Jak przypomniał Jarosław Kaczyński w rozmowie z Danutą Holecką w Telewizji Republika partie, na czele których stał, czyli Porozumienie Centrum oraz Prawo i Sprawiedliwość rządziły przez 10 i pół roku w III RP. Czy to dużo, czy mało, zważywszy na 37 lat jej trwania? Do tego bilansu trzeba dodać, że to Jarosław Kaczyński wylansował czterech prezydentów Polski - Lecha Wałęsę, Lecha Kaczyńskiego, Andrzeja Dudę i Karola Nawrockiego.
W każdym razie bezspornie Jarosław Kaczyński potrafił połączyć najbardziej obrazoburcze w III RP koncepcje z niemałą polityczną skutecznością. Obiektywnie biorąc nikt bardziej skuteczny nie był… Zanim do tej skuteczności lub jej braku przejdziemy, dwa cytaty. Bardzo rzadko skłonny do pochwał Paweł Kukiz, znający dobrze zarówno Jarosława Kaczyńskiego, jak i Donalda Tuska wypowiedział słowa: „Donald Tusk oddałby Polskę za czapkę śliwek, a Jarosław Kaczyński oddałby za Polskę życie”. Taki obraz Kaczyńskiego widział też esbek, który przesłuchiwał go w stanie wojennym: „Podkreślał, że nie zgodzi się na żadną z nami współpracę i wybrałby raczej samobójstwo jako alternatywę”.
Inteligencja bez dziadków w Komunistycznej Partii Polski
Obecność w polityce w charakterze lidera polityków-inteligentów to dziś rzadkość na całym świecie. Paradoksem mówiącym wiele o III RP było zawsze to, że najbardziej nienawidzili Kaczyńskich… ludzie z wyższym wykształceniem pracujący na uniwersytetach czy sądach. Może właśnie dlatego, że posowiecka inteligencja patrząc na nich widziała jak w zwierciadle własną małość, bylejakość, sprzedajność?
Prezydent Lech Kaczyński mówił o tym inteligenckim rodowodzie: „Pan jakby uważa (…) że coś takiego jak etos rzeczywistej polskiej inteligencji, bez dziadków w Komunistycznej Partii Polski, że coś takiego już w Polsce nie istnieje. Ja sądzę, że coś takiego jeszcze istnieje. Istnieje coś takiego, jak żoliborska inteligencja, z której pochodzę, oczywiście podobnie mój brat i z tego jestem dumny. I ja sądzę, że tacy ludzie jak my, a nie jesteśmy tu absolutnymi wyjątkami pod tym względem, potrafią przez przejść przez życie polityczne nie dorabiając się niczego i nie ulegając jakimkolwiek pokusom w tym zakresie”.
W gabinecie Jarosława Kaczyńskiego stoi figurka Józefa Piłsudskiego. Kaczyński nie jest Piłsudskim, ale pewien cytat z Piłsudskiego pasuje do jego funkcjonowania w życiu politycznym jak ulał, można powiedzieć, że nawet… bardziej niż do Marszałka: „Zapluty, potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swoją brudną duszę, opluwający mnie zewsząd, nie szczędzący niczego, co szczędzić trzeba – rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrotnie – ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów – to obcego, to swego państwa, krzyczący frazesy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niesłychane historie, ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia i nieszczęścia, zwycięstwa i klęski”. Czy można wskazać choć jedno słowo, które nie pasuje w tym cytacie do Kaczyńskiego? Nie ma ani jednego.
Przeciw latynizacji Polski
Ale od początku. Z perspektywy historycznej możemy zauważyć, że w przeciwieństwie do niemal całej klasy politycznej III RP bracia Kaczyńscy byli w 1989 r. najlepiej przygotowani do rządzenia państwem, mającym zbudować trwałą, a nie tylko papierową niepodległość. W 1993 r. Jarosław Kaczyński w głośnej debacie z Adamem Michnikiem mówił o III RP: „W środku Europy na Trzeci Świat nie ma miejsca. I ten Trzeci Świat musimy z siebie zrzucić. Musimy uchronić się przed latynizacją Polski. I to jest po prostu program”.
Bracia Kaczyńscy potrafili małymi krokami przybliżać Polskę do niepodległości. To oni wynegocjowali w 1989 r. koalicję Solidarności, ZSL i SD, dzięki której powołany został rząd Tadeusza Mazowieckiego, co było oczywiście lepsze od rządów PZPR. To oni przyczynili się do tego, że ten sam Mazowiecki nie został prezydentem, lansując Lecha Wałęsę, który miał być przeciwnikiem grubej kreski. Objęli stanowiska w jego kancelarii, by zbuntować się przeciwko Wałęsie, gdy ten przeszedł na stronę postkomuny. To środowisko Jarosława Kaczyńskiego ogłosiło obrazoburczy dla środowiska Gazety Wyborczej postulat członkostwa Polski w NATO, uznawany za kompletną mrzonkę. Podjął go wspierany przez nich rząd Jana Olszewskiego.
Po latach poeta Jarosław Marek Rymkiewicz napisze o tej taktyce: „Historię Polaków trzeba będzie wiele razy poruszyć, popędzić do przodu. Nie wystarczy tylko raz, jeden raz, zmusić do galopu tego starego białowieskiego żubra. Józef Piłsudski wykonywał coś takiego wiele razy. Nie było tak, że on tę historię, uśpioną i obezwładnioną, niemal już umarłą po Powstaniu Styczniowym, tylko raz popchnął do przodu. Nie, on poruszał ją wielokrotnie - można nawet powiedzieć, że wreszcie, pod koniec życia, stał się wielkim specjalistą od takich poruszeń”.
Chrzanowski, Niesiołowski, Giertych, Braun.
Najważniejszą metodą osłabiania obozu niepodległościowego Jarosława Kaczyńskiego było w III RP lansowanie przez ubekistan na prawicy ugrupowań mających z nim rywalizować. Najczęściej były to dwa typu takich ugrupowań: „cywilizowana” prawica akceptowalna dla Gazety Wyborczej i „radykalna” prawica prorosyjska. W wywiadzie z 1998 r. dla Gazety Polskiej Jarosław Kaczyński tak mówił o nurcie, którego obecną emanacją jest Grzegorz Braun: „Są dwa modele działalności rosyjskiej w Polsce. (…) Drugi wzorzec nazywam targowickim. Charakteryzuje go odwoływanie się do wartości tradycyjnych, katolickich, narodowych. Prorosyjskość ubrana jest tam w maskę patriotyczną. Czyż Targowica nie była właśnie narodowa, katolicka, czyż nie pałała szacunkiem do polskiej przeszłości?”.
To, co w przypadku prawicy francuskiej jest błędem, w przypadku prawicy polskiej jest zdradą i samobójstwem. Utrata rządu dusz na prawicy przez Kaczyńskiego na rzecz Mentzena czy Brauna cofałaby Polskę cywilizacyjnie o ponad 20 lat, do czasów nieszczęsnej, zawartej z przymusu, koalicji PiS z LPR i Samoobroną. Przez całą III RP widzieliśmy, jak się zmieniają twarze tych dwóch nurtów. Jakby jakaś niewidzialna ręka wklejała na scenę owe groteskowe postacie, usuwając w niebyt poprzednie, bez ich sprzeciwu. „Cywilizowani” byli na przestrzeni dziesięcioleci przykładowo Aleksander Hall, Artur Balazs, Michał Kazimierz Ujazdowski czy Jarosław Gowin. „Radykalni” Wiesław Chrzanowski, Stefan Niesiołowski (tak, ten sam), Jan Łopuszański, Tadeusz Wilecki, Janusz Korwin-Mikke, Roman Giertych, Sławomir Mentzen czy Grzegorz Braun.
Zawsze, gdy Jarosławowi Kaczyńskiemu wymykała się z rąk władza na prawicy, skutki tego były opłakane. Wyrzucenie go przez Wałęsę z funkcji szefa jego kancelarii zaowocowało powrotem ubekistanu. Gdy rządy objęła AWS z Unią Wolności, a Kaczyński był posłem niezależnym, mieliśmy do czynienia z rządami hybrydy obozu niepodległościowego i ubekistanu. Z przewagą tego drugiego, co potwierdza to, jak wielu polityków AWS trafiło potem do PO. Gdy w 2015 r. Kaczyński został zmuszony do koalicji z LPR i Samoobroną, skończyło się powrotem Tuska po zaledwie dwóch latach.
Zdradzieckie mordy, niemiecki agent i najgorszy sort
Model walki z Jarosławem Kaczyńskim miał niejednoznaczne skutki. Przeciwnicy dumni bywali, ile razy udało im się – w ich przekonaniu – wyprowadzić go z równowagi. Bo ostrych słowach Kaczyńskiego rozpoczynał się medialny sabat autorytetów potępiających mowę nienawiści, agresję, faszyzm itp. Ale te seanse nienawiści do Kaczyńskiego miewały skutek uboczny: jego wypowiedzi stawały się kultowe, poruszały najczulsze struny, wyznaczały sposób myślenia milionów Polaków, przełamywały w nich autocenzurę.
Czasem powiedzenie prawdy do końca jest niezbędne, jak wtedy gdy Kaczyński wykrzyczał z trybuny sejmowej: „Nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego świętej pamięci brata. Niszczyliście go, zamordowaliście, jesteście kanaliami”. Albo gdy mówił do Donalda Tuska: „Ja nie wiem, kim byli pana dziadkowie, ale wiem jedno: pan jest niemieckim agentem, po prostu niemieckim agentem”. Słowa „My jesteśmy tu gdzie wtedy. Oni tam gdzie stało ZOMO” na lata ustawiały debatę w Polsce. Podobnie jak wypowiedziane w rozmowie z Katarzyną Gójską w Republice zdanie o „najgorszym sorcie”: „Ten nawyk donoszenia na Polskę za granicę. W Polsce jest taka fatalna tradycja zdrady narodowej. I to jest właśnie nawiązywanie do tego. To jest w genach niektórych ludzi, tego najgorszego sortu Polaków… Wojna, komunizm, transformacja przeprowadzona tak, jak ją przeprowadzono właśnie ten typ ludzi promowała, dawała mu wielkie szanse. On dziś boi się, że te czasy się zmienią”.
O zamachu w Smoleńsku Kaczyński wypowiedział kluczowe słowa: „Musimy tu mówić nie tylko o pamięci, ale także o godności. Bo naród, który ma poczucie godności, państwo, które chce być traktowane jako państwo poważne musi tego rodzaju tragiczne wydarzenia uwzględniać i upamiętniać je. Nie może się bać. I to jest szczególnie istotne”.
Po Smoleńsku, gdy niemal wszyscy twierdzili, że trzeba młodszych przywódców, z jednej strony Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry, z drugiej ugrupowania Michała Kamińskiego i Adama Bielana napisałem, że jest oczywiste, iż Rosjanie poprzez zamach smoleński zapewnili Jarosławowi Kaczyńskiemu dożywotnie przywództwo obozu niepodległościowego.
Wszystkie zdrady prawicowych inteligentów
Jarosław Kaczyński krytykowany był za to, że otacza się posłusznym mu „zakonem PC”, którego przedstawiciele niekoniecznie są błyskotliwie inteligentni. Ale prawda jest taka, że gdy zamiast swoich współpracowników wystawiał na eksponowane stanowiska polityków, którym przypisywano inteligenckie ambicje, nie potrafili oni udźwignąć presji, którą on musi wytrzymywać przez całe życie. Radosław Sikorski, Kazimierz Marcinkiewicz, Marek Migalski, także pod koniec życia mający wcześniej niemałe zasługi Ludwik Dorn, to ludzie zawdzięczający bardzo wiele Kaczyńskiemu, którzy nie tylko odeszli od niego, ale przeszli na stronę targowicy. A zaczynało się niewinnie, od podbechtywania ich ego, ich ambicji politycznych przez media, podpuszczania, by demonstrowali, że nie są aż tak straszni, jak ten Kaczyński. A w końcu w żadne inne miejsce, niż do obozu zdrady narodowej, chcąc być na topie, pójść nie mogli. „Inteligent, którego nacjonalizm obarcza zadaniami ponad jego intelektualne, a często i moralne siły, staje się kosmopolitą” – pisał w paryskiej „Kulturze” Jan Ulatowski. To zdaje się wytłumaczenie wielu zmian poglądów.
Niekiedy kończyło się to jeszcze marniej, bo jedyna widoczna ich aktywność w mediach zaczęła polegać na opowieściach, że 10 lat temu byłem współpracownikiem Kaczyńskiego i oto ujawnię wam, jaki to zły człowiek. Z pewnością chlubnym wyjątkiem była tu wyniesiona przez Kaczyńskiego do godności premiera Beata Szydło. Pamiętam moją rozmowę z Panią premier, którą zapytałem, czy nie da się wkręcić w podobny scenariusz. Z pewnym wyrzutem odpowiedziała mi, że przecież ona doskonale ten mechanizm rozumie. Jak pokazała przyszłość, nie rzucała słów na wiatr.
Morawiecki między konformizmem a niepodległością
Czy Mateusz Morawiecki dołączy do powyższej listy? Tego jeszcze nie wiemy, ale ważne, by losy tamtych traktował jak przestrogę. Gdy Jarosław Kaczyński powołał Mateusza Morawieckiego na premiera, jego ojciec Kornel Morawiecki powiedział: „Uważam, że to jest wielka decyzja polityczna i personalna prezesa Jarosława Kaczyńskiego. On jakby przekroczył samego siebie”. Źle wyglądałoby, gdyby odpowiedzią na to było niweczenie tego, co zdołał zdziałać Kaczyński. Czy to się stanie? Prof. Krzysztof Szczucki, stronnik Morawieckiego, jest sympatycznym człowiekiem, ale gdy jako poseł przeprowadził wywiad z Aleksandrem Kwaśniewskim, włączyła mi się lampka ostrzegawcza. Niby dlaczego Kwaśniewski zgodził się na ten wywiad? Podobnie gdy Morawiecki debatował z Kosiniakiem-Kamyszem. Albo gdy wśród prelegentów na „grillu” odnalazłem generała Rajmunda Andrzejczaka, który brał udział w obalaniu rządów PiS na ostatniej prostej, a potem zadomowił się z Kanale Zero, gdzie prowadzi program z reseciarzem Sławomirem Dębskim.
Można sobie też wyobrazić scenariusz, w którym Mateusz Morawiecki utrzyma niepodległościową linię swojego ugrupowania, ale wtedy też mamy historyczną przestrogę. Były niegdyś, w 1993 r., takie wybory, w których wzięły udział dwa uczciwe ugrupowania niepodległościowe. Na czele jednego stali Jarosław Kaczyński i Jan Parys, na czele drugiego Jan Olszewski i Antoni Macierewicz. Efekt był opłakany, oba nie weszły do Sejmu, a znalazła się nim prawica udawana, jak BBWR Lecha Wałęsy, a także skompromitowany udziałem w obaleniu rządu Olszewskiego KPN. Rzecz jasna dziś obóz niepodległościowy jest o niebo silniejszy i podobny podział nie przeszkodzi PiS być czołową partią, ale może uniemożliwić mu przejęcie władzy, co oznaczać będzie kolejne 4 lata rządów Donalda Tuska.
„Kiedy lufa wspiera się o potylicę jest za późno, by przed siebie zacząć biec”
Oczywiście obóz niepodległościowy wróci na właściwe tory, ale nie stać nas na opóźnienia. Przypominają się tu dwie ważne piosenki. „Poczekalnia” Jacka Kaczmarskiego o tym, jak kolejne pokolenia w PRL mamione były przez „megafony” , że nastające zmiany to „nie nasz pociąg”, ze smutną puentą: „I gorzko się zapatrzyliśmy/ W zabrane nam dalekie strony/ I w duszach swych przeklinaliśmy/ Tę łatwą wiarę w megafony”. I równie wstrząsająca piosenka niedawno zmarłego Andrzeja Kołakowskiego „Ballada o spóźnionych pociągach”: „Nazbyt wcześnie podnosiliśmy przyłbicę,/ Nazbyt późno wznosiliśmy w górę miecz./ Kiedy lufa wspiera się o potylicę/ Jest za późno, by przed siebie zacząć biec./ Nie zdążyliśmy się cieszyć zwycięstwami,/ Szczęście do nas uśmiechało się obłudnie./ Kiedy wolność dotykała nas palcami,/ Polskie sierpnie się zmieniały w polskie grudnie”.
Oby nie zrealizował się ten scenariusz, obyśmy zdążyli zmądrzeć, zanim polskie sierpnie będą próbowali nam zmienić w polskie grudnie, Bitwę Warszawską w Katyń, a przemówienie prezydenta Kaczyńskiego w Tbilisi w Smoleńsk. Mamy od Pana Boga koniunkturę, która sprawia, że jest możliwe, abyśmy tego uniknęli. Wszystko w naszych rękach.