Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Reklama
Kultura i Historia

Wygnane dzieci

Odmrożone ręce, głód, choroby, ciężka praca, mróz. A nade wszystko – brak mamy. To był los, jaki zgotowali Sowieci tysiącom polskich dzieci. Stalin i jego łotry wysyłali całe polskie rodziny na Sybir czy do Kazachstanu, w środek piekła. Z tego piekła wiele dzieci uratował generał Anders, zabierając je ze swoją armią. Pozostałe starały się przeżyć szukając wszelkich możliwych sposobów. Ich historie to wstrząsający zapis stosunku barbarzyńskiej, sowieckiej Rosji do najsłabszych.

W sierpniu 1942 roku odbył się tzw. drugi rzut ewakuacji Armii Andersa, w trakcie którego do portu Pahlevi przedostało się przez Morze Kaspijskie 70 tysięcy żołnierzy i cywilów. Wśród nich były tysiące dzieci. Przeszły wcześniej prawdziwe piekło. Ich historie opowiadane po latach, zebrane w książce Moniki Odrobińskiej „Dzieci wygnane”, robią olbrzymie wrażenie. Są proste, zwykłe, ludzkie, ale ukazują dziecięcą perspektywę. Być może dlatego są tak poruszające.

Reklama

Myśmy zostali wygnani

Marię Gordziejko spotkałem w tym roku w trakcie pielgrzymki szlakiem miejsc uświęconych krwią żołnierzy 2. Korpusu Polskiego we Włoszech. To wspaniała, tętniąca energią i radością życia Polka. Gdy w rozmowach zeszliśmy na zachowania Aliantów po wojnie, przypomniała, że przecież rząd brytyjski po zakończeniu działań wojennych wystawił naszemu rządowi na uchodźstwie rachunek na miliony funtów – za… korzystanie ze sprzętu lotniczego, na którym nasi piloci bronili Wielkiej Brytanii. Pani Maria mówi o tym z determinacją i złością. Siła charakteru – do dzisiaj tak widoczna, była potrzebna, gdy jako dziecko, została zesłana w głąb Rosji wraz ze swymi siostrzyczkami,  a potem przez wiele trudnych miesięcy i lat wiodła życie sieroty. Może właśnie to sieroctwo dzieci tułających się po bezkresach Syberii czy Kazachstanu boli najmocniej?

W książce wspomina dzień deportacji – „Dnia 10 lutego 1940 przyszła kolej i na nas – kobiety i dzieci: zsyłka. Nie, wróć: prawidłowo powinno się mówić: wygnanie. Tak wszędzie jesteśmy uwiecznieni – jako >>wygnańcy<<, by myśmy zostali wygnani: z naszych domów, z Kresów, z Polski”. Enkawudziści otoczyli dom Marysi, kilku wtargnęło do środka wydzierając się:

„ – Sobirajties’ bystro, zabirajem was!

– Dokąd?

– Zobaczycie. Pakować tylko niezbędne rzeczy, tam bogactwo, wszystko dostaniecie”.

I tylko jeden po cichu szepnął im prawdę, że tam dokąd jadą nie ma żadnego „bogactwa”. Tam nie ma niczego…

Polszy uże niet

„Za co nas wywieźli? Bośmy byli Polakami” – wyjaśnił najprościej jak można powód deportacji Mieczysław Pogodziński, który przed wywózką mieszkał w osadzie Traguttówka. Potem wspominał koszmar długiej drogi. Jazda odbywała się w tragicznych warunkach, w wagonach bydlęcych, w których pojedyncze prycze zajmowały całe rodziny. Za toaletę służyła jedna dziura w podłodze, a w związku z mocnymi dolegliwościami żołądkowymi (najgorszej jakości jedzenie w minimalnych ilościach i brak higieny), była ona bez przerwy oblężona. Już te najprostsze czynności fizjologiczne, których dokonać trzeba było w obecności nie tylko bliskich, ale i wielu obcych osób, to była tortura.

Mirosław Popławski wspomina w książce, że co prawda w ich wagonie był piecyk, ale służył jedynie do utrzymania temperatury 0 stopni Celsjusza. „W drodze pociąg bardzo się wychładzał i temperatura spadała do -10 stopni. Przez nasze oddechy osiadał szron na ścianach, do których z kolei przywierały włosy i ubrania. Odrywanie włosów było bardzo bolesne. I tak jechaliśmy – my, tania siła robocza, która swą katorżniczą pracą miała się przyczynić do budowy imperium komunistycznego”… Z małym Mirkiem jechał jego roczny braciszek, Leszek. Jednej nocy rodzinę obudził krzyk – „Pani Popławska! Dziecko!”. Maluch podpełzł niebezpiecznie blisko piecyka, szukając ciepła. Nie zginął tylko dlatego, że zaplątał się w nogach śpiącego mężczyzny.

Wreszcie dojechali do łagru w obwodzie irkuckim. Pięć tysięcy kilometrów od domu. „Polszy uże niet” – usłyszeli. Skierowano ich wszystkich, także dzieci, do pracy. W końcu „kto nie pracuje, ten nie je” („kto nie rabotajet, tot nie kuszajet”). Straszne mrozy zimą, wilgoć latem. Czterysta gramów chleba dziennie. Śpiewać jednak trzeba było o sowieckim dobrobycie. Mały Leszek zachorował, dopadła go ostra biegunka. „Woda lała się z niego całymi dniami, nikł w oczach – z uroczego bobaska zamienił się w szkielecik obciągnięty bladą skórą. Z główki przypominającej małą małpkę patrzyły przerażone, wielkie oczy – wspomina Popławski – odgarniając łażące po nim robactwo, modliłem się za niego, a mama u enkawudzistów i wolnonajemców wymieniała nasze ubranka komunijne i złotą bransoletę na kakao, mleko i kartofle. I stał się cud – Leszek stopniowo przezwyciężył chorobę. Przeżył, dziś oczekuje prawnuków”.

Ja bez rąk, ale żywa, a inne umierały

Rafałę Wróblewską wygnali w czasie „operacji polskiej NKWD” w 1937 roku. Mimo że była dzieckiem, musiała iść do ciężkiej roboty: „Przy traktorze mnie postawili, filtry czyściłam. Raz, jak ręce ubrudziłam smarem, to wodą obmyłam, a tam mróz. Ty wiesz, co to mały mróz? To -35, -40 stopni. Duży to -50, -60. I ten mróz mi pod skórę zaszedł. Ręki zamarzli, odmrozili się. Skóra gniła, kości odpadali. Wojna była, ratunku znikąd, nie było czym posmarować. I te żywe ręce nie lekarz, nie pielęgniarka, tylko siostra mi odcinała. Ale nie padłam. Umierać dzisiaj czy jutro, wszystko jedno. Czy z rękami, czy bez, przed Bogiem stanąć to mi żadna różnica. Ale nie mnie najgorsze spotkało – ja bez rąk, ale żywa, a inne umierały…”.

Pani Rafała pracowała dalej – bez rąk. Modliła się – bez rąk. Pomagała innymi i broniła innych przed enkawudzistami – bez rąk. Może nawet taka, okaleczona, była silniejsza, może jakoś bali się ją Sowieci ruszyć? A potem, już po wojnie, także bez tych rąk zabranych przez sowiecki mróz, wywalczyła remont i odzyskanie kościoła w Kamieńcu Podolskim.

Wtedy zagościła we mnie samotność

Najbardziej jednak, we wszystkich tych wspomnieniach i okropnych przeżyciach wrażenie robi kwestia psychiki dziecka. Dziecka opuszczonego, zostawionego, samotnego, osieroconego. Dziecka, które traci grunt pod nogami, bo nie ma już taty, babci i – przede wszystkim mamy! Aleksandra Wawryka przez jakiś czas miała mamę na zesłaniu, chociaż musiała się z nią dzielić z innymi dziećmi-sierotami. W Akkemerze jej matka wyremontowała starą, niedziałającą cerkiew i w porozumieniu z polską delegaturą zorganizowała w niej sierociniec. Wiele dzieci przychodziło zaniedbanych, brudnych, zawszonych. Czasem ubrania trzeba było palić – np. chustę, która zdawała się mienić kolorami, a to wszy chodziły po niej w nieprawdopodobnych ilościach. I małych, i dużych, dopadał tyfus, szerzyły się inne choroby. Mama Oli stała się w tych warunkach matką wszystkich sierot. Przytulała je, ubierała, karmiła, pielęgnowała w chorobie. Na jednym ze zdjęć stoi przy grupie dzieci, tuli jakiegoś malucha. A jej własna córeczka? Widać ją po drugiej stronie tej grupki, patrzy z ukosa, jakby szukała mamy. W końcu jednak do ośrodka przyszło NKWD i tych, co nie chcieli przyjąć sowieckiego obywatelstwa wsadzono do więzienia. W tym mamusię Oli. Dziewczynka miała już jej nie zobaczyć przez długie lata, aż do spotkania w Gdyni, po tułaczce po świecie, po pobycie w Persji i na Nowej Zelandii. Jakże dramatyczny musiał być moment, gdy po ośmiu miesiącach bez matki, musiała pożegnać się i z babką, która wsadziła dziecko na ciężarówkę, by mogło się ewakuować i uratować. „Pamiętam plac, a na nim babcię, która klęczy i się modli, błogosławiąc nas na drogę – wspomina Ola – Wtedy dotarło do mnie, że zostałam sama. Bez babci, bez cioci, bez mamy. Przechyliłam się przez barierkę, do tej babci, ale dzieci mnie odciągają. Bezsilność”. A potem ten straszny stan pustki: „To wtedy zagościła we mnie samotność. I bierność. Dziecko zawsze jest czyjeś – mówi: >>moja mama ma ciemne włosy i bierze mnie na kolana; jestem mojej mamy<<. A ja nie miała już o kim tak powiedzieć”…

Straszny płacz

Losy tych zesłanych dzieci to jedna po drugiej historie tragiczne. To rodzeństwa, które nawzajem o siebie dbają, walczą, próbują zdobywać leki dla chorej siostrzyczki czy braciszka. Gdy aresztowano rodzinę Mietka na stojącego w piżamie ojca przeszukiwanego przez enkawudzistów, patrzyło siedmioro dzieci – osiemnastoletnia Helena, czternastoletnia Janka, Miecio wówczas dwunastoletni, „młodszy o dwa lata Rysiek, ośmioletnia Bronia, sześcioletni Staszek i Irena, trzylatka”.

Aleksandra Wawryka w książce „Dzieci wygnane” przytacza historię rodziny Underków z Rawy Ruskiej. Było w niej pięcioro rodzeństwa. Trafiły pod opiekę jej mamy. Najstarszy, Władek, dostał się do Armii Andersa. Wrócił po resztę, by pomóc w ewakuacji rodziny. I wtedy stała się tragedia. Tyfus. Władek trafił do szpitala i zmarł dwa dni później. Wspomina Aleksandra: „To był kolejny pogrzeb, który okazał się przełomem – tym razem moim prywatnym. Na trumnę mama dostała za mało desek, a dobre wojskowe buty Władka dała jego bratu. Nogi zawinęła mu tylko w onuce. Gdy wóz telepał, odpadł kawałek tej prowizorycznej trumny i ukazał nagie stopy Władka, z których zsunęły się także onuce. Na ten widok wśród rodzeństwa wybuchł straszny płacz”.

Ile to było łez? Ile oczu wypłakanych? Historia biegnie za historią, losy za losami. W tych cierpieniach są dwa rwące serce aspekty – cierpienia fizyczne, na jakie wystawiono te wszystkie dzieci, oraz psychiczne: to wymuszone sieroctwo. Sowieci na Syberii stworzyli piekło. By być na nie skazanym wystarczyło „zgrzeszyć” jedną – w oczach Rosjan – przewiną: być Polakiem. Za wszystkie te cierpienia polskich dzieci nikt nigdy nie został ukarany…

Źródło: tygodnik GP
Reklama