Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Nie uratują się. Tomasz Sakiewicz o konsekwencjach afery szpitalnej dla obozu Tuska

Afera szpitalna przebiła bańkę, mówią o niej już nie tylko zwolennicy PiS czy Konfederacji, lecz także przedstawiciele i zwolennicy obozu władzy. O ile ci pierwsi mogą odnosić wrażenie, że informacji o aferze jest pełno w przestrzeni medialnej, to ci drudzy dopiero dowiadują się, co się stało, i zaczynają się orientować w skali problemu.

Tak zwykle dzieje się w społeczeństwie, w którym przez lata system medialny był niemal domknięty. Afery wybuchały głównie wtedy, kiedy kontrolerzy systemu medialnego pokłócili się ze sobą (na przykład afera Rywina). Dzisiaj sytuacja jest nieco inna. Około 40 proc. obiegu medialnego znajduje się poza jakąkolwiek kontrolą obecnego obozu władzy. Chodzi nie tylko o TV Republika i media Strefy Wolnego Słowa, lecz także o inne mniejsze telewizje, internet, media społecznościowe itd. Proporcja cały czas zmienia się na niekorzyść rządzących, a zniszczenie mediów publicznych tylko ten proces przyspieszyło. Można więc powiedzieć, że media publiczne były wręcz kotwicą dla rozwoju mediów nieliberalno-lewicowych. Dzisiaj gwałtowny rozwój mediów prywatnych powoduje, że nie można uzależnić większości społeczeństwa od jednego przekazu, a zamykanie w bańkach jest coraz trudniejsze.

Bańki powoli się rozszczelniają. Można śmiało ocenić, że ponad dwie trzecie Polaków słyszało o tej aferze i może mieć wątpliwości co do zachowania elit władzy w tej sprawie. Dlaczego więc ciągle Koalicja Obywatelska ma tak duże poparcie? Po pierwsze, wcale nie jest ono tak duże, bo oscyluje wokół 30 proc. Po drugie, od kilku tygodni w większości sondaży spada. Po trzecie, poparcie dla głównej partii rządzącej to efekt świadomej kanibalizacji mniejszych koalicjantów. Stworzenie sytuacji, w której tylko Donald Tusk będzie decydował o tym, kto ma być posłem, utrzymywało i jeszcze przez chwilę utrzyma dyscyplinę w szeregach koalicjantów KO i jej własnych działaczy. Nie było gdzie iść. Zbliżające się wybory będą zmieniały sytuację: nie będzie po co zostać. Coraz mniej popularny społecznie obóz władzy może mieć do zaoferowania maksymalnie 200 mandatów poselskich dla wybranych. Nie obędzie się bez kosztów, bo trwanie przy Tusku może oznaczać dla PSL utratę samorządów, i to na zawsze. Jak raz stamtąd wyjdzie, to pod tym sztandarem nie wróci. Tusk nie ma żadnej oferty, nawet w rządzie, dla ugrupowania Pełczyńskiej-Nałęcz, a ewentualne oferowane mu miejsca na listach poselskich będą fikcyjne. Bez jej posłów jednak może stracić większość. Ta kołdra będzie coraz krótsza, a afery coraz bardziej bolesne. Co zrobić?

Uciekać. Już raz to zrobił. Z tym że ucieczka za granicę może być trudna, bo Berlin chyba ma dość własnych problemów, by zajmować się przegranym.

Może więc uciekać w wybory, ale to ryzyko utraty władzy już na jesieni. Pisałem o takim scenariuszu od dawna. Nie jest on nieprawdopodobny. Możliwy jest też wariant mocnej zmiany w rządzie, tylko łatwe to nie będzie. Zamiast pomóc, rozchwieje system.

Robi się naprawdę intrygująco. Moim zdaniem tak czy inaczej to równia pochyła.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Polityka