Truizmem jest stwierdzenie, że cyniczna gra środkami z KPO miała być dla Donalda Tuska i jego totumfackich nie tylko trampoliną do władzy, ale i mocnym wizerunkowym sukcesem – z pełnym błogosławieństwem Brukseli. Sierpień przyniósł kres tym mrzonkom. Fajtłapowata rządząca koalicja potrafiła popsuć nawet to, co wydawało się skazane na sukces. Nic się nie dzieje przypadkowo. Opinia publiczna chętnie zwraca uwagę na szczegóły, bo to one karmią wyobraźnię. I pokazują też „system Platformy”.
Premier wskazał winną
Gdy mleko się rozlało (mówiąc brutalniej – to zupełnie inna ciecz), Donald Tusk palcem wskazał Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz, szefową wspomnianego ministerstwa, jako winną sytuacji. Media społecznościowe nie tylko obiegł filmik, na którym premier – w bardzo kiepskim stylu – w świetle kamer szydzi z polityk Polski 2050 i pokazuje ją jako winną całego zamieszania. Wiadomo już, że pani minister może jesienią szykować się do odlotu. Choć gdyby rzecz okazała się wizerunkowym sukcesem, przedstawiłby go jako własny, ją stawiając obok siebie co najwyżej w charakterze paprotki. No ale taki to polityk, taki styl władzy, takie trzynastogrudniowe „szorstkie przyjaźnie”, zahaczające już o jawną złość, niechęć i pogardę.
To, że w sprawie środków z KPO dla branży HoReCa władza ponad miarę poluzowała kryteria, wbrew paplaninie liberalnych mediów, nie jest wcale wymysłem Prawa i Sprawiedliwości czy rozzłoszczonej opinii publicznej. Otwartym tekstem mówią o tym co przytomniejsi eksperci (nie mylić z ekspertami kontkopodobnymi) i branżowe media. Portal Polityka Zdrowotna niemal krzyczy nagłówkiem: „Środki z KPO można było przeznaczyć na zakup jachtu czy sfinansowanie kursu brydża, ale nie na zakup potrzebnego szpitalom sprzętu”. A wypowiadająca się w przywołanym artykule ekspertka, Aleksandra Krugły z Fundacji Habitat for Humanity Poland, wskazuje, że „nie było punktów za »znaczenie społeczne« czy »priorytet dla potrzeb publicznych«. Liczyło się spełnienie wymogów formalnych, zgodność z celem inwestycji i kwalifikowalność wydatków. Dlatego mogły przejść zarówno remonty apartamentów na wynajem, ekologiczne domki turystyczne, jak i platformy do nauki gry w brydża czy kursy sztuk walki w hotelu”. I przypomina: wystarczyło być mikro, małą lub średnią firmą z branży hotelarskiej, gastronomicznej, turystycznej lub kulturalnej, wykazać minimum 20 proc. spadku obrotów w pandemii i zaplanować „dywersyfikację działalności”, czyli nową usługę lub produkt, formalnie mieszczącą się w Polskiej Klasyfikacji Działalności i budżecie. To otworzyło drogę do spekulacji podmiotami gospodarczymi, które spełniały wymogi – mocno zliberalizowane przez trzynastogrudniowy resort rozwoju. Rządzący myśleli, że uda im się załatwić sprawę, podając opinii publicznej na tacy głowę byłej już szefowej Polskiej Agencji Rozwoju Przemysłowego, Katarzyny Duber-Sachurskiej. Urzędniczka twardo się postawiła, pokazując, na kim spoczywa realna odpowiedzialność polityczna: „Ministerstwo wiedziało o łodziach, odpowiadało na pytania operatorów, czy łodzie z silnikiem spalinowym mogą być dopuszczane”. Co więcej, wedle jej słów – nie zanegowanych przez nikogo decyzyjnego – ministerstwo zatwierdzało nawet sposób opisu faktur z wydatkami, nadzorowało codziennie realizację programu. Pisałem o tym, w innym kontekście, na łamach weekendowej „Codziennej” (nr 3999 – 14-17.08.2025).
Partia Tuska nie dba o „Polskę B”
Tylko naiwni mogą myśleć, że to wypadek przy pracy, a nie system. Platforma od początku swojego istnienia konsekwentnie stawiała na budowę luksusowego socjalizmu dla bogatych. Przekaz propagandowy bazował na ostentacyjnej wręcz niechęci do pracowników najemnych, jakiejkolwiek polityki społecznej i instytucjonalnej troski państwa o godną pracę i płacę dla zwykłych ludzi. Nie jest przypadkiem, że to politycy, a często zarazem biznesmeni związani z PO, szerzej – Koalicją Obywatelską, byli największymi przeciwnikami wprowadzenia programu Rodzina 500 Plus czy podniesienia stawek godzinowych i minimalnych. Ideologia mocno podszyta własnymi finansowymi interesami, kompletnie obojętna wobec dobra wspólnego i solidaryzmu społecznego.
Nie jest przypadkiem, że za rządów trzynastogrudniowej koalicji znów zahamował wzrost płac, a rządząca koalicja (w tym przypadku z inicjatywy Polski 2050) tak bardzo chciała obniżyć składkę zdrowotną, z największą korzyścią dla najmajętniejszych. Nikogo też nie dziwi, że afera z HoReCa dziwnym trafem w największym stopniu dotyczy ludzi bliżej lub dalej związanych z tym politycznym środowiskiem. Beneficjenci luksusowego socjalizmu dla bogatych po prostu znów poczuli wiatr w żaglach. I jak zwykle wcale nie chodziło o drobny biznes – widać jak na dłoni, że największymi korzystającymi z projektu mieli być ludzie, którzy świetnie sobie radzą. Lumpenliberalne elity tak już działają, parodiując ewangeliczną przypowieść: „Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma”.
Ktoś zawoła z oburzeniem, że ta władza nikomu przecież nic nie zabiera. I że kontynuuje politykę społeczno-gospodarczą rządów Zjednoczonej Prawicy (nieustannie na nie pomstując). To nie jest prawda. Dziś widzimy już nie tylko przymiarki do ograniczenia 800 Plus, co uderzyłoby choćby w bezrobotne samotne matki albo ludzi, którzy potrzebują pieniędzy na dzieci, gdy szukają pracy. Podkreślmy, że wedle najnowszego Wskaźniku Rynku Pracy trendy pokazują, iż bezrobocie dalej będzie rosło:
„Dane z powiatowych urzędów pracy wskazują, że w czerwcu liczba nowych ofert rejestrowanych w PUP spadła o niemal 50 proc. w ujęciu miesięcznym i stanowiła zaledwie 33 proc. napływu ofert odnotowanego w czerwcu 2024 roku”.
To nie koniec złych wieści
A to przecież nie koniec złych wiadomości: tam, gdzie PiS stawiała na inwestycje kluczowe dla rozwoju państwa, poszczególnych miast i regionów, tam coraz częściej albo słyszymy o opóźnieniach, albo wprost o wykreślaniu projektów. Tak dzieje się choćby w ramach Kolej Plus – mniej medialnym niż Centralny Port Komunikacyjny, ale bardzo oczekiwanym przez mniejsze i większe społeczności, które przez dekady potraciły połączenia kolejowe i autobusowe, a teraz bardzo ich potrzebują, żeby znów się rozwijać, ratować odpływ ludności i demografię. Złość opinii publicznej budzi również to, na co zwrócił uwagę cytowany wyżej branżowy portal zajmujący się polityką zdrowotną: polskie społeczeństwo przyzwyczaiło się już, że poprzednia władza wydaje więcej pieniędzy na ochronę zdrowia i inwestuje w lokalne placówki medyczne, psychiatrię oraz w szkoły dla personelu medycznego. A dziś?
Widzimy pogrążające się w kryzysie szpitalnictwo i coraz głośniejsze pomruki, że prywatyzacja to jedyne rozwiązanie kłopotu. Tylko że nie dla zdecydowanej większości pacjentów i pacjentek.
Nie mniej ważne są kwestie wizerunkowe. Znakomita większość z nas doskonale zdaje sobie sprawę z ogromnej skali pogardy, jaką staro-nowe elity okazują „źle głosującej Polsce”. Niechęć, uprzedzenia, złość postkomunistycznych i nowobogackich „elit” wobec rodaków z mniejszych ośrodków, ludzi ciężko pracujących fizycznie, „niewłaściwie” głosującej nie tylko prowincjonalnej inteligencji doskonale wpisują się w ideologię luksusowego socjalizmu dla bogatych. „Elitom” wszelkiej maści rzekomo jak psu miska należy się wsparcie finansowe centralnych instytucji publicznych, unijne środki (choćby i na kredyt, który spłacać będą w podatkach obywatele), zblatowanych z „demokratami” samorządów. Platforma już przed laty zyskiwała sobie poparcie bogatszego elektoratu, przymykając oczy na karuzele VAT-owskie. To wszystko wraca wciąż w nowych formach. I nigdy się nie zmieni, bo takie jest myślenie, takie są priorytety tych, którzy znów urządzają III RP pod interesy znacznie mniej licznych, ale bardziej wpływowych ludzi.