Najnowszy sondaż pracowni SW Research nie pozostawia złudzeń: niemal 60 proc. ankietowanych żąda stanowczych konsekwencji ws. afery szpitalnej. Jak niebezpieczna to sprawa dla Koalicji Obywatelskiej, najlepiej pokazują coraz bardziej nerwowe reakcje Donalda Tuska. Oficjalnie premier chce pełnej transparentności i wyjaśnienia sprawy „do spodu”. A jaka jest rzeczywistość?
„Tonący brzydko się chwyta”
Po pierwsze widać wyraźnie, że Marcin Kierwiński, trzęsący stołeczną KO, nie pozwoli sobie zrobić krzywdy – dał to jasno do zrozumienia w niedawnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Po drugie Donald Tusk niemal otwartym tekstem stara się zdyskredytować sygnalistę ze Szpitala Południowego w Warszawie. Jego wpis w mediach społecznościowych przytłaczająca większość komentatorów odebrała jako próbę zniszczenia wiarygodności dr. Emila Jędrzejewskiego. Co więcej, internauci jasno widzą, że dyspozycyjne wobec premiera instytucje dostały aż nadto jasny sygnał, jak traktować lekarza, który postawił się Dawidowi Kacprzykowi, do niedawna młodej gwieździe partii Tuska.
Dla lidera trzynastogrudniowej koalicji to nie jest jedna z wielu aferek, jaka przydarza się każdej władzy i pomimo swojej uciążliwości nie wpływa na jej dalsze losy. Jest już pewne, że partia „Kolejka Ominięta” nie da rady łatwo wygasić społecznego gniewu i rozczarowania – dlatego Tusk, podobnie jak w kampanii prezydenckiej, będzie grał coraz bardziej nieczysto. Rok temu ta strategia okazała się przeciwskuteczna – akcja z Jackiem Murańskim jako informatorem i autorytetem premiera obróciła się przeciw Rafałowi Trzaskowskiemu. Wiele wskazuje na to, że teraz może być podobnie – narasta przekonanie opinii publicznej, że „tonący brzydko się chwyta”.
Afera szpitalna przydarzyła się w najgorszym momencie dla Koalicji Obywatelskiej: pełną parą ruszyły walce demolujące publiczną ochronę zdrowia, pacjenci cierpią z powodu coraz większych kolejek do lekarza, odwołanych zabiegów i operacji, utrudnionego dostępu do badań i diagnozy. Przed likwidowanymi szpitalami i oddziałami szpitalnymi stoją zdesperowani, rozgniewani ludzie, a mieszkańcy Leska zaciskają pięści w bezsilnej złości – Tusk oszukał ich w sprawie miejscowego szpitala, a w Sejmie arogancko potraktował posłankę Razem Marcelinę Zawiszę, która usiłowała wręczyć mu petycję z podpisami zaniepokojonej bieszczadzkiej społeczności.
Choć w liberalnych mediach w ostatnich miesiącach oszczędnie gospodarowano takimi obrazkami, pamięć i wyobraźnia społeczna nie działają pod dyktando protuskowych redakcji. Afera z salonikiem VIP stała się katalizatorem wyzwalającym najpotężniejsze społeczne emocje. To nie granat wybuchł w szambie, ale bomba atomowa. Spanikowani politycy Koalicji Obywatelskiej ignorują w Sejmie dziennikarzy, tłumaczą się coraz bardziej mętnie i głupio albo wprost grożą konsekwencjami sygnaliście, który zachwiał całym układem. Partia Tuska liczyła najwyraźniej, że z trudem, bo z trudem, ale doczołga się z ponad 30–proc. wynikiem do kolejnych wyborów, wygra je i skleci jakąś bieda koalicję. Teraz to coraz mniej prawdopodobne. Ani zastraszanie i dyskredytowanie sygnalisty, ani dymisja „bezpartyjnej fachowiec” Jolanty Sobierańskiej-Grendy nie pomogą.
Lewica zakładnikiem afery szpitalnej
W niemniej komfortowej sytuacji niż Koalicja Obywatelska znalazła się rządowa lewica od Włodzimierza Czarzastego. Choć sprawa nie dotyczy ich bezpośrednio, a z szeregów Nowej Lewicy płyną raz po raz krytyczne uwagi wobec stołecznych polityków KO trzęsących Warszawą, to mają oni poważny kłopot wizerunkowy. Pod koniec kwietnia formacja towarzysza marszałka głosowała przeciwko wotum nieufności wobec Jolanty Sobierańskiej-Grendy, tym samym legitymizując demolkę publicznej ochrony zdrowia w Polsce.
Za czasów Prawa i Sprawiedliwości cała Lewica pryncypialnie domagała się jeszcze większych nakładów finansowych na ochronę zdrowia, żądała zniesienia wszelkich limitów i bajdurzyła, jak to zapewni łatwy i szybki dostęp zwykłym Polkom i Polakom do ochrony zdrowia. Wyszło jak zwykle – jako kapciowi Tuska ludzie Czarzastego mogą co najwyżej robić dobrą minę do złej gry, hamletyzować albo cicho kwękać na kolegów i koleżanki z Platformy. Dla wyborców to nic nie znaczy, skoro gniewne hasło „Nigdy nie będziesz szła sama” zamieniło się w hasło „Sama postoisz w kolejce do lekarza. I pewnie w niej umrzesz”.
A przy okazji – wie ktoś może, gdzie w czasach afery szpitalnej są „piorunki” od Marty Lempart? Ona sama, jak wieść gminna niesie, skupiła się na dochodowej grantozie i naucza „walki o demokrację” pod auspicjami publicznych instytucji. Ale o tym Julkom z prowincji, zastanawiającym się, czy też padną ofiarą pełzającego bezrobocia, nikt już nie mówi. Ktoś powie, że to czyste kpiny, skoro dyskutujemy o „wrażliwej społecznie” lewicy. Ale w Polsce naprawdę istnieje całkiem spore grono lewicowych wyborców, którzy czują się oszukani. Zostawmy na boku powody, dla których dali się oszukać – ważniejsze jest pytanie, czy za rok znów zagłosują na młodo-starą postkomunę, ręka w rękę z Tuskiem budującą państwo jak salonik VIP.
„Tusk się miga”
W nieco lepszej sytuacji jest partia Razem. Przed chwilą oglądałem – transmitowaną przez TV Republika – konferencję prasową liderów tej formacji. Adrian Zandberg grzmiał, że warszawska KO ma się z czego rozliczać, opowiadając o aferze szpitalnej i „ośmiornicy Kierwińskiego” w stolicy. „Laboratorium patologii mamy w Warszawie. Tutaj rządzący miastem politycy rozbestwili się i uważają, że nie mają z kim przegrać” – mówił polityk, wskazując na miejskie spółki „jak stonka” obsadzone ludźmi z KO, Nowej Lewicy i PSL.
„Gdy widzę premiera Tuska, który wychodzi i mówi: »co ja mogę zrobić, ja to bym chciał, żeby w tych szpitalach nie było polityków«, to śmiać mi się chce. Panie premierze, pan od trzech lat rządzi Polską, to jest pana odpowiedzialność! Jak widzę marszałka Czarzastego, który udaje, że on tutaj wcale nie rządzi, (…) to chciałbym mu powiedzieć: pan jest liderem partii, która jest w tym rządzie! Problem i z jednym, i z drugim panem jest taki, że gdy pojawiają się kłopoty, migają się od odpowiedzialności!”.
Dodajmy dwie rzeczy. Po pierwsze Zandberg jak zwykle starał się postawić znak równości „PiS, KO – jedno zło!”, kompletnie nie przejmując się tym, że to partia Jarosława Kaczyńskiego przez lata starała się postawić publiczną ochronę zdrowia na nogi, co wyrażało się w konkretnych nakładach i projektach, ciętych dzisiaj przez KO. Po drugie w czasach PiS każde potknięcie rządzących spotykało się z bezpardonową krytyką liberalno-lewicowych mediów i więcej niż histeryczną reakcją części opinii publicznej. Teraz te same środki przekazu robią, co mogą, by wytłumić aferę szpitalną. A dziennikarze liberalnych stacji ziewają z nudów, gdy Zandberg grzmi na Tuska. Bo prezesa PiS można było oskarżać o wszystko, a na „kierownika” partii „Kolejka Ominięta” liberalni mediaworkerzy boją się nawet krzywo spojrzeć.
Większości Polek i Polaków daleko jest jednak do ziewania z nudów. Lewica, uwikłana w interesy z Tuskiem albo próbująca symetrystycznej śpiewki, sama się marginalizuje. Społeczną złość i gniew znów zagospodarowuje prawica. Robi się coraz ciekawiej i coraz bardziej niebezpiecznie, bo Donald Tusk właśnie zaczął grać o wszystko.