W sierpniu 1942 roku odbył się tzw. drugi rzut ewakuacji Armii Andersa, w trakcie którego do portu Pahlevi przedostało się przez Morze Kaspijskie 70 tysięcy żołnierzy i cywilów. Wśród nich były tysiące dzieci. Przeszły wcześniej prawdziwe piekło. Ich historie opowiadane po latach, zebrane w książce Moniki Odrobińskiej „Dzieci wygnane”, robią olbrzymie wrażenie. Są proste, zwykłe, ludzkie, ale ukazują dziecięcą perspektywę. Być może dlatego są tak poruszające.
Myśmy zostali wygnani
Marię Gordziejko spotkałem w tym roku w trakcie pielgrzymki szlakiem miejsc uświęconych krwią żołnierzy 2. Korpusu Polskiego we Włoszech. To wspaniała, tętniąca energią i radością życia Polka. Gdy w rozmowach zeszliśmy na zachowania Aliantów po wojnie, przypomniała, że przecież rząd brytyjski po zakończeniu działań wojennych wystawił naszemu rządowi na uchodźstwie rachunek na miliony funtów – za… korzystanie ze sprzętu lotniczego, na którym nasi piloci bronili Wielkiej Brytanii. Pani Maria mówi o tym z determinacją i złością. Siła charakteru – do dzisiaj tak widoczna, była potrzebna, gdy jako dziecko, została zesłana w głąb Rosji wraz ze swymi siostrzyczkami, a potem przez wiele trudnych miesięcy i lat wiodła życie sieroty. Może właśnie to sieroctwo dzieci tułających się po bezkresach Syberii czy Kazachstanu boli najmocniej?
W książce wspomina dzień deportacji – „Dnia 10 lutego 1940 przyszła kolej i na nas – kobiety i dzieci: zsyłka. Nie, wróć: prawidłowo powinno się mówić: wygnanie. Tak wszędzie jesteśmy uwiecznieni – jako >>wygnańcy<<, by myśmy zostali wygnani: z naszych domów, z Kresów, z Polski”. Enkawudziści otoczyli dom Marysi, kilku wtargnęło do środka wydzierając się:
„ – Sobirajties’ bystro, zabirajem was!
– Dokąd?
– Zobaczycie. Pakować tylko niezbędne rzeczy, tam bogactwo, wszystko dostaniecie”.
I tylko jeden po cichu szepnął im prawdę, że tam dokąd jadą nie ma żadnego „bogactwa”. Tam nie ma niczego…
Polszy uże niet
„Za co nas wywieźli? Bośmy byli Polakami” – wyjaśnił najprościej jak można powód deportacji Mieczysław Pogodziński, który przed wywózką mieszkał w osadzie Traguttówka. Potem wspominał koszmar długiej drogi. Jazda odbywała się w tragicznych warunkach, w wagonach bydlęcych, w których pojedyncze prycze zajmowały całe rodziny. Za toaletę służyła jedna dziura w podłodze, a w związku z mocnymi dolegliwościami żołądkowymi (najgorszej jakości jedzenie w minimalnych ilościach i brak higieny), była ona bez przerwy oblężona. Już te najprostsze czynności fizjologiczne, których dokonać trzeba było w obecności nie tylko bliskich, ale i wielu obcych osób, to była tortura.
Mirosław Popławski wspomina w książce, że co prawda w ich wagonie był piecyk, ale służył jedynie do utrzymania temperatury 0 stopni Celsjusza. „W drodze pociąg bardzo się wychładzał i temperatura spadała do -10 stopni. Przez nasze oddechy osiadał szron na ścianach, do których z kolei przywierały włosy i ubrania. Odrywanie włosów było bardzo bolesne. I tak jechaliśmy – my, tania siła robocza, która swą katorżniczą pracą miała się przyczynić do budowy imperium komunistycznego”… Z małym Mirkiem jechał jego roczny braciszek, Leszek. Jednej nocy rodzinę obudził krzyk – „Pani Popławska! Dziecko!”. Maluch podpełzł niebezpiecznie blisko piecyka, szukając ciepła. Nie zginął tylko dlatego, że zaplątał się w nogach śpiącego mężczyzny.
Wreszcie dojechali do łagru w obwodzie irkuckim. Pięć tysięcy kilometrów od domu. „Polszy uże niet” – usłyszeli. Skierowano ich wszystkich, także dzieci, do pracy. W końcu „kto nie pracuje, ten nie je” („kto nie rabotajet, tot nie kuszajet”). Straszne mrozy zimą, wilgoć latem. Czterysta gramów chleba dziennie. Śpiewać jednak trzeba było o sowieckim dobrobycie. Mały Leszek zachorował, dopadła go ostra biegunka. „Woda lała się z niego całymi dniami, nikł w oczach – z uroczego bobaska zamienił się w szkielecik obciągnięty bladą skórą. Z główki przypominającej małą małpkę patrzyły przerażone, wielkie oczy – wspomina Popławski – odgarniając łażące po nim robactwo, modliłem się za niego, a mama u enkawudzistów i wolnonajemców wymieniała nasze ubranka komunijne i złotą bransoletę na kakao, mleko i kartofle. I stał się cud – Leszek stopniowo przezwyciężył chorobę. Przeżył, dziś oczekuje prawnuków”.
Ja bez rąk, ale żywa, a inne umierały
Rafałę Wróblewską wygnali w czasie „operacji polskiej NKWD” w 1937 roku. Mimo że była dzieckiem, musiała iść do ciężkiej roboty: „Przy traktorze mnie postawili, filtry czyściłam. Raz, jak ręce ubrudziłam smarem, to wodą obmyłam, a tam mróz. Ty wiesz, co to mały mróz? To -35, -40 stopni. Duży to -50, -60. I ten mróz mi pod skórę zaszedł. Ręki zamarzli, odmrozili się. Skóra gniła, kości odpadali. Wojna była, ratunku znikąd, nie było czym posmarować. I te żywe ręce nie lekarz, nie pielęgniarka, tylko siostra mi odcinała. Ale nie padłam. Umierać dzisiaj czy jutro, wszystko jedno. Czy z rękami, czy bez, przed Bogiem stanąć to mi żadna różnica. Ale nie mnie najgorsze spotkało – ja bez rąk, ale żywa, a inne umierały…”.
Pani Rafała pracowała dalej – bez rąk. Modliła się – bez rąk. Pomagała innymi i broniła innych przed enkawudzistami – bez rąk. Może nawet taka, okaleczona, była silniejsza, może jakoś bali się ją Sowieci ruszyć? A potem, już po wojnie, także bez tych rąk zabranych przez sowiecki mróz, wywalczyła remont i odzyskanie kościoła w Kamieńcu Podolskim.
Wtedy zagościła we mnie samotność
Najbardziej jednak, we wszystkich tych wspomnieniach i okropnych przeżyciach wrażenie robi kwestia psychiki dziecka. Dziecka opuszczonego, zostawionego, samotnego, osieroconego. Dziecka, które traci grunt pod nogami, bo nie ma już taty, babci i – przede wszystkim mamy! Aleksandra Wawryka przez jakiś czas miała mamę na zesłaniu, chociaż musiała się z nią dzielić z innymi dziećmi-sierotami. W Akkemerze jej matka wyremontowała starą, niedziałającą cerkiew i w porozumieniu z polską delegaturą zorganizowała w niej sierociniec. Wiele dzieci przychodziło zaniedbanych, brudnych, zawszonych. Czasem ubrania trzeba było palić – np. chustę, która zdawała się mienić kolorami, a to wszy chodziły po niej w nieprawdopodobnych ilościach. I małych, i dużych, dopadał tyfus, szerzyły się inne choroby. Mama Oli stała się w tych warunkach matką wszystkich sierot. Przytulała je, ubierała, karmiła, pielęgnowała w chorobie. Na jednym ze zdjęć stoi przy grupie dzieci, tuli jakiegoś malucha. A jej własna córeczka? Widać ją po drugiej stronie tej grupki, patrzy z ukosa, jakby szukała mamy. W końcu jednak do ośrodka przyszło NKWD i tych, co nie chcieli przyjąć sowieckiego obywatelstwa wsadzono do więzienia. W tym mamusię Oli. Dziewczynka miała już jej nie zobaczyć przez długie lata, aż do spotkania w Gdyni, po tułaczce po świecie, po pobycie w Persji i na Nowej Zelandii. Jakże dramatyczny musiał być moment, gdy po ośmiu miesiącach bez matki, musiała pożegnać się i z babką, która wsadziła dziecko na ciężarówkę, by mogło się ewakuować i uratować. „Pamiętam plac, a na nim babcię, która klęczy i się modli, błogosławiąc nas na drogę – wspomina Ola – Wtedy dotarło do mnie, że zostałam sama. Bez babci, bez cioci, bez mamy. Przechyliłam się przez barierkę, do tej babci, ale dzieci mnie odciągają. Bezsilność”. A potem ten straszny stan pustki: „To wtedy zagościła we mnie samotność. I bierność. Dziecko zawsze jest czyjeś – mówi: >>moja mama ma ciemne włosy i bierze mnie na kolana; jestem mojej mamy<<. A ja nie miała już o kim tak powiedzieć”…
Straszny płacz
Losy tych zesłanych dzieci to jedna po drugiej historie tragiczne. To rodzeństwa, które nawzajem o siebie dbają, walczą, próbują zdobywać leki dla chorej siostrzyczki czy braciszka. Gdy aresztowano rodzinę Mietka na stojącego w piżamie ojca przeszukiwanego przez enkawudzistów, patrzyło siedmioro dzieci – osiemnastoletnia Helena, czternastoletnia Janka, Miecio wówczas dwunastoletni, „młodszy o dwa lata Rysiek, ośmioletnia Bronia, sześcioletni Staszek i Irena, trzylatka”.
Aleksandra Wawryka w książce „Dzieci wygnane” przytacza historię rodziny Underków z Rawy Ruskiej. Było w niej pięcioro rodzeństwa. Trafiły pod opiekę jej mamy. Najstarszy, Władek, dostał się do Armii Andersa. Wrócił po resztę, by pomóc w ewakuacji rodziny. I wtedy stała się tragedia. Tyfus. Władek trafił do szpitala i zmarł dwa dni później. Wspomina Aleksandra: „To był kolejny pogrzeb, który okazał się przełomem – tym razem moim prywatnym. Na trumnę mama dostała za mało desek, a dobre wojskowe buty Władka dała jego bratu. Nogi zawinęła mu tylko w onuce. Gdy wóz telepał, odpadł kawałek tej prowizorycznej trumny i ukazał nagie stopy Władka, z których zsunęły się także onuce. Na ten widok wśród rodzeństwa wybuchł straszny płacz”.
Ile to było łez? Ile oczu wypłakanych? Historia biegnie za historią, losy za losami. W tych cierpieniach są dwa rwące serce aspekty – cierpienia fizyczne, na jakie wystawiono te wszystkie dzieci, oraz psychiczne: to wymuszone sieroctwo. Sowieci na Syberii stworzyli piekło. By być na nie skazanym wystarczyło „zgrzeszyć” jedną – w oczach Rosjan – przewiną: być Polakiem. Za wszystkie te cierpienia polskich dzieci nikt nigdy nie został ukarany…