 wykonanie lotu tą maszyną było niemożliwe. - Zaczęły spływać paszkwile. Bardzo intensywnie próbowali się dowiedzieć, dlaczego dowódca JAK-a-40 odmówił, oczywiście wspominając o mnie - przypomina.
Zaznaczył, że „nie podważano jego kompetencji i nie twierdzono, że jest źle wyszkolony”, ale chciano dociec, dlaczego nie wykonał polecenia, skoro inna załoga lot wykonała. - W odpowiedzi dostali informacje, włącznie z pełną dokumentacją meteorologiczną, na jakiej podstawie ta decyzje została podjęta – podsumowuje nasz rozmówca.