Przypomnijmy sobie, co stało się 31 lat temu. Po wyborach kontraktowych gen. Czesław Kiszczak szykował się do stworzenia rządu z udziałem dotychczasowych stronnictw satelickich PZPR, czyli Stronnictwa Demokratycznego i Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Doszło jednak do nagłego zwrotu akcji. Na początku lipca w „Gazecie Wyborczej” ukazał się przełomowy tekst Adama Michnika, zatytułowany „Wasz prezydent, nasz premier”.
Zmiana i późniejsza wojna na górze
Koncepcja wydawała się karkołomna, choć i po michnikowemu naiwna. Strona solidarnościowa miała połączyć siły z reformatorami z obozu PRL. Komunistom przypadł fotel prezydenta, dawnej opozycji – teka premiera. I choć propozycja szybko okazała się pułapką, ponieważ to premier firmował niepopularne społecznie reformy, wówczas było to dla wielu spełnienie szczytu politycznych marzeń. Po miesiącu doszło do odwrócenia sojuszy i Lech Wałęsa pokazał się z liderami ZSL i SD. Zakulisowe działania, w których ważną rolę odegrał przecież kluczowy w ówczesnym otoczeniu Wałęsy Jarosław Kaczyński, doprowadziły do powstania rządu Mazowieckiego.
Co było później, jak najpierw Mazowiecki zawiódł Wałęsę, a później Wałęsa Kaczyńskich, wiemy doskonale. Nie zmienia to jednak tego, jak sprawnie przeprowadzoną operacją było pozbawienie Kiszczaka misji tworzenia rządu latem 1989 r. Czy dziś możliwa jest powtórka tamtego scenariusza, w której Kiszczakiem byłby Tusk, Stronnictwem Demokratycznym – Polska 2050 i tylko ZSL jak zawsze ZSL-em, tyle że z literą „P” w nazwie? I jakie byłyby koszty takiej operacji dla PiS i Polski?
Jeszcze niedawno taki scenariusz wydawał się niemożliwy. Co więcej – nadal nie jest pewny, zważywszy na opór wielu potencjalnych uczestników tej rozgrywki. W Polsce 2050 nie brakuje polityków, którzy wydają się bliżej Donalda Tuska niż Szymona Hołowni i publicznie dają temu wyraz. Skutkuje to napięciami, takimi jak zawieszenie Tomasza Zimocha w prawach członka partii. W PSL też nie brakuje otwartych wrogów PiS. W obu tych partiach jest przecież wiele osób, którym dużo trudniej byłoby wyobrazić sobie w jakiejkolwiek formie współpracę z PiS. Co więcej, są to też osoby często bardzo skompromitowane przez ich własne działania w ramach koalicji 13 grudnia. Takie jak choćby Paulina Hennig-Kloska czy Mikołaj Dorożała z resortu klimatu i środowiska. Albo Ryszard Petru, dziś szefujący sejmowej komisji rozwoju i będący jednym z parlamentarzystów Polski 2050. Dlatego ewentualny sojusz, choćby przypieczętowany jedynie rządem technicznym, niefirmowanym bezpośrednio przez partie, nie pozostałby bez straty dla jego uczestników.
Tusk jest najsłabszy politycznie w historii
Pomimo bowiem tego zastrzeżenia temat przestał być bezprzedmiotowy, a stało się tak za sprawą Donalda Tuska. Oto Tusk, najsłabszy politycznie od momentu powrotu do kraju, osłabiony wyborami prezydenckimi wręcz potrójnie (przegraną Rafała Trzaskowskiego, swoim udziałem w tej porażce, wreszcie osamotnieniem w koalicji w firmowaniu narracji o sfałszowanych wyborach), postanowił grać wobec koalicjantów tak, jakby znajdował się na zupełnie innej pozycji. Zapowiedział rekonstrukcję rządu, która byłaby jego wielkim osłabieniem. Równocześnie, poprzez posłuszne media, przeprowadził bardzo mocne ataki na Szymona Hołownię i Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz. Mechanizm napaści na minister funduszy i polityki regionalnej przypominał sposób, w jaki przed laty Tusk pozbywał się z Platformy Obywatelskiej Zyty Gilowskiej.
Hołownia natomiast wciąż pozostaje przedmiotem zainteresowania prokuratury. PSL nie ma aż takich problemów, ale widzi, co dzieje się z ich niedawnym partnerem z Trzeciej Drogi. A przecież głównym argumentem przeciw współpracy z PiS miało być złe podejście tej partii do wszystkich koalicjantów. Drugą przeszkodą był oczywiście strach przed medialnym linczem, tyle że ten już się rozpoczął. W ten sposób sam lider KO zdaje się uchylać zamknięte dotąd furtki. A przecież na zmianę rządu naciskać mogą też bardzo silni gracze z zewnątrz, którzy na pewno dzwonią do swoich przyjaciół w Polsce i tłumaczą, jaki nowy układ polityczny zobaczyliby z życzliwością, a jaki z pewnymi obawami.
Na zachodniej granicy państwo straciło de facto swoją integralność terytorialną, a działania kierownictwa służb są podporządkowane wprost interesom niemieckiej polityki imigracyjnej. Po raz pierwszy od drugiej wojny światowej Polacy w strefie przygranicznej słyszą skierowane do nich krótkie, ostre komendy, wydawane przez ludzi w niemieckich mundurach. Mocniejszego symbolu polityki zamkniętej w pamiętnym „Für Deutschland” nie potrzebujemy.
Zagrożenia w potencjalnym mariażu
Tymczasem kolejne dni przynoszą nowe, fatalne dla gospodarki dane, przy czym sytuacja pogarsza się zarówno dla teoretycznie bliskiego Platformie biznesu, jak i zawsze lekceważonych przez nią pracowników, przede wszystkim najmłodszych. To tylko dwa z wielu argumentów za natychmiastowym odsunięciem od władzy premiera, któremu żądza zemsty i uzależnienie od Niemiec nie pozwalają już prowadzić polityki choćby w wybranych aspektach korzystnej dla państwa polskiego. Jak jednak wspomniałem, przeprowadzenie takiej zmiany z udziałem zarówno PiS, jak i stronnictw dzisiejszej koalicji rządzącej może być bardzo kosztowne. Pozostają pytania o rozliczenia, które zapewne mogłyby odbyć się w dość ograniczonym zakresie, dotykając co najwyżej kilku wielkich przegranych z KO (Romana Giertycha, Adama Bodnara, może Donalda Tuska).
Jest też kwestia przywołanych już polityków Polski 2050, których aktywność w rządzie Donalda Tuska budziła olbrzymi sprzeciw wśród ekspertów i wszystkich zainteresowanych kontrolowanymi przez nich dziedzinami, czyli klimatem i polityką państwa wobec lasów, obszarów chronionych oraz myśliwych. Kontynuacja jest przecież niemożliwa jako nieakceptowalna społecznie, lecz również zabójcza dla PiS w wymiarze politycznym. Co więcej, przed partią Jarosława Kaczyńskiego pojawia się ryzyko utraty wiarygodności wśród części wyborców, dla których taki polityczny kompromis będzie mniej lub bardziej zgniły. A to wzmocni siły lokujące się na prawo od PiS, jeśli oczywiście pozostaną one poza tym układem.
Zarówno przed politykami PiS, jak i obydwoma prezydentami (Andrzej Duda i Karol Nawrocki musieliby w pewnym stopniu patronować tej politycznej zmianie) wybór bardzo trudny, wręcz dramatyczny tak, jak dramatyczna jest sytuacja Polski. Oczywiście wciąż najbardziej prawdopodobny jest jednak inny wariant – wymuszone przez partyjne doły trwanie rządu Tuska i dalsze gnicie państwa. To szansa na miażdżące zwycięstwo prawicy w kolejnych wyborach, pozostaje jednak pytanie, ile do tego czasu przetrwa z państwa polskiego.