Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Lisiewicz w „Gazecie Polskiej”: Gra o wszystko. Tak chcą rozbić obóz niepodległościowy

„Tusk czeka na partnera. Może się okazać, że Lewica i PSL to za mało, więc być może trzeba rozpocząć rozmowy choćby z Morawieckim” – powiedział Aleksander Kwaśniewski w tygodniku „Polityka”. W tym samym czasie partia Grzegorza Brauna zapowiedziała spotkanie z Jarosławem Bratkiewiczem, twórcą polityki resetu Tuska i Sikorskiego. Co łączy te dwa, pozornie tak różne, wydarzenia? To część tego samego planu dezintegracji obozu niepodległościowego. Jego elektorat ma poprzeć niewielkie ugrupowania, które albo są wrogie niepodległościowej linii, albo zbyt słabe, by ją realizować. I mają rozmyć ową linię, wchodząc w układy z siłami ubekistanu III RP.

Oba wspomniane wyżej wydarzenia obfitują w bardzo wyrazistą symbolikę. Oto komunista Kwaśniewski, minister w komunistycznych rządach Mieczysława Rakowskiego i Zbigniewa Messnera, człowiek, który jako prezydent był głównym sprawcą wszechwładzy powiązanych z Moskwą Wojskowych Służb Informacyjnych, udziela wywiadu tygodnikowi „Polityka”, byłemu organowi KC PZPR z siedzibą w Pałacu Kultury im. Józefa Stalina. 

I składa bardzo konkretną propozycję: „Tusk czeka na partnera. Może się okazać, że Lewica i PSL to za mało, więc być może trzeba rozpocząć rozmowy choćby z Morawieckim”. Dodaje też:

„Oczywiście warunek tego ostatniego może być taki: zbudujemy rząd z Platformą, ale pod warunkiem, że nie będzie tam Donalda Tuska. Na co z kolei młode pokolenie Platformy nie musi patrzeć tak znowu niechętnie”. 

Kwaśniewski to zbyt ważny polityk ubekistanu, by takie słowa wypowiadał przypadkowo. Warto przypomnieć, że wcześniej miał on kontakt z ludźmi Morawieckiego – w maju wywiad z Kwaśniewskim przeprowadził z jakichś powodów prof. Krzysztof Szczucki. To było zaskoczenie. Ale jak to?

Kwaśniewski u posła PiS?!

Grzegorz Braun sięga po człowieka Platformy Obywatelskiej

Równie symboliczne wydarzenie zapowiedziane zostało w Szczecinie. Mateusz Piskorski, który ma być kandydatem partii Brauna do Sejmu, zapowiedział spotkanie z Jarosławem Bratkiewiczem, byłym działaczem Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, autorem prorosyjskiego zwrotu w polityce zagranicznej w czasie rządów PO-PSL z lat 2007–2015, który w życie wprowadzili Donald Tusk i Radosław Sikorski.  

Oto partia, która udaje nową siłę na scenie politycznej, sięga po człowieka Platformy Obywatelskiej. A robi to Mateusz Piskorski, niedawno przeprowadzający na swoim kanale wywiady z Marią Zacharową, rzecznik MSZ Kremla, która grozi Polsce zagładą atomową, ideologiem Kremla Aleksandrem Duginem, który wielokrotnie mówił, że nie widzi miejsca dla niepodległej Polski na mapach, a śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku uważał za akt dziejowej sprawiedliwości, oraz ambasadorem Rosji w Polsce Siergiejem Andrejewem. 

Piskorski jest oskarżony o szpiegostwo na rzecz Rosji, ale nawet gdyby nie był, jego jawne działania są dowodem zdrady. Dodajmy, że Piskorski protestował niedawno przeciwko zburzeniu Pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej w Pyrzycach. A kto mógł go do tego namówić? Gdy w zeszłym tygodniu pomnik został zburzony, oburzenie w tej sprawie wyraziła ambasada Rosji w Warszawie:

„Bezprawne burzenie pomników jest jawną próbą fałszowania historii i wymazania ze świadomości Polaków pamięci o bohaterskich czynach żołnierzy radzieckich”.

Morawieckiego tolerancja kompromisów

Nie porównuję Mateusza Morawieckiego do Grzegorza Brauna, ale obaj stali się częścią tego samego procesu dezintegracji obozu niepodległościowego, zastąpienia go rachityczną prawicą w dwóch odmianach: z jednej strony gotową na flirt z postkomunistycznym establishmentem, z drugiej – nie tylko głoszącą prorosyjskie brednie, ale mającą związki z nienawidzącą Polski rosyjską władzą, której celem jest likwidacja państwa polskiego.

Oba przypadki są o tyle niepodobne, że Braun wypisał się z obozu niepodległościowego, gdy zmienił głoszone przez siebie poglądy na Rosję o 180 stopni, co stało się w momencie, gdy zaczął wyznawać debilną teorię maskirowki o Smoleńsku, zgodnie z którą inny samolot wyleciał z Warszawy, a inny rozbił się w Rosji.

Mateusz Morawiecki na razie z obozu niepodległościowego się nie wypisał. Krytycy z PiS przypomnieli mu, że w 2010 roku został powołany w skład Rady Gospodarczej przy Prezesie Rady Ministrów (premierem był wówczas Donald Tusk), w której zasiadał przez blisko dwa lata. Ale potem był premierem, który podjął wiele dobrych decyzji, konsultując swoją politykę z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim. 

Czy nadaje się na przywódcę obozu niepodległościowego? Dotychczasowe funkcjonowanie Morawieckiego w polityce pokazuje, że jego tolerancja dla kompromisów z establishmentem III RP jest większa niż w wypadku Jarosława Kaczyńskiego. Stąd należy bacznie przyglądać się jego posunięciom i osobom, którymi się otacza.

Reseciarz, obalacz rządu PiS i Rokita

Mateusz Morawiecki zawarł sojusz z Kanałem Zero Krzysztofa Stanowskiego i w jego ramach na jego „grillu” pojawili się Sławomir Dębski i gen. Romuald Andrzejczak. Dębski za rządów PO i PSL, od 2011 roku, był dyrektorem rządowego Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia.

Publicznie mówił, że polsko-rosyjskie stosunki po Smoleńsku są najlepsze od kilkuset lat. Powtarzał tezę Bronisława Komorowskiego, że Rosja będzie się reformować i zbliżać do Europy. I Polska powinna jej w tym pomóc. 

To nie jest reprezentant nurtu niepodległościowego, ale sprawiedliwie trzeba dodać, że również PiS nie zachował się w jego sprawie właściwie. 25 lutego 2016 roku z nadania PiS Dębski został dyrektorem podlegającego MSZ Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM). 

Z kolei gen. Andrzejczak przyczynił się do obalenia rządów PiS, gdy nagle zrezygnował ze stanowiska szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego na pięć dni przed wyborami 15 października 2023 roku.

Na „grillu” u Morawieckiego pojawił się też w jednej z głównych ról inny komentator Kanału Zero – Jan Rokita, błyskotliwy mówca, ale fatalny polityk, skompromitowany faktem, że to on składał wniosek o obalenie rządu Jana Olszewskiego i do dziś twierdzi, że miał rację. Atakując Przemysława Czarnka, Rokita w „Rzeczpospolitej” posunął się do słów:

„Czarnek, wykorzystując przydzieloną mu przez Kaczyńskiego pozycję kandydata na premiera, próbuje teraz przeciągnąć PiS do tego grona nienawidzących Zachodu sprzymierzeńców »osi zła«. Chce to zrobić niepostrzeżenie, tak by wyborcy PiS, owładnięci słusznym oburzeniem na kult UPA na Ukrainie, nie zorientowali się nawet, że ich partia staje się – paradoksalnie – największą na Zachodzie organizacją dywersyjną, propagującą intencje i cele polityczne nie tylko samej Moskwy, ale całego antyzachodniego sojuszu wschodnich despotii”.

Kij ma dwa końce. Czy warto mówić językiem Konfederacji?

Powyższe słowa to oczywiste brednie, ale paradoks polega na tym, że PiS, będąc najsilniejszym, niekwestionowanym reprezentantem obozu niepodległościowego, by pozyskać wyborców, którzy odpłynęli do dwóch Konfederacji, zaczął mówić ich językiem. Przemysław Czarnek, który zawsze był w tej sprawie w PiS na prawym skrzydle, ma szansę dobrze odegrać tę rolę. 

Ale ten kij ma dwa końce. Bo PiS, który zaczyna w sprawach relacji z Ukrainą mówić językiem podobnym do obu Konfederacji, może pozyskiwać ich wyborców, ale może też ich liderów uwiarygadniać. Kiedy prezydent Karol Nawrocki i PiS ostro mówią o Ukrainie, wyborcy mogą pomyśleć: to może ten Braun nie jest taki zły?

Nastroje antyukraińskie wśród Polaków wynikają z zakorzenionych w nas od wieków cech: polskiego honoru i oburzenia faktem, że inni mogą nie kierować się nim w życiu tak bezkompromisowo jak Polacy. Ale ta zmiana podejścia do Ukrainy – od miłości do nienawiści – jest niebezpieczna. Pisał o tym Józef Piłsudski: „Najgorszą rzeczą w polityce jest polityka zygzaków. Polska nie może się do tego przystosować, jest to niemożliwe, w swym położeniu geograficznym musi być przewidująca i nie może prowadzić polityki o linii zmiennej”.

Niezmiennie polskim interesem jest sojusz państw leżących między Rosją a Niemcami, pozwalający się przeciwstawić owym potęgom. Gorący konflikt pomiędzy Polakami i Ukraińcami jest w interesie Rosji i Niemiec. I bez wątpienia antypolska postawa Wołodymyra Zelenskiego wynika z niemieckiej inspiracji. 

Gdy Mateusz Morawiecki mówi o tym, że polityka Polski wobec Ukrainy za jego rządów była słuszna, ma rację. Gorzej, gdy używa tego argumentu jako instrumentu do ataku na Przemysława Czarnka, który realizuje niepodległościową misję w zmienionych warunkach.

Damy radę

Wszystko, co napisałem powyżej, jest opisem choroby polskiej prawicy, co ma być wstępem do jej uzdrowienia i powrotu do tożsamości obozu niepodległościowego. Inaczej czekają nas drugie cztery lata rządów Tuska. Ewentualnie rządy prawicy skarlałej, bez niepodległościowych aspiracji. 

Przechodziliśmy wiele razy tę chorobę w III RP, gdy rządziła AWS z UW, czyli hybryda prawicy z ubekistanem, z przewagą tego drugiego. Albo gdy w latach 2005–2007 PiS musiał stworzyć koalicję z LPR i Samoobroną, czyli ugrupowaniami prorosyjskimi. Skończyło się tym, że rząd ów został zdmuchnięty przez ubekistan po dwóch latach. PiS kompromitował się tą koalicją i gdy po dwóch latach z badań wyszło, że Tusk wygra przyspieszone wybory, Rosja zadysponowała koniec rządów Jarosława Kaczyńskiego. A Roman Giertych ogłosił, że od początku w rządzie był Konradem Wallenrodem Tuska.

Mamy jeszcze trochę czasu, by przed wyborami w 2027 roku powstrzymać dezintegrację obozu niepodległościowego. Zmarginalizować ruskich od Brauna i zagonić szczerych patriotów od Morawieckiego z powrotem do obozu niepodległościowego. To ciężka robota, tysiące rozmów z prawicowymi wyborcami. Ale jeśli tego nie zrobimy, historia oceni nas jako fajtłapów, efekciarzy i nieudaczników. 

Jak pisał Marszałek: „Gdy w życiu mądra spotka cię przestroga: głową muru nie przebijesz – nie wierz temu”. Damy radę, a ten artykuł był po to, by to, o co toczy się gra, zostało opisane i zdefiniowane. Reszta w naszych i Państwa rękach.

Źródło: Gazeta Polska

NAJNOWSZE Polityka